Zionęły żywym ogniem. Miotaczy ognia w Powstaniu Warszawskim bali się wszyscy

Płonącą, lepką substancję wystrzeliwano na ok. 25 m. Przylepiała się do celu i paliła go żywym ogniem. Miotacze ognia projektowano do niszczenia pojazdów opancerzonych i gniazd karabinów maszynowych. Ale likwidowano nimi też tzw. siłę żywą przeciwnika. Obsługa miotacza ognia była skrajnie niebezpieczna. Trafienie w zbiornik paliwa kończyło się straszną śmiercią w płomieniach. Jeśli natomiast żołnierz z taką bronią wpadł w ręce przeciwnika – palono go żywcem przy użyciu zdobycznego miotacza.

  • Armia Krajowa w konspiracyjnych wytwórniach w Warszawie produkowała miotacze ognia.
  • Wykorzystywano je w czasie powstania warszawskiego m.in. do zwalczania czołgów oraz likwidacji niemieckich pozycji.
  • Po wojnie miotacze płomieni były na wyposażeniu Wojska Polskiego do czasu wstąpienia Polski do NATO.

W konspiracyjnych wytwórniach dostarczających uzbrojenie dla żołnierzy Armii Krajowej miotacze ognia zaczęto produkować od 1942 r. Najpopularniejszym modelem był „wzór K”. Tę konstrukcję skrupulatnie opisał Mariusz Skotnicki w czasopiśmie „Nowa Technika Wojskowa”. Miotacz ważył ok. 25 kg. Składał się z - przypominających korpusy gaśnic - dwóch stalowych, cylindrycznych butli o wysokości 45 cm i średnicy 16 cm. Obie stanowiły 15-litrowy zbiornik mieszanki zapalającej. Do butli przyspawano zawór odcinający sprężone powietrze pchające paliwo do prądownicy. Elastyczny wąż łączył butle z ponadmetrową prądownicą. Na jej końcu przyspawano kosz opleciony tlącym się sznurem. To dzięki niemu wytryskujące pod ciśnieniem paliwo zapalało się. Po akcji sznurek gasiło się poprzez nałożenie blaszanej puszki nazywanej gasidłem.

Mieszanina zapalająca w trzech czwartych składała się z oleju napędowego, a w jednej czwartej - z benzyny. Załadowany miotacz mógł oddać do 30 krótkich strzałów o zasięgu do 25 m.

Obsługa jednego miotacza składała się z czterech żołnierzy: dowódcy, miotaczowego oraz amunicyjnych, którzy transportowali zapasowe butle ze sprężonym powietrzem i mieszaniną zapalającą. Wymiana butli na nowe zajmowała wyszkolonej sekcji cztery minuty.

Gdzie produkowano podziemne miotacze ognia?

W Warszawie Armia Krajowa utworzyła sieć podziemnych wytwórni uzbrojenia. Znajdowały się one w warsztatach ślusarskich, mechanicznych czy wytwórniach obrabiarek do metalu. Jedną z takich podziemnych fabryk był warsztat Antoniego Więckowskiego mieszczący się przy ul. Senatorskiej 33 w centrum Warszawy. Do dnia wybuchu Powstania Warszawskiego wyprodukowano tam około 400 sztuk miotaczy.

W lutym 1941 r. w tym warsztacie - jako młodociany robotnik - rozpoczął pracę Wiesław Lechowicz ps. „Kotwica”, konspirator z Batalionu AK „Miotła”. Oficjalnie w zakładzie Więckowskiego produkowano gaśnice. Potajemnie - zbiorniki na paliwo do plecakowych miotaczy płomieni. Po latach „Kotwica” wspominał, że zbiorniki do miotaczy ognia wyglądały prawie identycznie jak korpusy gaśnic. Dlatego czeladnik z początku nie rozumiał, co robi. Co jakiś czas po baniaki przyjeżdżał konny wóz i wywoził je gdzieś w kierunku warszawskiej Pragi.

Warsztat sąsiadował z kościołem św. Antoniego. W tym kościele, nad krużgankami, konspiratorzy zbudowali skrytkę do przechowywania tajnych wyrobów. W wytwórni powstawały również obudowy min do wysadzania torów kolejowych, pracowano też nad uruchomieniem produkcji granatów ręcznych. Najwięcej czasu pochłonęło przygotowanie formy do odlewu korpusu granatów.

Mobilizacja podziemnych zakładów zbrojeniowych

Sieć podziemnych wytwórni uzbrojenia była krytycznie ważnym elementem struktury Armii Krajowej. Jej pracownicy byli dobierani spośród ludzi zaufanych. Nawet jeśli - tak jak „Kotwica” - nie mieli świadomości, co robią, to uczestniczyli w strukturach konspiracyjnych.

Dlatego 29 lipca 1944 r. Antoni Więckowski - jak się wtedy okazało, oficer Armii Krajowej - ogłosił, że pracownicy nie mogą opuszczać zakładu. Rozkazał też, żeby z podzespołów montować kompletne miotacze. Po tę śmiercionośną broń zgłaszali się konspiratorzy z różnych oddziałów. Przychodzący przechodzili krótkie szkolenie z zasad obsługi, zabierali miotacze i szli na miejsce koncentracji swoich oddziałów.

Taktyka walki miotaczami ognia

„Kotwica” opowiadał o taktyce użycia miotaczy ognia. Powstańcy używali ich do unieruchamiania niemieckich czołgów. Pozwalali, aby pojazdy podjeżdżały jak najbliżej, a następnie prądownicami celowali w kierunku otworów, przez które załoga czołgu obserwowała drogę. Wiesław Lechowicz opowiadał, że płonąca maź dostająca się do wnętrza pojazdu musiała co najmniej strasznie poparzyć twarze czołgistów, pozbawić ich wzroku, a nawet zabić.

Miotacze płomieni wykorzystywano również do oczyszczania pomieszczeń zajętych przez Niemców oraz podpalania budynków opanowanych przez hitlerowców.

Wiesław Lechowicz, jako jeden z ostatnich powstańców, przeszedł kanałami z upadającego Starego Miasta do broniącego się przed Niemcami Śródmieścia. Zabrał pompkę do napełniania zbiorników w miotaczach ognia oraz wykonaną w zakładach Antoniego Więckowskiego formę do odlewu granatów.

Jeden z miotaczy wykonanych w wytwórni, w której pracował „Kotwica”, można zobaczyć w Muzeum Powstania Warszawskiego.

To nimi Niemcy spalili Warszawę

Niemcy również posługiwali się miotaczami ognia. W czasie Powstania Warszawskiego korzystali głównie z typu Flammenwerfer 41. Były bardziej zaawansowane technicznie od produkowanych przez Armię Krajową. Posiadały zapalnik elektryczny, ważyły 22 kg, mieściły 7,5 l mieszanki zapalającej, umożliwiały oddanie do ośmiu krótkich strzałów na odległość ok. 25 m. Hitlerowcy korzystali też z nowocześniejszej mieszanki zapalającej. Olej napędowy zastąpiono tam smołą, która paliła się wolniej, powodując większe zniszczenia.

Od 1942 r. do zakończenia II wojny światowej Niemcy wyprodukowali ponad 60 tys. takich miotaczy. Pod koniec wojny co miesiąc wytwarzano ich po kilka tysięcy.

Miotacz - broń zabójczej mocy

Miotacz płomieni był bronią, której bał się każdy. Dostanie się w zasięg ognistej, lepkiej mazi powodowało śmierć w męczarniach, a w najlepszym razie - dotkliwe, rozległe poparzenia.

Obsługa miotacza ognia była skrajnie niebezpieczna. Trafienie w zbiornik paliwa kończyło się śmiercią w płomieniach. Jeśli natomiast żołnierz z taką bronią wpadł w ręce przeciwnika - palono go żywcem przy użyciu zdobycznego miotacza.

Dlatego pod koniec II wojny światowej w oddziałach Wojska Polskiego maszerujących na Berlin ze wschodu wprowadzono specjalne, wysokie comiesięczne premie finansowe dla żołnierzy, którzy obsługiwali miotacze ognia.

Wojsko Polskie miało na wyposażeniu miotacze ognia aż do czasu wejścia do NATO. Wtedy wycofano je jako broń niehumanitarną.

Ostatnim modelem miotacza był LPO-50. Jak ujawniono w specjalistycznej publikacji „Technika Wojska Polskiego” wydanej w 1998 r. przez zespół pod kierownictwem ówczesnego dyrektora Biura Prasy i Informacji MON Tomasza Siemoniaka (obecnego Koordynatora Służb Specjalnych), LPO-50 wprowadzono do armii w latach 1984-1987. Zaprojektowano go do „niszczenia siły żywej w transzejach i ukryciach oraz do odpierania ataków i kontrataków przeciwnika”. Miotacz umożliwiał oddanie trzech wystrzałów na odległość 70-90 m. Sprzęt obsługiwał jeden żołnierz. Uruchomienie urządzenia - z położenia marszowego do bojowego - zajmowało mu zaledwie 20 s. Wymiana zużytych butli trwała od 8 do 10 min.

Ciekawostką jest to, że do obsługi miotaczy ognia często kierowano żołnierzy służby zasadniczej, którzy wcześniej byli strażakami Ochotniczych Straży Pożarnych. Choć gaszenie pożarów i ich wzniecanie były skrajnie przeciwne, to obsługa strażackiej prądownicy tryskającej wodą i prądownicy miotacza płomieni niewiele się różniły. Więc ich szkolenie z obsługi śmiercionośnej broni było prostsze i krótsze.

Portal Obronny SE Google News

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki