Spis treści
W debacie publicznej na temat relacji polsko-niemieckich oraz europejskiego bezpieczeństwa pojawił się pomysł, by zadośćuczynić realnie. Wolfgang Ischinger, wieloletni szef Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, zaproponował, by Niemcy, zamiast finansowych reparacji wojennych, przekazały Polsce nieodpłatnie zaawansowany sprzęt wojskowy. Jak można sądzić to odważna idea, która łączy historyczne rozliczenia ze współczesnymi wyzwaniami geopolitycznymi.
Okręt podwodny, fregata lub czołgi dla Wojska Polskiego
Propozycja Ischingera, przedstawiona na łamach dziennika „Die Welt”, jest konkretna. Niemiecki dyplomata, wskazując na kluczową rolę Polski w obronie wschodniej flanki Sojuszu Północnoatlantyckiego, zapytał retorycznie: „A gdyby tak Niemcy w ramach uznania frontowej roli Polski sprezentowały jej okręt podwodny, fregatę lub kilka czołgów?”. Podkreślił przy tym, że taki gest leżałby w dobrze pojętym interesie Berlina. „Polski potencjał obronny chroni także nas” – stwierdził Ischinger, dodając, że przy obecnych, ogromnych wydatkach Niemiec na obronność, przekazanie niewielkiej ich części na wzmocnienie sojusznika byłoby „świetnym pomysłem”.
Co ciekawe, Ischinger ujawnił, że autorem tej koncepcji jest Janusz Reiter, były ambasador Polski w Niemczech i USA. Sam Reiter od lat argumentował, że Berlin powinien przeznaczać część swojego budżetu obronnego na wzmacnianie zdolności militarnych Polski i państw bałtyckich.
Historyczny spór o reparacje w tle
Pomysł niemieckiego dyplomaty należy rozpatrywać w kontekście nierozwiązanej kwestii reparacji za straty poniesione przez Polskę w czasie II wojny światowej. Strona polska od lat podnosi, że temat ten nie został zamknięty, czego wyrazem było m.in. opublikowanie w 2022 roku raportu szacującego straty na ponad 6,2 biliona złotych. Rząd w Berlinie konsekwentnie utrzymuje, że sprawa reparacji jest zamknięta pod względem prawnym i politycznym, co potwierdził w odpowiedzi na notę polskiego MSZ pod koniec 2022 roku.
Propozycja Ischingera jest więc próbą wyjścia z impasu. Nie jest to bezpośrednia forma reparacji finansowych, ale pragmatyczny gest, który łączy uznanie dla historii z inwestycją we wspólne bezpieczeństwo. Mogłoby to stanowić nowatorskie podejście, omijające spory prawne i skupiające się na przyszłości.
Sposób na „lęk przed niemiecką dominacją”
Ischinger wskazuje na jeszcze jeden, niezwykle istotny aspekt swojej propozycji – uspokojenie obaw w Europie. Niemcy, po latach niedoinwestowania, planują stać się największą konwencjonalną siłą militarną na kontynencie, przeznaczając na zbrojenia setki miliardów euro. To budzi niepokój u partnerów, w tym we Francji i w Polsce.
„W rozmowach w Paryżu czy też w Polsce wyczuwam czasami powrót dawnych lęków przed niemiecką dominacją” – przyznał Ischinger.
Przekazanie nowoczesnego uzbrojenia Polsce miałoby być sygnałem, że niemieckie inwestycje w Bundeswehrę nie służą budowie hegemonii, lecz wzmocnieniu zdolności obronnych całej Europy. Byłby to namacalny dowód na to, że Berlin traktuje bezpieczeństwo sojuszników jako własne.
Szersza wizja europejskiej obronności
Pomysł przekazania sprzętu Polsce wpisuje się w szerszą wizję Wolfganga Ischingera dotyczącą polityki bezpieczeństwa. Postuluje on m.in.: stworzenie jednolitego europejskiego rynku zbrojeniowego z udziałem kluczowych państw, takich jak Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Włochy i Polska. Uważa on, że potrzebna jest jednomyślności w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa UE, aby zwiększyć jej skuteczność.W jego ocenie, Europa musi stać się bardziej zjednoczona i zdolna do samodzielnego działania w obliczu globalnych zagrożeń. Inicjatywa wobec Polski miałaby być jednym z kroków na tej drodze, budując zaufanie i realną współpracę w dziedzinie, która jest fundamentem suwerenności – obronności.
Czy Polska potrzebuje niemieckiego uzbrojenia?
Polska realizuje największy program modernizacji sił zbrojnych w swojej najnowszej historii, wydając miliardy na sprzęt z USA i Korei Południowej, a także rodzimym przemyśle zbrojeniowym. Kontrakty na amerykańskie czołgi Abrams, wyrzutnie HIMARS i samoloty F-35, a także na koreańskie czołgi K2, armatohaubice K9 i samoloty FA-50, zdefiniowały główne kierunki modernizacji na najbliższe lata. W tej intensywnej mozaice zakupów, oferta niemieckiego przemysłu zbrojeniowego pozostaje nieco na uboczu od kilku lat.
Duże umowy na niemieckie uzbrojenie miały miejsce w 2013 roku, kiedy to zakupiono 105 czołgów Leopard 2A5 i 14 Leopard 2A4 od Niemiec, z dostawami w latach 2014-2015. Dodatkowo, w 2015 roku podpisano kontrakt z niemiecką firmą Rheinmetall na modernizację czołgów Leopard 2A4 do standardu 2PL, we współpracy z polskimi zakładami, z dostawami realizowanymi w kolejnych latach. Poza tym nie było większych zakupów ze względów politycznych, gdy rządziła Zjednoczona Prawica. A Koalicja Obywatelska kontynuuj ścieżkę zakupów w USA i Republice Korei. Można się jednak spodziewać, że w ramach SAFE Polska zakupi uzbrojenie europejskie jak np. tankowce powietrzne z Francji.
Okręty podwodne już kupiliśmy - ewentaulen rozwiązanie w razie kryzysu
Mimo tego, że Niemcy nie są kierunkiem zakupów przez polskie władze, to niemiecki przemysł obronny aktywnie zabiega o polskie kontrakty, oferując swoje produkty. Niemcy liczyły, że uda im się wygrać kontrakt w ramach programu Orka. Niemiecka fferta dotyczyła najnowocześniejszych jednostek typu 212CD od koncernu ThyssenKrupp Marine Systems (tkMS) opracowywanych wspólnie z Norwegią, które charakteryzują się zaawansowanym napędem niezależnym od powietrza (AIP) i właściwościami stealth.
Ostatecznie Polska postawiła na ofertę Szwecji decydując się na trzy nowoczesne okręty podwodne A26, gdzie pierwszy do Polski ma trafić w 2030 roku. Jako rozwiązanie pomostowe nim okręty wejdą do służby, Polska ma otrzymać A17, który mimo wieku 36 lat ma być po modernizacji i bardzo dobrym stanie technicznym.
Niemiecka Marynarka Wojenna operuje na okrętach podwodnych typu 212A (6 jednostek w linii) i przygotowuje się do wprowadzenia nowszych 212CD (pierwsze w służbie dopiero ok. 2030–2032). Raczej jest mało prawdopodobne, by strona polska zdecydowano się na okręt od Niemiec, zwłaszcza że oferta szwedzka została przyjęta. Nie można jednak wkluczyć, że gdyby Szwecja spóźniła się z harmonogramem dostaw lub coś poszło nie tak, to wtedy oferta niemiecka byłaby na pewno bardzo dobrą propozycją, by utrzymać zdolności podwodne Marynarki Wojennej RP. Jednak to wróżenie z fusów na dziś.
Fregaty w budowie - kolejna to problem?
Jeśli chodzi o fregaty, to polska zdecydowała się na trzy wielozadaniowe fregaty nowej generacji (proj. 106), które mają stać się podstawową siłą bojową polskiej floty nawodnej i zastąpić stopniowo wycofywane fregaty typu Oliver Hazard Perry. Bazowy projekt Arrowhead 140 (brytyjskiej firmy Babcock International), jest mocno zmodyfikowany i dostosowany do wymagań polskich. Babcock International z Wielkiej Brytanii dostarczyła projekt bazowy, wsparcie w zarządzaniu programem, transfer wiedzy i technologii. A sama budowa odbywa się głównie w PGZ Stoczni Wojennej z pomocą podwykonawców.
Niemiecka Marynarka Wojenna (Deutsche Marine) ma w służbie dwa typy fregat, które byłyby realistycznymi kandydatami w takiej hipotetycznej dyskusji przekazania. Pierwsza, to fregaty typu Baden-Württemberg (F125), Niemcy obecnie posiadają 4 jednostki w służbie: F125 Baden-Württemberg, Nordrhein-Westfalen, Sachsen-Anhalt, Rheinland-Pfalz.
Kolejne, to fregaty typu Sachsen (F124), Niemcy posiadają 3 jednostki: Sachsen, Hamburg, Hessen. W praktyce najbardziej realna (gdyby kiedykolwiek doszło do takiej decyzji) byłaby fregata typu F125 Baden-Württemberg – ze względu na jej profil czyli duże, wielozadaniowe i większą liczbą jednostek w linii. Jednak i tutaj istnieje mała szansa na realizacje. Polska będzie posiadać nowoczesne fregaty, używana fregata i to z Niemiec, która będzie się, co nieco różnić od rodzimego Miecznika będzie wymagać załogi, ale i także zwiększy koszty eksploatacji.
Czołgów ci u nas dostatek
Polska jako, że zakupiła amerykańskie Abramsy oraz koreańskie K2 i szykuje się na produkcję K2PL raczej nie będzie zainteresowana dodatkowymi Leopardami 2. Zwłaszcza, że posiadamy wersje A4 i A5, które systematycznie są modernizowane do wersji 2PL. Bundeswehra posiada obecnie nowocześniejsze warianty jak Leopard 2A7V; Leopard 2A6; Leopard 2A6MA3 (i kolejne jego modernizacje). Leopardów 2A5 jest około 20 i są stopniowo modernizowane lub wycofywany ze służby. Polska więc przyjmując ofertę Niemiec dostałaby warianty nowocześniejsze, ale których nie posiada na swoim wyposażeniu.
Poza tym, nic nie wskazuje na to, że Leopardy 2 miałyby się stać trzonem polskiej armii. Część komentatorów wolałaby, żeby przekazać je Ukrainie, a dokupić Abramsy czy K2. Lub aby przeszły do rezerwy magazynowej. Polska raczej nie zdecyduje się na zwiększenie parku maszynowego w oparciu o tę platformę. Logistyka i tak jest już nad wyraz przeciążona posiadaniem tak wielu typów czołgów. Jednak nie można wykluczyć, że jeśli oferta rzeczywiście będzie poważna, to nasze władze rozważą taką możliwość. Jednak na ten moment raczej należy się spodziewać dalszych inwestycji w K2PL czy Abramsów. Niedawno pojawiła się informacja, że w Wojskowych Zakładach Motoryzacyjnych S.A. w Poznaniu zakończył się kluczowy etap tworzenia potencjału do obsługi czołgów Abrams dla Wojska Polskiego. Regionalne Centrum Kompetencyjne Abrams zyskało w pełni wyposażoną halę produkcyjną o powierzchni 20 000 m², gotową do rozpoczęcia prac przy pierwszych pojazdach. To strategiczna inwestycja, która gwarantuje suwerenność w zakresie utrzymania i modernizacji polskiej floty czołgów Abrams, bezpośrednio wzmacniając bezpieczeństwo państwa.
Niemiecka oferta jest za późno, lepiej sfinansować nasze zakupy
W rozpatrywaniu niemieckiej oferty nawet nie chodzi o to, czy ten sprzęt jest zły, i niepotrzebny, lecz istnieją obawy o polityczną wiarygodność Niemiec. Doświadczenia z przeszłości, jak np. kontrowersje wokół mechanizmu "Ringtausch" (wymiany sprzętu za czołgi przekazane Ukrainie) czy początkowa powściągliwość Berlina we wspieraniu Kijowa, zbudowały w Warszawie dystans i brak zaufania. Istnieje obawa, że w kryzysowej sytuacji Berlin mógłby opóźniać lub blokować dostawy kluczowych komponentów czy amunicji. Ponadto, niemieckie uzbrojenie należy do najdroższych na rynku, co przy ogromnych wydatkach na sprzęt z USA i Korei stanowi poważne wyzwanie budżetowe.
Czy zatem Polska potrzebuje niemieckiego uzbrojenia? W ścisłym tego słowa znaczeniu – nie. Siły Zbrojne RP są w stanie oprzeć swoją modernizację na już zawartych kontraktach. Jednak z perspektywy strategicznej, całkowite ignorowanie niemieckiej oferty byłoby błędem. Lepiej były się dogadać, by Niemcy, zamiast oferować swój sprzęt np. sfinansowały nasze zbrojenia. Być może nie będzie to polityczne poprawne, by Berlin sfinansował zakup np. kolejnych amerykańskich Abramsów czy Patriotów, lub koreańskich armatohaubic K9 czy Chunmoo lub inne produkty z USA i Republiki Korei czy nawet innych krajów jak Francja, Turcja, Szwecja itp.
Innym rozsądnym podejściem wydaje się strategiczna dywersyfikacja i wybieranie najlepszych dostępnych technologii w konkretnych dziedzinach. Podczas gdy trzon sił pancernych i lotnictwa będzie oparty na sprzęcie amerykańskim i koreańskim, w niszowych, ale kluczowych zdolnościach niemieckie rozwiązania mógłby być więcej niż konkurencyjne.
Ostateczna decyzja musi być wynikiem chłodnej kalkulacji, która zważy najwyższą jakość technologiczną i korzyści logistyczne z ryzykiem politycznym. Budowanie zaufania i konkretne, wiążące zapisy umów na pewno by pomogły relacjach polsko-niemieckich. Niemniej sama propozycja z konkretami musiałby wyjść od rządu niemieckiego, a nie od dyplomaty, który nie ma realnej władzy.