Wojenne fake newsy narzędziem walki. Tak polska propaganda krzepiła serca i oszukiwała Niemców

2026-02-28 8:03

W 1942 r., w wydawanym w Londynie „Dzienniku Polskim” - oficjalnej gazecie rządu polskiego na uchodźctwie - opublikowano co najmniej dwie „relacje” polskich żołnierzy, którzy mieli brać udział w krytycznie ważnych alianckich operacjach specjalnych na terenie okupowanej Francji. Jak się okazuje, zostały one całkowicie zmyślone. Dziś takie informacje nazywamy fake newsami. Czemu służyły w czasie II wojny światowej? Otóż krzepiły polskie serca, wprowadzały w błąd Niemców i ułatwiały nabór do elitarnych oddziałów Wojska Polskiego.

  • W 1942 roku w "Dzienniku Polskim" ukazały się zmyślone relacje polskich żołnierzy o ich udziale w alianckich operacjach specjalnych.
  • "Fake newsy" dotyczyły operacji Biting (rajd na niemiecki radar) i Jubilee (desant pod Dieppe), choć polscy komandosi nie brali w nich udziału.
  • Celem tych fałszywych doniesień było podniesienie morale, wprowadzenie w błąd Niemców i zachęcenie do wstępowania do elitarnych oddziałów.
  • Odkryj, jak propaganda wojenna wykorzystywała "fake newsy" do osiągnięcia strategicznych celów i dlaczego Brytyjczycy wspierali te działania.

Operacja Biting, czyli rajd po niemiecki radar

W nocy z 27 na 28 lutego 1942 r. Brytyjczycy przeprowadzili operację Biting, czyli rajd na francuskie miasteczko Bruneval. Celem było przejęcie najważniejszych elementów niemieckiego radaru typu „Würzburg” oraz pojmanie jego załogi. „Würzburgi” dawały się mocno we znaki brytyjskiemu lotnictwu, zdecydowanie zwiększały bowiem skuteczność niemieckiej artylerii przeciwlotniczej w czasie nocnych nalotów.

W rajdzie wzięło udział 200 spadochroniarzy z nowoformowanej brytyjskiej 1. Dywizji Powietrznodesantowej oraz 32 komandosów z 12. Commando - jednej z brytyjskich formacji specjalnych przeznaczonych do działania na styku morza i lądu.

Podwójny, wielki sukces

Brytyjczycy w pełni osiągnęli zakładane cele, dzięki czemu poznali tajniki niemieckiej techniki radarowej. Było to pierwsze alianckie uderzenie na instalacje niemieckie na ziemiach okupowanych. Dotychczas niezwyciężeni hitlerowcy otrzymali potężny cios. Brytyjskie władze w pełni wykorzystały to propagandowo.

Dowódcy operacji zdali osobiście relację z działań na posiedzeniu rządu premiera Winstona Churchilla. Media przez kilka tygodni, codziennie, donosiły o tej akcji. Jeszcze w połowie maja publikowano newsy o wysokich odznaczeniach dla kilkunastu uczestników rajdu.

Czy w Bruneval byli polscy spadochroniarze?

9 marca, 1942 r., w wydawanym w Londynie „Dzienniku Polskim” opublikowano „relację” „sierż. N.”, który został przedstawiony jako żołnierz 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Barwnie opisywał on udział Polaków w tej operacji.

Jednak autor reportażu mocno przekoloryzował. Cytował N. opowiadającego, że jego:

„Tommy gun przesunięty szybkim ruchem ręki, gotów był do strzału jeszcze przed lądowaniem”. (W tym czasie polscy spadochroniarze nie mieli na wyposażeniu takich pistoletów maszynowych. Pojedyncze egzemplarze tej broni wykorzystywano do szkolenia strzeleckiego. Co więcej, w czasie skoku nie dało się przygotować broni do użycia).

„Przy przejściu skrzyżowania dostajemy ogień. To jakiś szwab, siedząc w oknie strzela z erkaemu czy też pistoletu” – opowiadał sierż. N. (Nawet cywil bez trudu rozróżniłby karabin maszynowy od pistoletu).

„Powracamy wśród śpiewów upojeni triumfem odniesionym w tym pierwszym nocnym, szaleńczym wypadzie, dokonanym zwycięsko na tereny wroga. Pieśń naszą niesie echo ku brzegom Kontynentu, który już dawno nie słyszał zwycięskiego śpiewu oddziałów Sprzymierzonych” - kończy swą opowieść N. (To nieprawdopodobny scenariusz ostatniej fazy operacji).

Tak więc autor relacji w „Dzienniku Polskim” mocno fantazjował. Ale na wyobraźnię czytelników podziałał. Autorem był Władysław Leny. To pseudonim Władysława Kisielewskiego (1907–1977), publicysty i autora książek o tematyce wojennej.

Operacja Jubilee, czyli desant na francuskie Dieppe

19 sierpnia 1942 r. Alianci przeprowadzili próbną inwazję na wybrzeże Francji, w rejonie portowego miasta Dieppe. Brało w niej udział prawie 5 tys. żołnierzy z Kanady, tysiąc z Wielkiej Brytanii, 50 Amerykanów i 15 Francuzów.

Operacja skończyła się aliancką porażką. Zaplanowane zadania wykonali tylko brytyjscy komandosi z oddziałów Commando.

Czy pod Dieppe byli polscy komandosi?

Kilkanaście dni później, 28 sierpnia, w „Dzienniku Polskim” opublikowano artykuł Władysława Leny „Z komandosami na wybrzeże Francji Relacja Polaka, uczestnika wypadu na Dieppe”. Z dziennikarskiego opisu można było wywnioskować, że pod Dieppe walczył polski pododdział.

Reportaż nie jest już tak podkoloryzowany, oparto go na relacji komandosa „sierż. A. J.”

„Chłód ciągnący od wody przenika dotkliwie i człowiek jedynie dlatego nie szczęka zębami, aby sąsiedzi nie myśleli, że robi to ze strachu. Poza komendami, normalnym wydawanymi głosem, wszyscy, o ile mówią, rozmawiają szeptem” - relacjonuje A. J.

(…) „Na wodzie i ziemi piekło. Barki trafiane pociskami toną, a ogień zaporowy bijący poza nami zdaje się, że nie dopuści nas do odpłynięcia.”

Musimy pamiętać o bohaterach | Garda

Powrót z trofeami zdobytymi na Niemcach

(…) „Sytuacja staje się beznadziejna, gdy nasze samoloty przychodzą na pomoc. Witamy je jak zbawców. (…) Słychać okrzyk triumfu: To polskie dywizjony! Nasze krzyki na moment zgłuszają huk strzałów. Pod osłoną lotników ruszamy do ataku i po zaciekłej walce, przełamujemy zasieki i druty kolczaste. Pierwsza linia niemieckich cekaemów milknie.”

(…) „Poprzez dym i kurzawę widać pędzących żołnierzy, nie kryjących się wcale. Zatraca się zupełnie poczucie niebezpieczeństwa jak i poczucie czasu.”

Niestety dowództwo daje rozkaz odwrotu. Rozkaz trzeba powtórzyć, bo żołnierze rwą się do walki, a nie do powrotu na barki desantowe.

„Wreszcie ostatni żołnierze wskakują, niosąc ze sobą zdobyte na Niemcach trofea. Plaża ginie w oddali i w osłonie dymów. Niemcy jakoś nie mają ochoty nas gonić.”.

Portal Obronny SE Google News

Jakie są fakty historyczne?

Nie ma żadnych dokumentów lub relacji potwierdzające udział polskich spadochroniarzy w operacji Biting w Bruneval.

Naszych komandosów nie mogło być też pod Dieppe. Wzorowaną na brytyjskich oddziałach Commando (walczących w Bruneval i pod Dieppe) 1. Samodzielną Kompanię Commando powołano dopiero w dniu publikacji artykułu, dokładnie 28 sierpnia 1942 r. Pierwsze szkolenie ochotników rozpoczęło się natomiast kilka tygodni później.

Czemu służyły fake newsy?

- Operacja Biting była spektakularnym sukcesem. Należy przypuszczać, że Brytyjczycy chętnie dzielili się nim z sojusznikami. Wprowadzało to w błąd Niemców, którzy dostali oficjalny sygnał, że Wojsko Polskie potrafi prowadzić precyzyjne operacje specjalne na terenie przeciwnika – wyjaśnia ppłk rez. Sławomir Filipowski.

Oficer jest znawcą historii wojsk specjalnych, przez prawie ćwierć wieku służył w specjednostkce w Lublińcu, dowodził zespołem bojowym dziedziczącym tradycje 1. Samodzielnej Kompanii Commando.

Fake newsy budziły dumę wśród naszych żołnierzy na Wyspach Brytyjskich, ale trafiał również do okupowanej Polski. Ministerstwo Informacji, działające przy rządzie emigracyjnym, regularnie przesyłało do Warszawy zestawy informacji do publikowania w prasie podziemnej.

- Nie wierzę w zbieg okoliczności między datą powołania kompani Commando a publikacją artykułu o Dieppe. Wśród polskich żołnierzy w Wielkiej Brytanii nie brakowało ochotników do służby w elitarnych formacjach. Ale każdy szkoleniowiec chce mieć jak największy wybór dobrych kandydatów. A w tym czasie gazety oddziaływały na wyobraźnię równie mocno, jak dziś kino akcji – kontynuuje ppłk Filipowski.

W podobny sposób promowano służbę w jednostkach specjalnych WP na początku lat 90. - ubarwianymi relacjami w czasopismach militarnych.

Podtrzymać morale i wzmocnić motywację

Warto zauważyć, że Brytyjczycy - którzy najprawdopodobniej byli pomysłodawcami, a co najmniej musieli zaakceptować pomysł fake newsa – nic nie tracili na podzieleniu się sukcesem.

Przy pomocy prasy i radia, we własnym społeczeństwie, budowali poczucie dumy z bohaterstwa brytyjskich żołnierzy. Statystyczny Brytyjczyk nie znał języka polskiego, nie czytał „Dziennika Polskiego”, więc znikoma liczba rodowitych mieszkańców Wysp miała świadomość, że ktoś oprócz ich rodaków dokonywał spektakularnych czynów na wojnie.

- Nie ma mowy o przypadkach. Informacja na wojnie to broń. Ministerstwo Informacji precyzyjnie ją wykorzystywało. Z jednej strony stosowano ścisłą cenzurę, z drugiej dbano o profesjonalny serwis fotograficzny ze szkolenia polskich żołnierzy – do publikacji w gazetach. Cel był jasny i kluczowy: podtrzymać morale i wzmocnić motywację do walki - ludności cywilnej, jak i żołnierzy. Zarówno na Wyspach Brytyjskich, jak i w okupowanej Polsce - kończy ppłk Sławomir Filipowski.

Sonda
Czy historia jest elementem polityki obronnej państwa?

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki