Kto będzie siedział za SAFE, a kto za bezbronną Polskę? Czyli jak bezpieczeństwo stało się zakładnikiem polityki

Przez wiele lat obszar bezpieczeństwa wydawał się tym segmentem polskiej polityki, który jest ponad podziałami. Mogliśmy spierać się o wszystko, ale wróg był jeden – na wschodzie – i trzeba było zrobić wszystko, by to zagrożenie powstrzymać. Niestety ostatnie miesiące pokazują, że czas, gdy politycy zgodnie zgadzali się co do bezpieczeństwa, właśnie się kończy. W jego miejsce wchodzi polityka, w której nie ma miejsca na konsensus i rację stanu, a jest brutalna gra polityczna.

Żona Kosiniaka-Kamysza została matką chrzestną F-35
Autor: Andrzej Iwańczuk/ Reporter

W polskiej polityce po 1989 roku istniała niepisana umowa o sprawy wewnętrzne możemy się spierać do upadłego, ale w kwestiach obronności i zagrożeń zewnętrznych zachowujemy jedność. Wróg był jasno zdefiniowany na Wschodzie, a celem nadrzędnym było budowanie silnej pozycji w NATO i Unii Europejskiej. Niestety, ostatnie miesiące a także i lata dobitnie pokazują, że ten ponadpartyjny konsensus odchodzi w przeszłość. Jego miejsce zajmuje logika plemiennej wojny, w której bezpieczeństwo państwa staje się narzędziem do zdobywania politycznych punktów, a nie celem samym w sobie.

Niemiecki dylemat: sojusznik czy wróg? Gra pozorów kosztem racji stanu

Do napisania tego tekstu zbierałem się od dłuższego czasu. Szczególnie odkąd ruszyła zorganizowana akcja dyskredytacji programu SAFE, pogardliwie nazywanego przez część prawicy „der SAFE”. Ostatnim impulsem były jednak informacje o umowie wojskowej z Niemcami, która ma być podpisana już jutro, 17 czerwca. Dokument ma jednak charakter głównie techniczny i wykonawczy, skupiając się na mobilności wojsk, cyberbezpieczeństwie czy współpracy na Bałtyku. Co istotne, umowa ta, w przeciwieństwie do niedawnych traktatów z Francją i Wielką Brytanią, nie będzie zawierać rozszerzonych gwarancji bezpieczeństwa. Według doniesień medialnych, strona niemiecka była gotowa na zawarcie szerszego porozumienia, jednak Polska z tego zrezygnowała. Powodem miały być obawy o reakcję opozycji i prezydenta, którzy znani są z krytycznego stanowiska wobec Niemiec. W efekcie, aby uniknąć politycznego piekła i prezydenckiego weta, zdecydowano się na umowę o niższej randze, która nie wymaga ratyfikacji.

Jak otwarcie przyznał Radosław Sikorski w Programie Trzecim Polskiego Radia:

„Bo wszyscy znamy obsesję PiS-u i pana prezydenta w sprawach niemieckich” – powiedział Sikorski, dodając, że nawet polsko-brytyjski traktat jest przez prezydenta krytykowany, a co dopiero polsko-niemiecki. „Wywiązałoby się tu piekło”.

I tu pojawia się zasadnicze pytanie: czy w tej politycznej zaciekłości po prostu nie przesadzamy? Rozumiem uprzedzenia do Niemiec. Berlin na początku pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę zachował się fatalnie i pokazał, że nie jest w pełni wiarygodnym sojusznikiem. Kanclerz Friedrich Merz też dużo mówił o Polsce w kampanii wyborczej, po czym szybko o niej zapomniał. Niemcy musiały długo dochodzić do wniosku, że jednak opłaca im się wspierać Ukrainę. Dziś jednak rzeczywistość wygląda inaczej. Niemcy stały się jednym z liderów pomocy dla Kijowa – ok. 39–41 mld euro wsparcia cywilnego i ok. 55 mld euro wojskowego, plus 11,5 mld euro zaplanowanych na 2026 rok. Polska też dała bardzo dużo (proporcjonalnie do PKB jeden z najwyższych wkładów w NATO), ale to nie zmienia faktu, że z powodu krajowych uprzedzeń części prawicy świadomie rezygnujemy z istotnych gwarancji bezpieczeństwa od najbliższego dużego sąsiada.

Wielowektorowa polityka vs. jeden filar – lekcja z historii

Część prawicy woli ufać wyłącznie dalekiemu sojusznikowi zza oceanu, bo Berlin „i tak chce tylko źle dla Polski”. To niebezpieczne uproszczenie. Jeśli kiedyś – broń Boże – Rosja zaatakuje Polskę, to Niemcy będą najbliżej, by realnie pomóc. Historia uczy nas sceptycyzmu wobec wszelkich gwarancji, ale lepiej mieć ich kilka z Francją, Wielką Brytanią, Niemcami i USA niż polegać tylko na jednym filarze. Bezpieczeństwo nie może być przedmiotem piaskownicy. Zamiast poważnej debaty, jak realnie wzmacniać obronność państwa, mamy dziecięce dzielenie Europy na „naszych” i „wrogich” w zależności od tego, kto lubi Tuska, kto grozi palcem za praworządność, a kto nie ufa Trumpowi.

Naszą racją stanu powinno być pragmatyczne budowanie jak najszerszego wachlarza sojuszy. Silne relacje ze Stanami Zjednoczonymi – jak najwięcej żołnierzy, stałe bazy, nuclear sharing. Jednocześnie normalne, nieobciążone historycznymi fobiami relacje z Europą, w tym z Niemcami. Nie możemy prowadzić polityki obrażania się, izolacjonizmu i ciągłego wypominania II wojny światowej. Jesteśmy w 2026 roku. Berlin nie jest naszym wrogiem jest sojusznikiem w NATO i UE, najsilniejszym gospodarczo krajem Europy. Bundeswehra, jeśli zrealizuje swoje ambitne plany, ma szansę stać się obok polskiej armii jedną z najsilniejszych sił konwencjonalnych w Europie.

Musimy myśleć długoterminowo. Dziś opieramy się na dobrych relacjach prezydenta Nawrockiego z Donaldem Trumpem. Co jednak będzie, gdy w Warszawie lub Waszyngtonie władzę przejmie ktoś o innym podejściu? Co jeśli w Niemczech wzmocni się AfD, a w USA – izolacjoniści? Wtedy okaże się, jak bardzo zaszkodziło nam upolitycznienie bezpieczeństwa. Czy my w naszej polityce bierzemy to pod uwagę, czy znowu myślimy krótkoterminowo i emocjonalnie? Polityka Trumpa już zbiera swoje żniwo, Europa coraz bardziej postrzega Amerykę nie jako pewnego sojusznika, a partnera z konieczności co pokazują sondaże.

Wojna o modernizację armii: od „der SAFE” po F-35

Program SAFE to kolejny przykład. Zamiast merytorycznej dyskusji o zaletach i wadach mamy narrację o „zagrożeniu dla suwerenności”, „kreatywnej księgowości” i zapowiedzi rozliczeń karnych. To już nie jest zwykła krytyka to próba delegitymizacji narzędzia bezpieczeństwa tylko dlatego, że pochodzi od „tych drugich”. Najgorsze w tym jest, że w krytykę na temat SAFE anagują się także niektórzy byli oficerowie Wojska Polskiego.

Podobne mechanizmy stosowała wcześniej także strona dzisiejszej władzy, minimalizując zagrożenie na granicy z Białorusią. W debacie publicznej pojawiały się głosy minimalizujące zagrożenie lub przedstawiające działania państwa głównie w kategoriach nadużyć i kryzysu humanitarnego, a nie elementu szerszej operacji destabilizacyjnej ze strony Białorusi i Rosji. W efekcie bezpieczeństwo granicy również stało się przedmiotem ostrego sporu politycznego, zamiast być obszarem możliwie szerokiego porozumienia. Dziś rządzący mówią jasno o zagrożeniu i budują Tarczę Wschód, wzmacniają granicę przed nieleganymi migrantami. Wszystko się zmieniło. Każda ze stron, będąc w opozycji, skłonna jest podważać działania rządu w obszarze bezpieczeństwa, nawet kosztem rozmywania wspólnego przekazu państwa. Obie strony grzeszyły, ale to nie zmienia faktu, że mechanizm jest ten sam i jest destrukcyjny.

Bezpieczeństwo przestaje być wspólnym fundamentem, a zaczyna funkcjonować jako element politycznego cyklu: krytyki, delegitymizacji i późniejszej obrony własnych decyzji. Konsekwencje tego procesu są poważne. Osłabia się wiarygodność państwa na zewnątrz. Partnerzy i sojusznicy widzą kraj, w którym kluczowe kwestie bezpieczeństwa są przedmiotem wewnętrznej walki, a nie stabilnej strategii. Po drugie, podważa się zaufanie społeczne, obywatele otrzymują sprzeczne komunikaty na temat realnych zagrożeń i polityki bezpieczeństwa. Bo co będzie jak obecna opozycja wróci do władzy czy anuluje wszystkie kontrakty podpisane w ramach SAFE? Bo przecież to "Niemiec zarobi". Jak wytłumaczyć wyborcy, że sprzęt kupiony w ramach SAFE, teraz jest dobry? Bo przecież on będzie, nie zniknie, chyba że się anuluje, ale to będzie ze szkodą dla Wojska Polskiego i naszego bezpieczeństwa. Gdzie tutaj spojność?

Pstryczki polityczne, które także były obecne w czasie przyjęcia F-35 do Sił Powietrznych RP także pokazały, dziecinadę. Z jednej strony prezydent Karol Nawrocki wbił szpilę w wicepremiera Kosiniaka-Kamysza mówiąć:

"Dziękuję, że wobec tych, którzy mówili, że pozyskanie maszyn F-35 jest z jednej strony megalomanią, z drugiej strony inni chcieli wpisywać do swojego programu wyborczego zerwanie tego kontraktu, pan minister się nie ugiął i dzisiaj już nowy minister, pan wicepremier, minister Kosiniak-Kamysz może z tego dobra skorzystać i dla dobra Rzeczypospolitej przygotować tę wspaniałą uroczystość i wykonywać dalsze zadania" - powiedział Nawrocki.

Dłużny nie pozostał także wicepremier Kosiniak-Kamysz, który powiedział: "Przychodzą kolejne rządy, prezydenci, kolejne pokolenia. I najważniejsze, i najmądrzejsze w tym wszystkim jest zachowanie ciągłości, stabilności i budowanie siły Rzeczypospolitej"  Jak zadeklarował, rząd „pomimo kłód rzucanych pod nogi, pomimo czasem braku podpisu, nie uległ pokusie zatrzymania procesu modernizacji polskiej armii”. "Będziemy go kontynuować i zawsze będziemy (przyp red. do tego ) zapraszać" – powiedział Kosiniak-Kamysz.

"Moim zadaniem, jako wicepremiera rządu, jest powiedzieć o naszych działaniach i o tym, co my dziś robimy, bo to nie jest tak, że nie ma wielkich inwestycji, nie ma wielkich wydatków i nie ma wielkich starań" - mówił Kosiniak-Kamysz.

"Są wielkie wydatki, są wielkie starania i są dokonania, dzięki żołnierzom, dzięki podatnikom, dzięki Polakom, dzięki tym wszystkim, którzy to wspierają" - zaznaczył. Jak wskazał, mówi o tym, bo „ostrość spojrzenia prezydenta (przyp. red. Karola Nawrockiego) na minione czasy - pewnie z racji tego, że jest historykiem, ale pewnie też z sympatii politycznych - jest większa dla poprzedniego rządu”.

Apel o rozsądek: Czy możliwy jest powrót do racji stanu?

Spada jakość samej debaty, bo zamiast analizy pojawia się retoryka odpowiedzialności karnej, niekompetencji, kto co zrobił więcej, a kto źle. Nie oznacza to, że politycy powinni zrezygnować z krytyki. Demokratyczna kontrola nad polityką bezpieczeństwa jest niezbędna. Problem zaczyna się wtedy, gdy krytyka przestaje dotyczyć konkretnych rozwiązań, a zaczyna podważać samą legitymację działań państwa w obszarze ochrony bezpieczeństwa. O tym powinni myśleć politycy, bo każdy lubi potem ogrzewać się w blasku armii, a nie myśli o konsekwencjach swoich działań. Dobrze się stało, że obecny rząd kontynował politykę zakupową zaporzątkowaną przez Zjednoczną Prawicę i ówczesnego ministra obrony Mariusza Błaszczaka, bez jego decyzji nie mielibyśmy dziś nowoczesnych czołgów K2GF, czołgów Abrams M1A1 i M1A2, systemów HIMARS, Chumnoo i samolotów F-35. 

Dziś rząd robi krok na przód i pozyskuje kolejne uzbrojenie jak Bojowe Wozy Piechoty Borsuk, śmigłowce Apache, hełmy, kamizelki, wozy dowodzenia na podwoziu 4x4 Waran, Rosomaki w różnych wersjach, rozwój programu Wisła, rozwija kompetencje amunicyjne i można tak jeszcze długo wymieniać. Teraz ważne jest, jeśli dojdzie do zmiany władzy, by nie zatrzymywać tego i nie wbijać sobie szpil. Zjednoczona Prawica powinna kontynuować to co zapoczątkowano i nie obrażać się na zakupy SAFE. Też będziecie z tego korzystać przecież. Krytykować merytorycznie można ale nie urządzać teatru politycznego, by elektoraty mogły siebie atakować. 

Bezpieczeństwo narodowe nie może być elementem cyklu wyborczego. Demokratyczna kontrola jest niezbędna, ale musi dotyczyć konkretnych rozwiązań, a nie podważania samej legitymacji działań państwa w tym obszarze. Czy jesteśmy w stanie odbudować ponadpartyjne minimum w sprawach bezpieczeństwa? Czy też weszliśmy już w erę jego trwałego upolitycznienia? Od odpowiedzi na to pytanie może zależeć znacznie więcej, niż nam się dziś wydaje. Dlatego niech politycy nie niszczą ostatniego konsenusu, który nam jeszcze został czyli polityki bezpieczeństwa, bo jeśli tutaj zawalimy sprawę to konsekwencje sptkają wszystkich bez względu na barwy polityczne. 

„Król kłamstwa i głupoty!” Wiceminister Gołota totalnie MIAŻDŻY Błaszczaka!