Wyrok na „kata Warszawy”. Najpoważniejsza akcja specjalsów Armii Krajowej

2026-01-31 9:28

W czasie szkolenia sił specjalnych w USA komandosi z kilkunastu krajów świata mieli opowiedzieć o dziedziczonych tradycjach. Amerykanie mówili o II wojnie światowej i Wietnamie. Przedstawiciele pozostałych armii również wspominali historię. Ale największy szacunek zdobył żołnierz z Zespołu Bojowego C Jednostki Wojskowej Komandosów z Lublińca. Ten zespół dziedziczy tradycje Batalionu AK „Parasol”, a specjals omówił operację specjalną „Kutschera”. Żołnierze najbardziej elitarnych jednostek specjalnych wiedzą - zdecydowanie lepiej, niż cywile - jak niesamowicie trudne było to zadanie. Jutro obchodzimy rocznicę tej akcji.

  • Armia Krajowa precyzyjnie wybierała „cele wysokowartościowe”, czyli Niemców przeznaczonych do likwidacji.
  • Wyroki wykonywano w biały dzień, z otwartą przyłbicą.
  • Likwidacja Franza Kutschery była najpoważniejszą akcją specjalsów Armii Krajowej.
  • Do operacji doszło w centrum dzielnicy niemieckiej w Warszawie.

- Operacje naszych patronów budzą najwyższy szacunek u osób związanych z działaniami specjalnymi. Mieliśmy szczęście poznać bohaterów z oddziałów specjalnych AK. Dlatego oddajemy hołd ich bezprecedensowej dzielności i bohaterstwu. System ich wartości przetrwał i jest obecnie elementem kultury organizacyjnej Jednostki Wojskowej Komandosów - mówi gen. Wiesław Kukuła, Szef Sztabu Generalnego, przed laty dowódca oddziału w Lublińcu i gorący orędownik przejmowania tradycji oddziałów specjalnych AK przez JWK.

Najpoważniejsza operacja w czasie całej wojny

1 sierpnia 1943 r. powołano oddział do zadań specjalnych „Agat” („Antygestapo”). Miał zajmować się fizyczną likwidacją najważniejszych wrogów państwa podziemnego. Już po kilku miesiącach - ze względów konspiracyjnych - oddział zmienił nazwę na „Pegaz” („Przeciwgestapo”). Do historii przeszedł pod najsłynniejszą nazwą - Batalion AK „Parasol”.

Od września 1943 do lipca 1944 r. „Parasolarze” przeprowadzili 13 specjalnych akcji likwidacji osób, na które wyrok wydały podziemne sądy. 1 lutego 1944 roku wykonano wyrok na Franzu Kutscherze, dowódcy SS i policji w Warszawie, jednym z najwyższych dygnitarzy hitlerowskich w okupowanej Polsce. W czasie okupacji nazywano go „Katem Warszawy”.

Ta operacja uznawana jest za najpoważniejszą operację wykonaną w czasie II wojny światowej przez siły Kierownictwa Dywersji Armii Krajowej. Miejsce przeprowadzenie operacji było skrajnie trudne, znajdowało się w sercu dzielnicy niemieckiej w Warszawie, naprzeciw siedziby Dowództwa SS i Policji. Niemcy byli nawet przekonani, że do jej przeprowadzenia przerzucono z Zachodu grupę specjalnie do tego celu przygotowanych komandosów.

Operacja została wielokrotnie szczegółowo opisana. My więc skupimy się na jej mniej oczywistych aspektach.

Kutschera wpadł przez rozpięty płaszcz

Franz Kutschera trafi l do Warszawy we wrześniu 1943 r. Był zwolennikiem bezwzględnego terroru: zwiększania liczby ulicznych łapanek, w czasie których zatrzymywano przypadkowych przechodniów. Wysyłano ich do obozów koncentracyjnych lub zabijano w czasie publicznych egzekucji na ulicach okupowanego miasta.

Niemiec doskonale się maskował i rygorystycznie przestrzegał zasad bezpieczeństwa. Na afiszach podpisywał się tylko stanowiskiem. Nie pojawiał się w miejscach publicznych, jego zdjęcia nie były dostępne. Przebywał głównie w sercu izolowanej dzielnicy niemieckiej. Jego mieszkanie znajdowało się ok. 300 m od miejsca pracy. Ale, unikając spacerów po ulicach, ten dystans pokonywał wyłącznie z służbowej limuzynie. Raz nie zadbał o szczegóły...

Na trop Kutschery wpadł Aleksander Kunicki „Rayski”, szef wywiadu „Parasola”. Rozpracowywał inny cel wysokowartościowy, gdy zauważył młodego mężczyznę wysiadającego z limuzyny. Niemiec - tym razem - nie zapiął guzików w skórzanym, cywilnym, długim płaszczu. Ten drobny błąd spowodował, że „Rayski” zauważył dystynkcje na mundurze. Nie kojarzył tego generała. Ponieważ był doświadczonym oficerem wywiadu więc szybko wydał nowe rozkazy swojemu zespołowi. Dzięki nim poznano adres, z którego limuzyna odbierała tajemniczego pasażera. Następnie ustalono nazwisko i stanowisko obserwowanego.

Dlaczego dowódcy ryzykowali życiem konspiratorów?

„Parasolarze” prowadzili operacje specjalne w biały dzień, z otwartą przyłbicą, na terenie ściśle strzeżonej dzielnicy niemieckiej, gdzie praktycznie każdy Niemiec nosił broń. Musiały być spektakularne, ponieważ zakładały osiągnięcie dwóch celów: w Niemcach miały siać strach, gdyż nie było dla nich bezpiecznego miejsca w Warszawie. Natomiast Polakom wlewały otuchę w serca, udowadniały ze państwo podziemne wymierza sprawiedliwość. Każda taka akcja była wykorzystywana propagandowo przez AK.

W języku sił specjalnych nazywa się to „walką o serca i umysły”, niestety bardzo często okupioną krwią konspiratorów. Dlatego zarówno dowódcy, jak i uczestnicy operacji mieli pełną świadomość podejmowanego ryzyka. Każdy wiedział, że praktycznie nie ma szansy, aby wszyscy uczestnicy kolejnych akcji wrócili do domów.

Po wykonaniu wyroku konspiratorzy nie mogli błyskawicznie odskoczyć. Musieli przeszukać zwłoki zabitego, zabrać jego dokumenty i broń. To był dowód wykonania rozkazu. Zdobyte dokumenty trafiały do komórki legalizacyjnej Armii Krajowej. Dla pracujących tam fałszerzy były wzorcami do podrabiania dowodów tożsamości, legitymacji służbowych, przepustek.

Warto zaznaczyć, że odwrotnie działali konspiratorzy z Batalionu AK „Miotła” specjalizujący się w likwidacji Polaków kolaborujących z hitlerowcami. Działali po cichu, niekiedy z wykorzystaniem specjalnej broni gwarantującej skryte wykonanie wyroku podziemnego sądu.

Jak wybierano cele wysokowartościowe?

Konspiratorzy wiedzieli o niesnaskach i rywalizacji między Werhmachtem, Waffen-SS i Gestapo. Nie atakowano więc dowódców wojskowych, skupiając się na SS-manach, gestapowcach, ich informatorach oraz wysokich urzędnikach władz okupacyjnych.

Jesienią 1943 r. zaczęło obowiązywać rozporządzenie „O zwalczaniu zamachów na niemieckie dzieło odbudowy w Generalnym Gubernatorstwie”. Wynikało z niego, że za zabicie Niemca, każdą dywersję lub sabotaż bez sądu rozstrzeliwano Polaków „w liczbie odpowiedniej” do skali zamachu. Konspiracyjni dowódcy mieli więc pełną świadomość, że planując operacje, narażają ludność cywilną na represje: wywózki do obozów koncentracyjnych i publiczne egzekucje.

Dowódcy Armii Krajowej musieli więc analizować to, co w języku współczesnych wojskowych, określa się jako „collateral damage” (straty wśród cywilów powstałe w efekcie prowadzenia działań wojskowych).

- Planując operacje w Afganistanie mieliśmy rubrykę „collateral damage” w dokumentacji. Należało wykazać, jak zamierzamy uniknąć strat wśród osób postronnych. Ale w okupowanej Warszawie sytuacja była inna. Pierwsze masowe mordy Niemcy przeprowadzili już pod koniec 1939 r. w podwarszawskim Wawrze i Palmirach. Uliczne łapanki i wywózki do obozów koncentracyjnych zaczęły się wcześniej, niż operacje specjalne AK. Ale trzeba pamiętać, że udana akcja na Franza Kutscherę zakończyła okres publicznych egzekucji, a niemiecki terror nieco zelżał - przekonuje „Złoty”, oficer z zespołu dziedziczącego tradycje „Parasola”.

Akcja „Kutschera” oczami współczesnych specjalsów

W 2013 r. „Złoty” z kilkunastoma żołnierzami z zespołu uczestniczył w uroczystościach 69. rocznicy akcji. Tradycje „Parasola” ten pododdział przejął już w 1995 r. Wtedy żyło jeszcze wielu weteranów, którzy często odwiedzali jednostkę lublinieckich komandosów.

- W czasie obchodów staliśmy przy kamieniu ustawionym na miejscu operacji. Patrzyłem na tę robotę oczami oficera sił specjalnych. To było niesamowite przedsięwzięcie. Trudno mi sobie wyobrazić zaplanowanie i przeprowadzenie tej roboty takimi siłami, w takim miejscu i czasie. A oni to zrobili! Zastanawiam się, jak wielka musiała być determinacja żołnierzy „Parasola”, do jakiego heroizmu byli zdolni walcząc o utraconą niepodległość? - zastanawia się „Suchy”, oficer z Lublińca.

Akcja trwała niecałe dwie minuty. Wzięło w niej udział 17 konspiratorów, śmierć poniosło czterech. Dwóch z nich - skacząc do Wisły na zablokowanym przez Niemców moście Kierbedzia.

- Zamiast, zgodnie z procedurą, porzucić samochód użyty w akcji, Zbigniew Gęsicki „Juno” i Kazimierz Sott „Sokół” postanowili go ukryć w konspiracyjnym garażu. Mieli wybór: stracić samochód, co poważnie utrudniłoby prowadzenie kolejnych operacji albo podjąć ryzyko. Podjęli je i zapłacili najwyższą cenę. Tak to bywa na wojnie – dodaje kolejny żołnierz z Lublińca.

Stanisław Huskowski „Ali” był zastępcą dowódcy operacji. Miał dostać pistolet maszynowy sten. Ale zabrakło dla niego broni. Dostał więc granaty, którymi miał obrzucić Niemców w czasie odskoku po akcji. Pech chciał, że z powodu zablokowanego zamka w teczce nie mógł sięgnąć po granaty.

- Po akcji „Ali” się załamał. Miał wyrzuty sumienia, że z powodu uszkodzonego zamka nie mógł użyć granatów i śmiertelne rany odnieśli koledzy. Doskonale go rozumiem. Jak ja bym się czuł, gdybym nie potrafił usunąć zacięcia broni i z tego powodu zginął kolega? – zastanawia się operator.

Musimy pamiętać o bohaterach | Garda
Portal Obronny SE Google News
Sonda
Czy historia jest elementem polityki obronnej państwa?

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki