Spis treści
W czerwcu 2025 roku konflikt, który zaczął się od izraelskich nalotów, przerodził się w dwunastodniową wojnę z bezpośrednim udziałem Stanów Zjednoczonych. Operacja „Midnight Hammer”, która przerodziła się w precyzyjne uderzenia na Fordow, Natanz i Isfahan została wykonana przy użyciu najcięższych konwencjonalnych bomb penetrujących, jakie posiada Pentagon. Administracja Trumpa ogłosiła wtedy, że irański program wzbogacania uranu został „trwale zneutralizowany”. Zawieszenie broni podpisano szybko, ale nikt w regionie nie traktował go jako trwałego pokoju.
Iran rzeczywiście poniósł bardzo poważne straty, stracił znaczną część wirówek, laboratoria i infrastrukturę dowodzenia. Jednak już jesienią 2025 roku satelity zaczęły pokazywać wzmożoną aktywność budowlaną. Nowe tunele, betonowe osłony, przenoszenie wrażliwego sprzętu głęboko pod ziemię – Teheran wyraźnie przygotowywał się na powtórkę. W styczniu i lutym 2026 roku tempo tych prac jeszcze wzrosło. Zdjęcia z komercyjnych satelitów wskazują, że Iran nie tylko naprawia, ale wręcz rozbudowuje i utwardza swoje instalacje.
Aktualna eskalacja: mobilizacja USA i ultimatum Trumpa
Obecnie w regionie znajdują się już dwie grupy uderzeniowe lotniskowców (USS Abraham Lincoln i zbliżający się USS Gerald R. Ford), dziesiątki niszczycieli, okręty podwodne, setki samolotów bojowych oraz bombowce strategiczne. Łącznie siły gromadzące się na Bliskim Wschodzie, w połączeniu z potencjałem sił powietrznych Izraela, wystarczyłyby do przeprowadzenia dużej operacji, która mogłaby trwać tygodnie, a nie dni, ocenił TWZ. Jednocześnie Pentagon systematycznie wycofuje część personelu cywilnego, głównie do Europy i do USA. Przemieszczanie zasobów i personelu przed potencjalną amerykańską aktywnością militarną to standardowa praktyka Pentagonu, lecz niekoniecznie oznacza to, że do ataku na Iran na pewno dojdzie. Jednakże po tak wyraźnym pokazie siły, wycofanie się bez osiągnięcia konkretnych celów byłoby dla prezydenta USA politycznie trudne.
Jednocześnie trwają pośrednie rozmowy w Genewie (ostatnia runda 18 lutego zakończyła się ustaleniem jedynie „zasad przewodnich”, bez przełomu).
Dziennik „Wall Street Journal” 19 lutego napisał, że prezydent USA Donald Trump rozważa przeprowadzenie wstępnego, ograniczonego ataku na Iran, by zmusić Teheran do zawarcia porozumienia nuklearnego. Według dziennika, Trump nie podjął jeszcze decyzji o przeprowadzeniu ataku na jakąkolwiek skalę - przekazały źródła. Rozważa różne opcje: od trwającej tydzień kampanii ataków mających na celu wymuszenie zmiany reżimu po mniejszą falę ataków na irański rząd i obiekty wojskowe. Niektórzy amerykańscy urzędnicy i analitycy ostrzegają, że takie ataki zachęciłyby Iran do odwetu, co potencjalnie mogłoby poskutkować wciągnięciem USA w szerszą wojnę na Bliskim Wschodzie i co mogłoby zagrozić regionalnym sojusznikom. W przypadku zatwierdzenia wstępnego ataku, uderzenie może zostać przeprowadzone w najbliższych dniach - utrzymują źródła gazety. Celem uderzenia miałoby być kilka obiektów wojskowych lub rządowych.
Jeśli Iran nadal będzie odmawiał zastosowania się do polecenia Trumpa dotyczącego zakończenia wzbogacania uranu, USA mają przeprowadzić szeroko zakrojoną kampanię przeciwko obiektom reżimu, potencjalnie mającą na celu obalenie władz w Teheranie. W czwartek (19 lutego) Trump zapowiedział, że podejmie decyzję w sprawie Iranu w ciągu 10 dni. Później przekazał dziennikarzom, że wyznaczony przez niego termin to maksymalnie około dwóch tygodni. "Zawrzemy porozumienie lub je osiągniemy w ten albo inny sposób" – oznajmił. W środę (16 lutego portal Axios napisał, że Trump coraz bardziej skłania się ku atakowi na dużą skalę przeciwko Iranowi, a opowiadający się za tą opcją Izrael przygotowuje się na wybuch wojny w ciągu kilku dni. W następnej publikacji portal uznał, że USA i Iran stoją na krawędzi wojny. Według jednego z doradców Trumpa, prawdopodobieństwo wojny wynosi 90 proc.
Polecany artykuł:
Co Iran jeszcze potrafi i gdzie jest najbardziej narażony?
Wojna z czerwca 2025 roku nie tylko zniszczyła część infrastruktury nuklearnej – nadwyrężyła cały system militarny i gospodarczy Iranu w stopniu, którego Teheran nie chce publicznie przyznać. Straty w sprzęcie i infrastrukturze były znacznie większe, niż pokazywały oficjalne komunikaty.
Wiele wyrzutni rakietowych zostało uszkodzonych lub zniszczonych, a odbudowa zapasów pocisków dalekiego zasięgu przebiega wolniej, niż planowano częściowo z powodu trudności z importem kluczowych komponentów elektronicznych pod zaostrzonymi sankcjami. Flota szybkich łodzi Korpusu Strażników Rewolucji, choć wciąż groźna w Cieśninie Ormuz, również poniosła straty w jednostkach i wyszkoleniu załóg. Co więcej, zapasy rakiet przeciwokrętowych i przeciwlotniczych średniego zasięgu są dziś oceniane przez zachodnich analityków na 50–65% stanu sprzed czerwca 2025 roku.
Jeszcze poważniejszy jest stan sojuszników Iranu – tzw. „osi oporu”. Hezbollah w Libanie, po intensywnych starciach z Izraelem w 2025 roku, stracił znaczną część swoich najlepszych rakiet precyzyjnych i doświadczonych dowódców polowych. Organizacja jest obecnie zajęta odbudową arsenału i struktur podziemnych, co ogranicza jej zdolność do otwarcia drugiego frontu na pełną skalę. Huti w Jemenie, mimo że nadal zdolni do ataków dronowych i rakietowych na Morzu Czerwonym, również odczuwają chroniczny brak części zamiennych i paliwa do dłuższych kampanii. Szyickie milicje w Iraku i Syrii są rozproszone, zmęczone i podzielone wewnętrznymi sporami ich zdolność do skoordynowanego działania przeciwko amerykańskim bazom jest dziś wyraźnie mniejsza niż dwa lata temu.
Iran wciąż jednak posiada tysiące rakiet balistycznych i manewrujących różnych typów, setki dronów bojowych i rozpoznawczych, setki szybkich łodzi zdolnych do ataków „rojem” oraz głęboko zakorzenioną sieć proxy na całym Bliskim Wschodzie. Marynarka Wojenna USA najbardziej obawia się irańskiego "ataku roju". Polega on na jednoczesnym uderzeniu dziesiątek małych, szybkich łodzi motorowych i dronów kamikadze na jeden duży cel, np. lotniskowiec. Celem jest przeciążenie systemów obronnych okrętu. Zatopienie amerykańskiej jednostki wartej miliardy dolarów i potencjalne wzięcie do niewoli załogi byłoby dla Stanów Zjednoczonych ogromnym upokorzeniem i zmusiłoby Waszyngton do potężnej eskalacji. Chociaż scenariusz ten jest trudny do realizacji, historia (uszkodzenie USS Cole w 2000 r. i USS Stark w 1987 r.) pokazuje, że amerykańskie okręty nie są niezniszczalne.
Te elementy nadal stanowią realne zagrożenie i mogą zadać cios Stanom Zjednoczonym i ich sojusznikom – zwłaszcza poprzez próbę czasowego zablokowania Cieśniny Ormuz lub ataki na infrastrukturę naftową Arabii Saudyjskiej i ZEA. Przez ten wąski przesmyk przepływa około 20-30% światowego eksportu ropy naftowej oraz około 20% światowego eksportu skroplonego gazu ziemnego (LNG). Nawet krótkotrwałe zaminowanie cieśniny lub jej zamknięcie pod pretekstem ćwiczeń wojskowych (co już miało miejsce) wywołałoby panikę na rynkach, gwałtowny wzrost cen ropy i globalne zakłócenia w łańcuchach dostaw. Jednak jak pisaliśmy już w zeszłym roku, jest to scenariusz bardzo ryzykowany dla Iranu i raczej byłby wdrożony, gdyby nie było wyjścia. Jednak skutki jego mogłyby być jeszcze gorsze dla reżimu w Teheranie.
Jednak największą i najbardziej widoczną słabością pozostaje sytuacja wewnętrzna. Inflacja oscyluje wokół 40–50 procent, rial praktycznie przestał pełnić funkcję normalnej waluty, bezrobocie wśród młodych ludzi jest dramatycznie wysokie, a blackouty energetyczne stały się codziennością w wielu prowincjach. Wielu zwykłych Irańczyków czuje się upokorzonych porażką w wojnie z Izraelem i obwinia za kryzys własne władze. Ta wewnętrzna niestabilność może być postrzegana przez USA jako "okno możliwości" do zadania decydującego ciosu.
Poza tym brutalne stłumienie protestów na początku 2026 roku pokazało, że reżim nadal potrafi utrzymać kontrolę siłą, ale robi to za coraz wyższą cenę społeczną i polityczną i z coraz mniejszym entuzjazmem nawet części aparatu bezpieczeństwa.
Globalna Układanka: Rosja i Chiny Murem za Teheranem?
W obliczu rosnącej presji ze strony USA, Iran zacieśnia współpracę z Rosją i Chinami. Wyrazem tego są przyspieszone, wspólne manewry morskie "Pas Bezpieczeństwa Morskiego 2026" w rejonie Cieśniny Ormuz, postrzegane jako wyraźny sygnał polityczny i pokaz siły. Pekin jest kluczowym odbiorcą irańskiej ropy, a Moskwa czerpie z irańskich technologii wojskowych. Choć bezpośrednia interwencja tych mocarstw w obronie Iranu jest mało prawdopodobna. Poza tym, zeszłoroczny atak Izraela i USA na Iran pokazały, że nawet dyplomatycznie te państwa nie były w stanie pomóc. Oczywiście, będą protestować, jeśli atak nastąpi, ale nie wyślą znacznych sił w tej region, bo po pierwsze Rosja na obecną chwilę takich możliwości nie ma przez wojnę na Ukrainę. A Chiny nie są przygotowane ani nie chcą drażnić Waszyngtonu.
Jak mógłby wyglądać kolejny atak i co by to oznaczało dla reżimu?
Najbardziej prawdopodobny scenariusz kolejnego konfliktu to kilkudniowa lub kilkutygodniowa kampania powietrzno-morska – masowe uderzenia bombowcami i pociskami manewrującymi na odbudowywane instalacje nuklearne, magazyny rakiet, centra dowodzenia Korpusu Strażników oraz elementy obrony przeciwlotniczej i marynarki wojennej. Byłby to chirurgiczny atak. Ataki, przy minimalnych ofiarach cywilnych osłabiłby reżim jeszcze bardziej. Naiwnym byłoby również myślenie, że po amerykańskim ataku w Iranie zapanuje demokracja, bardziej prawdopodobny byłby chaos na wzór syryjski - rozpocząłby się wieloletni okres chaosu, wojen domowych i rozlewu krwi.
Pełnoskalowa inwazja lądowa jest uważana za nierealną – zarówno ze względu na gigantyczne koszty, jak i ryzyko ugrzęźnięcia w górzystym terenie na wiele lat. Doświadczenia z Afganistanu i Iraku są tu bolesną lekcją.
BBC w swoich scenariuszach przedstawia dla przykładu "model wenezuelski". Szybkie i zdecydowane uderzenie militarne nie obala rządu, ale zmusza go do znaczącej zmiany kursu. W przypadku Iranu oznaczałoby to, że Republika Islamska przetrwa, ale pod presją ograniczy wsparcie dla bojówek na Bliskim Wschodzie, wstrzyma programy nuklearny i rakietowy oraz złagodzi represje wobec własnych obywateli. Jednak i tutaj jest mało prawdopodobne, że nastąpi nagła zmiana ich fundamentalnej polityki w odpowiedzi na atak.
W takim ograniczonym scenariuszu reżim ajatollahów ma bardzo duże szanse przetrwania – większość analityków ocenia je na 85–95 procent. Historia ostatnich czterech dekad pokazuje, że zewnętrzna agresja zwykle konsoliduje społeczeństwo wokół władzy, nawet tej głęboko niepopularnej.
Nie można wykluczyć także scenariusza, w którym to następuje upadek reżimu, ale na jego miejsce wchodzą rządy wojskowe. Reżim, choć niepopularny, opiera się na potężnym aparacie bezpieczeństwa, którego elity są żywotnie zainteresowane utrzymaniem status quo. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) kontroluje znaczną część irańskiej gospodarki i jest gotów użyć nieograniczonej siły do tłumienia protestów. W chaosie po amerykańskim ataku, to właśnie twardogłowi dowódcy IRGC mogliby przejąć władzę, zastępując teokrację ajatollahów brutalną dyktaturą wojskową. Jednak i tutaj pojawia się problem, czy wojskowi w zrujnowanym kraju atakami będą w stanie się utrzymać, tak samo długo jak poprzednicy. Ludzie także będą mieli zamordyzmu coraz bardziej dość. Wojskowa dyktatura będzie więc musiała, wybrać jakąś drogę np. rozluźnienie kulturowe i próba naprawy gospodarki za możliwość spokoju społecznego.
Polecany artykuł:
Na dziś scenariusz kolejnego ograniczonego uderzenia Stanów Zjednoczonych na Iran wydaje się najbardziej prawdopodobny. Najbliższe dni będą decydujące: albo Iran złoży jakąś symboliczną ofertę negocjacyjną, która pozwoli administracji Trumpa ogłosić sukces bez użycia siły, albo dojdzie do eskalacji. Reżim w Teheranie jest dziś słabszy ekonomicznie i społecznie niż kiedykolwiek od rewolucji 1979 roku, ale paradoksalnie właśnie ta słabość sprawia, że atak z zewnątrz może go wzmocnić politycznie na krótką i średnią metę. Ostatecznie w dłuższej perspektywie atak, będzie gwoździem do trumny dla reżimu, ponieważ zniszczy wiele obiektów infrastrukturalnych, osłabi jeszcze bardziej gospodarkę oraz podważy skuteczność działania władz, które nie potrafią obronić własnego kraju.
Wojna, której nikt w regionie ani na świecie naprawdę nie chce, może jednak nadejść, bo polityczna logika, dynamika odstraszania i upływający czas zostawiają coraz mniej miejsca na manewr.