Spis treści
Wybuch pełnoskalowej wojny 24 lutego 2022 roku wywołał w Polsce falę solidarności, która przełożyła się na natychmiastowe i szeroko zakrojone działania rządu Prawa i Sprawiedliwości. Polska nie tylko otworzyła granice dla milionów uchodźców, ale stała się kluczowym hubem logistycznym i jednym z największych darczyńców sprzętu wojskowego dla ukraińskiej armii.
Bezprecedensowa skala pomocy świadczonej przez rząd PiS w latach 2022-2023 obejmowała uzbrojenie o kluczowym znaczeniu dla obrony Ukrainy. Według danych ujawnionych w późniejszych raportach, Polska przekazała m.in.:
- Setki czołgów, w tym T-72, PT-91 Twardy, a także zainicjowała „koalicję czołgową” w celu przekazania nowoczesnych maszyn Leopard 2.
- Pojazdy opancerzone, takie jak bojowe wozy piechoty BWP-1.
- Systemy artyleryjskie, w tym armatohaubice samobieżne Krab i 2S1 Goździk.
- Przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe Piorun, które okazały się niezwykle skuteczne w pierwszych miesiącach wojny.
- Samoloty MiG-29 oraz śmigłowce Mi-24.
Łączna wartość pomocy wojskowej przekazanej przez Polskę do marca 2025 roku przekroczyła 18 mld zł. Działania te, choć często realizowane bez szerokiego rozgłosu, budowały wizerunek Polski jako niezawodnego sojusznika i państwa gotowego do realnych poświęceń na rzecz bezpieczeństwa regionu. Był to czas, gdy duma z postawy państwa dominowała nad politycznymi podziałami. Wszyscy graliśmy do jednej bramki bo stawka tego wszystkiego była wysoka, czyli by Ukraina obroniła się przed rosyjskimi wojskami i by te wojska nie doszły do naszej granicy.
Polecany artykuł:
Awantura o Patrioty – punkt zwrotny w debacie
Ten wizerunek zaczął się kruszyć w listopadzie 2022 roku, gdy na terytorium Polski w Przewodowie spadła rakieta, zabijając dwie osoby. Tragedia ta stała się zarzewiem politycznej burzy, która obnażyła, jak łatwo kwestie bezpieczeństwa mogą zostać podporządkowane partykularnym interesom. W odpowiedzi na incydent w Przewodowie, Niemcy zaproponowały wzmocnienie polskiej obrony powietrznej poprzez rozmieszczenie na terytorium Polski baterii systemu Patriot. Ówczesny wicepremier i minister obrony narodowej, Mariusz Błaszczak, początkowo „z satysfakcją” przyjął tę propozycję. Jednak kilka dni później, w zaskakującym zwrocie, publicznie zasugerował, aby niemieckie Patrioty przekazać bezpośrednio Ukrainie i rozmieścić je na jej zachodniej granicy.
Ruch ten wywołał konsternację zarówno w Berlinie, jak i w strukturach NATO. Niemcy początkowo odrzuciły tę sugestię, argumentując, że sprzęt Sojuszu nie może być obsługiwany poza jego terytorium bez odpowiednich uzgodnień. Awantura o systemy Patriot trwała kilka tygodni i zakończyła się politycznym fiaskiem – baterie ostatecznie trafiły do Polski, ale cała sytuacja pozostawiła wrażenie chaosu i próby wykorzystania kwestii bezpieczeństwa do rozgrywki politycznej, być może w celu postawienia Niemiec w niekorzystnym świetle, że nie pomagają jak Polska Ukrainie. To właśnie wtedy po raz pierwszy tak wyraźnie wsparcie dla Ukrainy zostało użyte jako narzędzie w wewnętrznej i międzynarodowej polityce, a nie jako element spójnej strategii bezpieczeństwa.
„Kto bardziej rozbroił Polskę?” – Narracja, która zatruła dyskurs
Po zmianie władzy w Polsce pod koniec 2023 roku, spór o pomoc dla Ukrainy wszedł w nową, jeszcze bardziej toksyczną fazę. Zamiast merytorycznej dyskusji o zakresie i formach wsparcia, główną osią konfliktu stało się wzajemne oskarżanie o osłabianie potencjału obronnego kraju.
Politycy byłej partii rządzącej zaczęli zarzucać nowemu gabinetowi spowalnianie pomocy i podważanie zobowiązań, jednocześnie oskarżając go o narażanie bezpieczeństwa Polski. Z drugiej strony, przedstawiciele nowej koalicji rządzącej kontrowali, że transfery sprzętu za czasów PiS były często chaotyczne i nieprzemyślane, prowadząc do powstawania luk w uzbrojeniu bez zapewnienia odpowiednich zamienników. Obecna koalicja rządząca zaczęła także mówić o zastanych pustych magazynach polskiej armii.
Polecany artykuł:
Kulminacją tej wyniszczającej narracji stała się kolejna awantura o pociski Patriot, która wybuchła w miniony weekend, gdy w przestrzeni publicznej pojawiły się zarzuty, że rząd w tajemnicy przekazał Ukrainie część nowoczesnych pocisków PAC-3 MSE. Spór ten, podsycany w mediach społecznościowych przez polityków Prawa i Sprawiedliwości, Konfederacji i Pałacu Prezydenckiego doprowadził do bezprecedensowej decyzji szefa MON o odtajnieniu list sprzętu przekazywanego Ukrainie od 2022 roku, co miało na celu ucięcie spekulacji. Ta sytuacja pokazała, jak daleko politycy są w stanie się posunąć, wykorzystując niejawne dane do bieżącej walki politycznej.
Instrumentalizacja wsparcia w cieniu rosnących nastrojów antyukraińskich
Ta polityczna licytacja na oskarżenia nie odbywa się w próżni. Jest ona ściśle powiązana z zauważalnym od kilku miesięcy spadkiem społecznego entuzjazmu dla pomocy Ukrainie i wzrostem nastrojów antyukraińskich. Badania opinii publicznej wskazują na rosnące zmęczenie wojną oraz obawy o koszty wsparcia ponoszone przez Polaków.
Według sondażu CBOS opublikowanego w styczniu 2026 r. (na podstawie danych z grudnia 2025 r.), opinie Polaków są niemal idealnie podzielone.
- 48% badanych popiera przyjmowanie ukraińskich uchodźców.
- 46% jest temu przeciwnych.
Autorzy badania podkreślają, że są to najgorsze wyniki w historii pomiarów prowadzonych od aneksji Krymu w 2014 roku. Dla porównania, tuż po inwazji w 2022 roku, pomoc uchodźcom popierało 94% Polaków. Istotne jest również to, że odsetek osób "zdecydowanie przeciwnych" (19%) przewyższa odsetek "zdecydowanie popierających" (13%).
Podobne podziały widoczne są w kwestii dalszej pomocy finansowej i materialnej. Sondaż panelu Ariadna z czerwca 2026 roku wskazuje, że:
- 32% ankietowanych uważa, że należy ograniczyć pomoc dla Ukrainy.
- 32% twierdzi, że obecny poziom wsparcia jest odpowiedni.
- 20% jest zdania, że Polska powinna całkowicie wycofać się z pomocy.
- Zaledwie 6% uważa, że pomoc powinna być większa.
Na relacje polsko-ukraińskie silnie wpłynął spór o historię, związany z nadaniem przez prezydenta Ukrainy jednej z jednostek wojskowych honorowej nazwy odwołującej się do UPA. Jak wynika z badania IBRiS dla "Rzeczpospolitej" z przełomu czerwca i lipca 2026 r.:
- 33,6% Polaków zadeklarowało, że ich stosunek do Ukraińców pogorszył się po tym sporze.
- 60,7% uznało, że ich nastawienie nie uległo zmianie.
- 1,8% stwierdziło, że ich stosunek się poprawił.
Co ciekawe, pogorszenie nastrojów częściej deklarowały osoby o poglądach prawicowych (47%) oraz wyborcy Prawa i Sprawiedliwości (56%). Spór ten i związane z nim gesty, takie jak odebranie, a następnie odesłanie przez Wołodymyra Zełenskiego Orderu Orła Białego, również zostały negatywnie ocenione. W sondażu United Surveys dla Wirtualnej Polski aż 69,3% ankietowanych uznało odesłanie orderu przesyłką kurierską za gest obraźliwy dla Polski. Z kolei w innym badaniu 56% uczestników uznało, że winę za kryzys w relacjach ponosi prezydent Ukrainy.
Politycy, zwłaszcza ze skrajnych ugrupowań, świadomie wykorzystują te emocje, licząc na zdobycie kapitału politycznego. Hasła o „rozbrajaniu Polski”, „priorytecie dla własnego bezpieczeństwa” czy rzekomych nadmiernych przywilejach dla uchodźców padają na podatny grunt. W ten sposób temat, który był symbolem narodowej jedności, staje się narzędziem polaryzacji i cynicznej gry o głosy wyborców.
Jeśli zostały przekazane to uratowały ludzkie życie
Bo jeśli rzeczywiście do przekazania doszło jak ujawnił szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz, który powiedział, że prawdopodobne rząd przekazał pociski do systematów Patriot według jego informacji, to nie powinniśmy na to patrzeć z perspektywy emocji. Wiceminister Cezary Tomczyk w poniedziałek (6 lipca) zaprzeczył także o tym, że Polska odstąpiła swoją kolejkę w pociskach.
Jak mówił premier Tusk w poniedziałek podczas podpisania umowy na amerykańskie pociski manewrujące Barracuda dla Wojska Polskiego chce coś powiedzieć „o patriotach, to znaczy o ludziach, którzy naprawdę mądrze rozumieją to, co jest dobre i ważne dla Polski”. "
"Ponawiam swój apel do wszystkich - począwszy od prezydenta, do wszystkich polityków: nie igrajcie z ogniem" - powiedział.
Jak mówił dalej: "Pomoc Polski dla Ukrainy w jej wojnie z Rosją była przedmiotem naszego politycznego i narodowego konsensusu. Można dyskutować o historii, o wzajemnych relacjach. Można zastanawiać się, w jakim zakresie pomagać uchodźcom, migrantom tu w Polsce, ale nie można w żaden sposób narażać na ryzyka naszej współpracy z Ukrainą w jej obronie przed napaścią rosyjską" - ocenił Tusk.
Wskazał, że nikt nie krytykował decyzji poprzedniego rządu o transferach polskiej broni do Ukrainy w pierwszych dniach i miesiącach wojny, choć - jak dodał - działania te wiązały się z pewnym ryzykiem. "Wszyscy rozumieliśmy, że wsparcie dla Ukrainy na wojnie z Rosją leży w interesie Polski" - podkreślił premier.
"Każda rakieta wystrzelona w Ukrainie, (...) która niszczy pociski, rakiety, drony, samoloty, agresora, to jest większe bezpieczeństwo Polski. Nie możemy o tym dyskutować w kontekście jakiejś niemądrej walki politycznej. Chyba nie przeszliście - zwracam się do tych wszystkich, którzy chcą zatrzymać pomoc wojskową dla Ukrainy" - na stronę Rosji - dodał.
Jednocześnie szef rządu zapewnił, że wraz z Kosiniakiem-Kamyszem robią wszystko, by polskie wsparcie dla Ukrainy, w tym pomoc militarna, nie narażało bezpieczeństwa Polski. "Jestem przekonany (...), że robimy to o wiele skuteczniej niż ci, którzy dzisiaj podnoszą krzyk, a przed nami podejmowali decyzje o znacznie większym stopniu ryzyka"- powiedział Tusk.
Można więc sądzić na podstawie słow premiera Tuska, że do przekazania mogło dojść. A jeśli nawet doszło do przekazania, to nie była to jakaś duża liczba, która by znacząco wpłynęła na nasze bezpieczeństwo. W ramach pierwszej fazy programu Wisła z 2018 roku, (2 baterie) zakupiono 208 pocisków PAC-3 MSE (w tym część szkoleniowych/fiwiczebnych). Te pociski być może uratowały jakieś życie ludzkie na Ukrainie albo powstrzymały zniszczenie kluczowych obiektów infrastrukturalnych. Dziś Polsce nie grozi atak Rosji, to Ukraina każdego dnia zmaga się z atakami rosyjskimi. W nocy z niedzieli na poniedziałek (5-6 lipca) armia rosyjska przeprowadziła w zmasowany atak na Kijów i obwód kijowski, w wyniku którego zginęło 14 osób, a blisko 80 zostało rannych. Rosja wystrzeliła 68 rakiet i 351 dronów bojowych. Uszkodzenia odnotowano w ponad 10 miejscach w Kijowie, w tym w budynkach mieszkalnych.
Jak więc widzimy, te potencjalne pociski nie poszły na zmarnowanie, nie zostały sprzedane przez Ukrainę ani zostały skierowane w stronę Polski. Tylko mogły uratować czyjeś życie. Oczywiście Polska jako kraj frontowy powinna jako ostatnia przekazywać pociski, powinny to robić inne kraje z zachodniej Europy, jednak wiemy jaka jest sytuacja na Ukrainie, tych pocisków jest niewystarczająco. Na pewno jeśli doszło do przekazania jakieś małej liczby zostało to bardzo dokładnie przeanalizowane i odbyło się za zgodą Stanów Zjednoczonych, by Kijów mógł powstrzymać rosyjskie ataki, które jak wiemy są coraz większe.
Nasi politycy jednak postanowi potraktować sprawę instrumentalnie i na fali niezadowolenia Polaków do Ukraińców pójść za cisem i mówić o rozbrojeniu, skandalu czy trybunale stanu. Nikt jednak już nie pamięta jak wsparcie PiS-u dla Ukrainy na samym początku również doprowadziło do osłabienia naszych zdolności. Oczywiście podkreśla się, że był to w większości sprzęt poradziecki, jednak on nie znajdował się zamknięty w magazynach ale był na wyposażeniu jednostek, które na co dzień go użytkowały. Znamy doniesienia, że w jednostkach, które straciły Bojowe Wozy Piechoty (BWP-1), bo zostały przekazane żołnierze nie mieli na czym ćwiczyć i musieli wykorzystywać ciężarówki np. Star. To samo było w jednostkach, które straciły czołgi PT-91 Twardy, Rosomaki, Kraby itp. Brakowało także broni strzeleckiej. Dziś o tym nikt nie pamięta, że straciliśmy znaczące zdolności, byliśmy de facto osłabieni i to dużo poważniej niż oddanie kilku pocisków Patriot jeśli to prawda. Oczywiście podjęto wtedy decyzję – i słuszną – zakupić jak najszybciej koreańskiej i amerykańskie uzbrojenia, co prawda z półki ale liczyło się wtedy jak najszybsze uzupełnienie braków.
Dobrze się stało, że obecny rząd kontynuował te pomoc dla Ukrainy. Dobrze także, że po masowym przekazywaniu zaczęto także podobnie jak inne kraje negocjować, by za przekazywany sprzęt dostać coś w zamian od Ukrainy jak miło być pierwotnie z MiG-29 za drony.
Prawa strona w swojej narracji także podkreśla, że rozbrajamy się, kiedy istnieje poważne zagrożenie ze strony Rosji. Przywoływana jest wypowiedz premiera Tuska dla „Financial Times” z kwietnia, kiedy mówił, że potencjalne zagrożenie ze strony Rosji może mieć charakter krótkoterminowy, a ewentualny atak to bardziej kwestia miesięcy niż lat. Co wywołało ogromną burze. Problem z takimi informacjami polega na tym, że politycy i wojskowi a także eksperci w ostatnich miesiącach by utrzymać opinię publiczną w zainteresowaniu zagrożenia co chwila mówią o potencjalnej wojnie, by mieć podkładkę pod zakupy uzbrojenia i wydatki na obronność. Widać jednak pewne przesadne niekiedy wypowiedzi, co sprawia, że te zagrożenie zaczyna powszechnieć, co także może się odbić negatywnie jak w przypadku COVID-19.
Zagrożenie ze strony Rosji jest poważne ale póki Moskwa walczy na Ukrainie i im dłużej tam trwa tym zaatakowanie Polski czy innego kraju NATO się oddala. Oczywiście Moskwa będzie działać poniżej progu otwartej wojny wysyłają np. drony, stosując presję migracyjna czy atakują infrastrukturę krytyczna. Jednak wojna pełnoskalowa obecnie nam nie grozi, bo Rosja nie ma jak przesunąć swoich wojsk. Dlatego politycy, emerytowani wojskowi czy eksperci powinni trochę stonować swoje tony, bo mogą doprowadzić do przegrzania problemy, który rzeczywiście istnieje ale w kontekście obecnie wojny hybrydowej czy informacyjnej.
Ścigamy się na antyukraińskość
My teraz z kraju, który ganił inne kraje jak np. Niemcy, że za wolno pomagają, że nie przekazują uzbrojenia, które jest konieczne do obrony przez Rosją, pokazujemy że jesteśmy krajemy niepoważnym, podważając pomoc dla Kijowa, bo nasi politycy kierują się emocjami napędzanymi przez boty i trolle w mediach społecznościowych oraz by te kilka punktów procentowych w nastrojach społecznych wyrwać. Jak słusznie zauważył wicepremier, minister obrony narodowej Radosław Sikorski: "Kiedyś politycy PiS-u ścigali się na proukraińskość. Dzisiaj ścigają się na antyukraińskość. Jedna nieszczęsna decyzja prezydenta Wołodymyra Zełenskiego nie zmieniła faktu, że Putin jest zagrożeniem dla Ukrainy, dla NATO i dla Polski. Kierowanie się tylko emocjami jest geopolityką gówniarstwa" – stwierdził szef MSZ.
My jesteśmy w dużo lepszej sytuacji niż Ukraina, posiadamy nowoczesny sprzęt, jesteśmy w NATO i UE, a także na naszym terytorium są sojusznicze wojska, które chronią naszą przestrzeń powietrzną. Ukraina tego nie ma. Musi działać tylko na tym co otrzyma albo sama wytworzy.
Konsekwencje tej instrumentalizacji będą poważne. Podważają wiarygodność Polski na arenie międzynarodowej, wprowadzają chaos informacyjny i osłabiają ponadpartyjny konsensus w kluczowej dla polskiej racji stanu. Z kraju dumnego z bycia liderem pomocy, Polska w oczach części opinii publicznej staje się krajem kłócącym się o to, kto bardziej osłabił własną armię, co w ostatecznym rozrachunku jest na rękę jedynie Rosji. Bo im bardziej oddalamy się od Ukrainy tym bardziej stajemy się "sojusznikiem Rosji". Ukraina jest trudnym partnerem z którym dzieli nas historia i to trudna ale my nie możemy tworzyć sobie kolejnego wroga na wschodzie. Bo już jeden wystarczy w postaci Rosji. W naszym interesie jest, by zagrożenie rosyjskie było jak najdalej od nas i by nasi obywatele w żaden sposób nie ucierpieli z powodu wojny.
Polecany artykuł: