Historia sanitariuszki „Sławki”. To dzięki niej specjalsi z Lublińca dziedziczą tradycje „Miotły”

2026-04-12 7:02

- W szpitalu Jana Bożego sytuacja była niezwykle trudna, Niemcy nas otoczyli. Postanowiliśmy, że musimy wszyscy zginąć. Ustaliliśmy, kto w jakiej kolejności będzie do kogo strzelał, żeby nasz Szkopy nie dostały. To jedno z niezwykłych przeżyć. Umówiliśmy się na śmierć – tak najtrudniejsze chwile z powstania warszawskiego wspominała Halina Jędrzejewska ps. „Sławka”. Była łączniczką i sanitariuszką w Batalionie AK „Miotła”. To dzięki „Sławce” i kilku jej przyjaciołom z czasów konspiracji tradycje „Miotły” kontynuują żołnierze Jednostki Wojskowej Komandosów z Lublińca.

  • Halina Jędrzejewska ps. „Sławka” była łączniczką i sanitariuszką w Batalionie AK „Miotła”.
  • Po wojnie, wspólnie z mężem Tadeuszem – również żołnierzem „Miotły” – dokumentowała dokonania oddziału.
  • Była prezesem Zarządu Głównego Związku Powstańców Warszawskich.
  • Dzięki m.in. jej staraniom jednostka komandosów z Lublińca przejęła tradycję „Miotły”.

- Gdy zaczęliśmy się starać o przejęcie tradycji Batalionu AK „Miotła”, byliśmy już dojrzałymi żołnierzami z dużym doświadczeniem bojowym. W Iraku i Afganistanie wykonywaliśmy bardzo trudne operacje. Ale nie znam żadnego mojego żołnierza, który nie byłby pod ogromnym wrażeniem olbrzymiej odwagi i skromności pani Halinki i innych weteranów „Miotły” – mówi gen. bryg. Tomasz Białas, ówczesny dowódca Zespołu Bojowego, który przejął dziedzictwo „Miotły”.

Szacunek amerykańskich Zielonych Beretów

Pod wrażeniem byli nie tylko Polacy. W spotkaniach z weteranami systematycznie uczestniczyli - stacjonujący w Lublińcu – żołnierze ODA, zadaniowej grupy specjalnej Sił Specjalnych US Army, popularnych „Zielonych Beretów”. Do legendy przeszło wielkanocne spotkanie w 2016 r., w czasie którego „Sławka” siedziała na kanapie otoczona przez grupę Amerykanów.

Z nieukrywanym szacunkiem sojusznicy słuchali, jak prowadzono działania specjalne w okupowanej przez Niemców Warszawie.

- Mimo różnicy wieku bardzo szybko zaczęliśmy z panią Halinką nadawać na tych samych falach. Ona opowiadała o dylematach sanitariuszki w czasie powstania warszawskiego. A ja miałem tak samo w Afganistanie. Dlatego przekazałem jej Buzdygana „Polski Zbrojnej”. To była dla mnie bardzo ważna nagroda, otrzymałem ją w 2014 r. W czasie gali poprosiłem „Sławkę” na scenę i wręczyłem Buzdygana – wspomina Krzysztof Pluta - „Wir”.

Przez kilkanaście lat był medykiem w jednostce w Lublińcu, jest pierwszym żołnierzem polskich Wojsk Specjalnych, który ukończył zaawansowane szkolenie medyków sił specjalnych „Special Operations Combat Medic” (SOCM) w Fort Bragg w USA.

Przedwojenna harcerka

Halina Jędrzejewska urodziła się w 1926 r. Jej ojciec był urzędnikiem Ministerstwa Komunikacji. Rodzina mieszkała na warszawskiej Ochocie. Młoda Halinka chodziła do pobliskiego gimnazjum im. Słowackiego. Tam działała w drużynie harcerskiej.

5 września 1939 r. z rodziną wsiadła do pociągu ewakuacyjnego jadącego na południowy wschód Polski. Pod Równem transport zbombardowały niemieckie samoloty.

Miałam 13 lat. Pierwszy raz widziałam zabitych i rannych. Byłam przerażona. Wtedy powiedziałam sobie, że muszę być przygotowana na to, aby w takich sytuacjach nie stać bezczynnie. Postanowiłam, że będę lekarką – wspominała w 2014 r., w czasie spotkania ze specjalsami z Lublińca.

Gdy kampania wrześniowa się zakończyła, z matką znalazły się na terenach okupowanych przez Sowietów. Do Warszawy udało się wrócić dopiero 1 maja 1940 r. Znowu zaczęła chodzić do dawnego gimnazjum, Niemcy pozwolili bowiem na funkcjonowanie takich szkół.

Świadomość wielkiego ryzyka

– Praktycznie cała drużyna harcerska znowu się spotykała na tajnych zbiórkach. Chciałyśmy coś robić, malowałyśmy na murach napisy „Hitler kaput”, „V” jak „Victoria”, później „Pawiak pomścimy”. Przeszłam wtedy szkolenie z topografii miasta i zostałam łączniczką – opowiadała.

Wiosną 1942 r., w ślad za starszą siostrą, trafiła do Konfederacji Narodu, podziemnej organizacji, która rok później połączyła się z Armia Krajową.

– To już była poważna sprawa. Szkolenie z bronią, przygotowania do zbrojnego wystąpienia przeciw Niemcom. Gdy dowódca zapytał mnie, jaką chciałabym mieć specjalność, bez wahania odparłam, że chcę być sanitariuszką – mówiła.

Młodziutka dziewczyna miała świadomość ryzyka i wysokiej stawki, jaką być może przyjdzie zapłacić za walkę o wolną Polskę.

– Kiedyś dostałam polecenie sprawdzenia, co dzieje się z jedną z naszych łączniczek. Została aresztowana, katowali ją granatowi policjanci. Nikogo nie wydała. Ponieważ była bezużyteczna dla okupantów, organizacji udało się ją wykupić za sporą łapówkę – wspominała.

W mieszkaniu uratowanej łączniczki „Sławka” zobaczyła dziewczynę leżącą na łóżku. Jej plecy wyglądały jak kotlet siekany, całe były w podłużnych ranach. Jakby je ktoś skrupulatnie ciął nożem.

– Zrobiło to na mnie potworne wrażenie – mówiła „Sławka”.

Podstawowe szkolenie medyczne

Szkolenia medyczne prowadzono w mieszkaniach. Instruktorzy skupiali się na najważniejszych procedurach: tamowaniu krwotoków, zakładaniu opasek uciskowych, wykonywaniu zastrzyków domięśniowych i dożylnych.

– Pakowano w nas wiedzę praktyczną. Na polu walki nie ma czasu na teoretyzowanie. Rannego trzeba wyciągnąć spod ognia. Dowolnym sposobem. Najbezpieczniejsze jest czołganie i ciągnięcie za sobą poszkodowanego. Dopiero w miejscu bezpiecznym można przełożyć go na nosze lub koc. Krytyczne znaczenie miało szybkie dostarczenie do szpitala – mówiła sanitariuszka.

Na wyposażeniu miała torbę sanitarną z podstawowym wyposażeniem, m.in. bandażami, gazą jałową, plastrem, chustą trójkątna, wodą utlenioną, gencjaną, riwanolem.

Takim sprzętem dysponowała w dniu wybuchu powstania warszawskiego. Została wtedy przydzielona do kilkuosobowego patrolu sanitarnego kpt. Franciszka Mazurkiewicza ps. „Niebora”, dowódcy „Miotły”.

– Pierwszą ranną, której udzielałam pomocy była młoda dziewczyna z prawie oderwaną nogą. Kończyna trzymała się tylko na ścięgnach – opowiadała.

Bardzo ciężko przeżyła przypadek rannego erkaemisty. Gdy się do niego doczołgała, leżał na brzuchu. Na plecach miał wielką dziurę.

– Odwróciłam go, żeby sprawdzi, czy żyje. Oddychał. Udało się go dociągnąć w bezpieczne miejsce i szybko dostarczyć do szpitala Jana Bożego. Umarł na stole operacyjnym – wspominała.

Pretensje uratowanego powstańca

– Kolega z oddziału został ranny w czasie desantu kanałami ze Starówki na Plac Bankowy. Była noc, dostał w ramię. Miał krwotok tętniczy, z niedużej rany krew tryskała jak z fontanny. W ciemności, w kanale założyłam mu opaskę uciskową i opatrunek na ranę. Po kilku latach spotkaliśmy się na Wojskowych Powązkach. Miał do mnie pretensje, że źle go opatrzyłam i dlatego ma niedowład ręki. Tłumaczyłam, że nie mogłam zrobić nic więcej. Kula spowodowała porażenie nerwu promieniowego – wspominała sanitariuszka.

Po jakimś czasie znowu się spotkali i dawny pacjent przeprosił za gwałtowne słowa.

Mimo to było mi bardzo przykro. Wtedy w kanale zrobiłam wszystko co w mojej mocy. A on miał sporo szczęścia, mogła wdać się zgorzel, a to groziło amputacją kończyny, a nawet śmiercią – podsumowała pani Halina.

Międzypokoleniowa więź medyków pola walki

- Takie urazy zdarzają stosunkowo często, nawet złamanie kości ręki może spowodować porażenie nerwu promieniowego. Uszkadza go też nie tylko mechaniczny uraz po kuli, ale również fala uderzeniowa spowodowana jej przejściem przez ciało – uzupełnia Krzysztof Pluta.

On także ratował rannego z podobnym urazem.

– Nocą zaatakowano naszych żołnierzy stacjonujących w dystrykcie Adżiristan w Afganistanie. Polak dostał w lewą rękę. Polecieliśmy po niego śmigłowcem medycznym. Rękę udało się ocalić, ale niedowład pozostał – opisuje medyk.

„Sławka” wspominała, że najlepiej pamięta sytuacje związane z udzielaniem pomocy dzieciom. Dokładnie może opisać każdy skomplikowany przypadek, zarówno z czasów Powstania Warszawskiego, jak i lat pracy w szpitalu.

– Ja też potrafię z fotograficzną dokładnością opowiedzieć o każdym takim zdarzeniu. Afgańska prowincja rządzi się barbarzyńskimi prawami. Katując córkę ojciec mści się na matce, która np. nie chciała z nim współżyć. Potem mieliśmy wezwania typu „dziecko postrzeliło się w brzuch z kałasznikowa”, „dziewczynka oblała się benzyną i podpaliła”. Mogę dokładnie odtworzyć każdą sekundę lotu śmigłowca i poszczególne etapy niesienia pomocy – wyjawia „Wir”.

Portal Obronny SE Google News

Najtrudniejszy moment powstania warszawskiego

Najtrudniejszy moment z czasów powstania warszawskiego? „Sławka” nie ma wątpliwości. Była to obrona szpitala Jana Bożego.

- Nasza grupka była mała, zaledwie dziewięć osób. Ja byłam jedyną dziewczyną. Sytuacja była niezwykle trudna, Niemcy nas otoczyli. Broni mieliśmy mało, pożar za plecami powoli szedł w naszym kierunku. Gdy już było pewne, że nikt nam z pomocą nie przyjdzie, gdy już będzie bardzo źle, to uznaliśmy, że nie możemy dopuścić, żeby ktokolwiek z nas wpadł w ręce Niemców. Postanowiliśmy, że musimy wszyscy zginąć. Ustaliliśmy, kto w jakiej kolejności będzie do kogo strzelał, żeby nasz Szkopy nie dostały. To jedno z niezwykłych przeżyć. Umówiliśmy się na śmierć – wspominała „Sławka”.

Czy się wtedy bała?

- Nieraz mnie ludzie pytają. Nie, ja się nie bałam. Ale tylko dlatego, bo wiedziałam, byłam głęboko przekonana, że żywcem mnie nie wezmą, bo koledzy do tego nie dopuszczą. Wierzyłam, że koledzy nie pozwolą mnie wziąć żywcem. Dlatego się nie bałam. Mnie, młodą dziewczynę Niemcy potraktowaliby bardzo paskudnie – mówiła.

W czasie Powstania Warszawskiego dwukrotnie otrzymała Krzyż Walecznych.

Lekarka, działaczka społeczna, promotorka „Miotły”

Po kapitulacji trafiła do obozu jenieckiego. Po wyzwoleniu, przez Holandię, trafiła do Wielkiej Brytanii. Została skierowana do Pomocniczej Służby Kobiet w Polskich Siłach Lotniczych. Mogła zacząć studia medyczne w Dublinie, ale pierwszym transportem, w lipcu 1946 r., wróciła do Polski. Jesienią tego roku zaczęła studiować medycynę. Po uzyskaniu dyplomu ortopedy-chirurga urazowego, w 1952 r. podjęła pracę w klinice ortopedycznej w Warszawie. Zrobiła specjalizację drugiego stopnia, obroniła doktorat.

Wspólnie z mężem Tadeuszem – również żołnierzem „Miotły” - bardzo intensywnie działała w środowisku „Miotły”, była prezesem Zarządu Głównego Związku Powstańców Warszawskich. Dzięki jej staraniom specjalsi z Jednostki Wojskowej Komandosów z Lublińca przejęli tradycję „Miotły”.

Zmarła w 2025 r., w przeddzień rocznicy wybuchu powstania warszawskiego.

- Pani Halinka odcisnęła bardzo mocne piętno na zespole bojowym, którym dowodziłem. Dziś nie żyje już żaden żołnierz wojennej „Miotły”. Ale to dzięki „Sławce” i grupie jej przyjaciół tradycje batalionu żyją. Są powodem dumy specjalsów z Lublińca – kończy gen. bryg. Tomasz Białas.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki