Spis treści
W nocy z 29 na 30 lipca 2026 roku, podczas zmasowanego rosyjskiego ataku na zachodnią Ukrainę, rosyjski pocisk manewrujący Ch-101, wleciał w polską przestrzeń powietrzną. Rakieta rozbiła się w okolicach miejscowości Tarnawa-Kolonia w województwie lubelskim. W odpowiedzi poderwano polskie F-16 i sojusznicze samoloty, a wszystkie systemy obrony powietrznej postawiono w stan najwyższej gotowości.
Na konferencji prasowej zorganizowanej w miejscu zdarzenia premier Donald Tusk, w obecności szefa MON Władysława Kosiniaka-Kamysza, wygłosił oświadczenie, które zaskoczyło. Stwierdził, że paradoksalnie, właśnie po tym incydencie Polska będzie rozważać jak najszybciej pomoc dla Ukrainy, także z Patriotami, jeśli będzie potrzeba.
"Po tym zdarzeniu, paradoksalnie, będę wspólnie z panem premierem (wicepremierem, szefem MON Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem) rozważał jak najszybciej dalszą pomoc dla Ukrainy, także z kolejnymi Patriotami, jeśli będzie taka potrzeba" – powiedział.
Dodał, że po jego środowej rozmowie z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim „sprawa jest dość ewidentna: najbliższe 100 dni może rozstrzygnąć o tej wojnie i to jest 50/50”.
Podkreślił, że to już „nie są pozory akcji”. Jak dodał, na końcu „liczy się to, co się stało, a nie, co się mogło stać”. "Nie ma takiego nieba, ani w Stanach, ani w Izraelu, ani w Ukrainie, ani Rosji, które jest w stu procentach bezpieczne" - zauważył szef rządu. "To zawsze będą decyzje" dodał Tusk.
"Zadaniem premiera Kosiniaka-Kamysza jako ministra obrony narodowej, moim jako premiera - wiem, że akurat w tej sprawie mamy takie samo zdanie z prezydentem Karolem Nawrockim - jest pełne wsparcie dla wojskowych wtedy, kiedy podejmują decyzje" – oświadczył premier.
Polecany artykuł:
Polska już przekazała 5 pocisków Patriot Ukrainie
Zapowiedz premiera Tuska padła w zasadzie kilka tygodni po tym jak przez Polskę przetoczyła się dyskusja na temat przekazania 5 pocisków Patriot Ukrainie, przez co MON został zmuszony do ujawnienia pomocy udzielonej Kijowowi przez ostatnie lata. Jak zaznaczył wtedy wicepremier Kosiniak-Kamysz, przekazanie sprzętu zostało dokonane na wniosek i prośbę Sekretarza Generalnego NATO, EUCOM oraz SACEUR, po przeprowadzeniu konsultacji z grupą użytkowników, a przekazania ilość stanowi margines polskich zdolności. Podkreślił również, że przekazana liczba pocisków to „margines naszych zdolności” i „nie wpływa na zdolności obrony powietrznej Polski”.
Przypomnijmy, że w ramach pierwszej fazy programu "Wisła" Polska pozyskała dwie baterie Patriot (16 wyrzutni) i 208 pocisków PAC-3 MSE (w tym część szkoleniowych/ćwiczebnych) wraz z nowoczesnym systemem dowodzenia IBCS, za kwotę 4,75 mld dolarów. W ramach drugiej fazy programu zakupiono 644 sztuki PAC-3 MSE w ramach zakupu sześć kolejnych baterii Patriot, czyli 12 jednostek ogniowych wyposażonych w 48 wyrzutni M903. Przewiduje się dostawę baterii w latach 2027-2029.
Przekazanie więc pięciu sztuk (5 sztuk) nie było uszczupleniem, które by wpłynęło znacznie na osłabienie bezpieczeństwa Polski, co niektórzy eksperci czy politycy próbowali przekonywać. Zwłaszcza jak się weźmie pod uwagę, że mogły one ocalić ludzkie życie na Ukrainie czy kluczowe obiekty infrastruktury krytycznej. I nawet jeśli ich koszt jest duży, a obecnie produkcja pocisków PAC-3 MSE dopiero się rozkręca i szybko nowych nie dostaniemy, to z obiektywnego punktu widzenia było warto przekazać te 5 sztuk.
Wiemy także z wypowiedzi sekretarza stanu w MON Cezarego Tomczyka, że zawarto strategiczną umowę z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte oraz ze stroną amerykańską. Zgodnie z tą umową, „gdyby Polska była zagrożona, to dostalibyśmy dziesięć razy więcej tego typu rakiet i systemów w ciągu pierwszej doby zagrożenia”.
Czy Polska powinna przekazać więcej pocisków do Patriotów?
Tak jak wtedy byłem zwolennikiem postawy władzy, by w kluczowym dla Ukrainy kryzysie przekazać Ukrainie pociski, tak teraz uważam, że premier Donald Tusk popełnił duży błąd informują w takim momencie opinię publiczną o gotowości do przekazania pocisków PAC-3 MSE. Po pierwsze, słowa padły w bardzo niefortunnym momencie sytuacyjnym czyli tuż po incydencie z naruszeniem polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjski pocisk. Pociski PAC-3 MSE są jednymi, które są zdolne skutecznie zwalczać m.in. rosyjskie Iskandery, a my nie posiadamy wystarczających zapasów tych najnowocześniejszych pocisków. A Rosja utrzymuje zdolności produkcji rakiet balistycznych, manewrujących i dronów uderzeniowych, dlatego Polska musi w pierwszej kolejności budować własne zasoby środków obrony powietrznej i przeciwrakietowej.
Jak było już wspomniane, Polska dysponując stosunkowo skromnym zapasem około 208 pocisków PAC-3 MSE (minus już pięć już przekazanych). Decyzja o dalszych transferach powinna więc być poprzedzona bardzo precyzyjną analizą ryzyka, zwłaszcza że produkcja tych pocisków wciąż jest ograniczona, a Stany Zjednoczone same mają napięte zapasy.
Oczywiście należy tutaj podkreślić i przypomnieć, że pociski PAC-3 MSE, służą przede wszystkim do zwalczania rakiet balistycznych. Są one dedykowane do obrony przed celami lecącymi po trajektorii balistycznej, takimi jak Iskander czy inne pociski tego typu, które poruszają się po łuku i mają tylko bardzo ograniczoną zdolność manewrowania. Natomiast w żadnym razie nie używa się ich do strzelania do dronów, zwłaszcza tanich konstrukcji typu Shahed czy podobnych jak czasami mówią politycy. Zestrzeliwanie dronów Patriotami byłoby ogromnym marnowaniem zasobów i osłabianiem gotowości na prawdziwe zagrożenie balistyczne, ze względu na koszt - efekt. Pociski PAC-3 mają też ograniczony zasięg do celów typu dron, więc nie są do tego optymalne. Cała koncepcja opiera się na tym, że te pociski trzyma się w rezerwie na moment, gdy Polska sama znajdzie się pod atakiem rakiet balistycznych, a nie na codzienne czy prowokacyjne ataki dronowe.
I tak na dziś, Polska jest dużo bardziej zagrożona przez wtargnięcia dronów jak te z września ubiegłego roku. A je należy zwalczać znacznie tańszymi środkami, takimi jak myśliwce, śmigłowce szturmowe, systemy typu San, drony-przechwytujące. A na wspomniany już pocisk Ch-101 nie powinno się się zużywać pocisków PAC-3 MSE, a najskuteczniejszy i najtańszy sposób na nie to użycie samolotów F-16 czy F-35 ostatecznie PAC-2 GEM-T czy systemy krótkiego zasięgu, gdy pocisk już zbliży się do obiektów zamieszkały czy istotnych.
Oczywiście w kontekście incydentu w Tarnawie-Kolonii (powiat biłgorajski) pojawią się głosy, że nie powinniśmy oddawać dalszych pocisków, bo to pozbawia nas zdolności obronnych. I tu wracamy do sedna: atak rakietami balistycznymi na Polskę nie jest dziś najbardziej prawdopodobnym scenariuszem (choć nie można go wykluczyć w przyszłości). Natomiast Ukraina zmaga się z tym zagrożeniem niemal codziennie. Jak słusznie zauważył wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz 31 lipca w Sejmie: "Można liczyć te rakiety w magazynie, a mogą one strącać rakiety lecące w kierunku Polski. Ja wolę, żeby strącały je nad terytorium Ukrainy" – podkreślił i zapowiedział dalsze wsparcie dla Ukrainy. "Pomimo waszego wycia, pomimo waszej dezinformacji, będziemy kontynuować pomoc dla walczącej Ukrainy. Im więcej rakiet strąconych nad terytorium Ukrainy, tym mniej zagrożenia dla Polski" – powiedział.
Logika zwalczania zagrożenia jak najdalej od własnych granic jest w pełni racjonalna i wpisuje się w słuszną koncepcje realizowaną przez Polskę od 2022 roku. Lepsze jest strącanie rakiet nad Ukrainą niż nad terytorium Polski. Problem jednak leży w uproszczeniu przekazu i pominięciu kluczowych niuansów. Nie wszystkie pociski PAC-3 MSE są równie przydatne przeciwko różnym typom zagrożeń, a polskie zasoby nie są nieograniczone. Hasło „im więcej strąconych nad Ukrainą, tym bezpieczniej dla nas” brzmi dobrze w debacie politycznej, ale w praktyce wymaga bardzo precyzyjnej kalkulacji, ile dokładnie możemy oddać bez tworzenia luki we własnej obronie? I niestety, druga część wypowiedzi – „pomimo waszego wycia, pomimo waszej dezinformacji” – jest już czysto konfrontacyjna. Zamiast budować ponadpartyjny konsensus wokół bezpieczeństwa narodowego, pogłębia się podziały i pozwala opozycji łatwiej sprzedawać narrację o „partyjnej wojnie” zamiast merytorycznej dyskusji. A teraz jeden głos będzie bardzo konieczny, byśmy nie stworzyli sytuacji, że jesteśmy podzieleni w pomocy dla Ukrainy. Bo w dłuższej perspektywie taka retoryka osłabia społeczną legitymizację pomocy dla Ukrainy.
Drugą, czysto polityczną kwestią jest przewidywalna reakcja opozycji. Po „wrzasku”, jaki już widzieliśmy ze strony PiS, Konfederacji i szerzej prawej strony sceny, po tym jak się okazało, że przekazaliśmy 5 sztuk pocisków Patriot Ukrainie, łatwo wyobrazić sobie, co się stanie, gdy dojdzie do kolejnego przekazania. Pojawią się narracje o „rozbrajaniu Polski”, „oddawaniu drogiego uzbrojenie za pieniądze polskich podatników” i „zdradzie interesu narodowego”. Dlatego też premier Tusk popełni błąd informując opinię publiczną o takiej gotowości już teraz. Jak już taka deklaracja powinna ewentualnie paść, kiedy Ukraina zmagałaby się z ogromną falą ataków i wiele obiektów, czy ludzi by zginęło, wtedy by istniała uzasadniona przyczyna do takiego przekazania. Ale nie wtedy, kiedy to do Polski taki pocisk się przedostaje.
Oczywiście jak zaznaczył premier, nie wszystkim musi się podobać taka decyzja. "Zdaję sobie sprawę z różnych ciężarów spadających na Polskę, ale czy komuś się to podoba czy nie, zrobimy wszystko, aby pomóc Ukrainie" – powiedział. Premier Tusk, informując o gotowości już teraz, dał opozycji potężny oręż i dodatkowo podgrzał atmosferę przed wyborami parlamentarnymi, w których polityka wobec Ukrainy może stać się jednym z głównych tematów. Według sondaży z lipca 2026 roku poparcie dla dalszej pomocy militarnej Ukrainie oscyluje wokół 52%, a odsetek osób uważających, że Polska udzieliła już zbyt dużej pomocy, przekracza 40–54% w zależności od badania. W takiej sytuacji publiczna deklaracja premiera Tuska może być odebrana jako oderwana od realiów społecznych i dodatkowo polaryzująca.
Trzecia kwestia to presja ze strony Ukrainy i sojuszników. Publiczna deklaracja sprawia, że Kijów będzie oczekiwał i naciskał na konkretne dostawy do Polski, a Warszawa znajdzie się pod presją również ze strony innych państw NATO, które chętnie widziałyby Polskę oddającą własne zapasy. Bo skoro Polska w tak oficjalny sposób deklaruje, to będzie musiała się z tego wywiązać. Tym samym Polska staje się zakładnikiem swoich słów. Nie wykluczam scenariusza, że jak rządzący zobaczą, że nastroje się coraz bardziej zmieniają co do pomocy Ukrainie, to się rakiem wycofają z decyzji. Z drugiej strony będzie to także pewna kompromitacja na arenie międzynarodowej, że deklarujemy a potem nie realizujemy obietnicy.
Czwarta, bardzo ważna kwestia to efekt dla strony rosyjskiej. Takie deklaracje powinny być przekazywane cicho, przez kanały dyplomatyczno-wojskowe, a nie medialnie. Publiczne zapowiedzi mogą zachęcić Moskwę do zwiększenia prowokacji dronowych i rakietowych nad terytorium Polski, co z kolei da opozycji argument, by blokować pomoc, bo nam te pociski są potrzebne. A w razie tragedii (śmierć, ranni, zniszczenia) emocje wezmą górę nad racjonalnymi argumentami, a że pociski do Patriotów nie służą do zestrzeliwania dronów czy pocisków jak CH-101, to już nie będzie miało żadnego wpływu, ponieważ będą się liczyć emocje.
Dylematy premiera Tuska
Premier Tusk popełnił więc poważny błąd decydując się na taką deklaracje w czasie incydentu z rosyjskim pociskiem, gdzie co chwila pada argument ze strony polityków opozycji o zestrzelenia jego. I to w czasie kiedy, rośnie niezadowolenie w stosunku do Ukrainy. Może to znacząco wpłynąć nie tylko na notowania obecnej koalicji rządzącej ale także na nastroje społeczne w kraju, które mogą jeszcze bardziej skręcić w stronę ograniczenia pomocy Ukrainie. A także ostrzejszej polityki wobec Kijowa, zwłaszcza jak się weźmie pod uwagę scenariusze kolejnych prowokacji ze strony Rosji w stosunku do naszego kraju, gdzie będzie testowany nasz system obrony.
Tusk powinien powstrzymać się od tak mocnej deklaracji, i zrobić to ewentualnie po cichu i poinformować post factum. Na pewno to by mniej emocji wywołało, zwłaszcza jakby istniał do tego dobry argument. Nie wykluczam, że premier z ministrami i wojskowymi dojdzie do wniosku, że deklaracja była niefortunna, i zostanie ona tylko wypowiedzianymi słowami. Jak wiemy politycy często za dużo mówią, a potem tego nie realizują w tym przypadku może być podobnie, i skończy się tylko na dalszym wsparciu i donacjach sprzętu posowieckiego jak pozostałe BWP-1, PT-91 Twardy czy innym mniej lubi bardziej nowoczesnym uzbrojeniu ale nie tak drogim i ważnym jak pociski do Patriotów.
Tak więc deklaracja premiera Tuska otwiera drogę do kilku możliwych scenariuszy. Rząd, po konsultacjach z wojskiem, może zdecydować się na przekazanie zapasu pocisków przechwytujących, co miało już miejsce w przeszłości. Jednak zapewne kluczowa będzie ocena realnego ryzyka i korzyści. Z jednej strony, incydent z rakietą udowodnił, że wojna na Ukrainie bezpośrednio wpływa na bezpieczeństwo Polski. Z drugiej, nikt nie może dać gwarancji, że osłabienie własnej obrony nie zostanie w przyszłości wykorzystane przez Rosję, w coraz większych prowokacjach nawet z użyciem rakiet balistycznych. Niezależnie od decyzji w sprawie pocisków dla Ukrainy, Polska musi radykalnie przyspieszyć budowę własnej zdolności obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Prawdziwym strategicznym błędem byłoby nie samo przekazanie kilku–kilkunastu pocisków, lecz brak równoległego, zamawiania nowych partii i rozwijania krajowego przemysłu obronnego. Ostateczna decyzja spoczywa na barkach premiera i ministra obrony narodowej, którzy muszą znaleźć złoty środek między sojuszniczą solidarnością a fundamentalną zasadą dbania o bezpieczeństwo własnych obywateli.
Polecany artykuł: