- Komandosi Ludowego Wojska Polskiego byli szkoleni do działań za linią wroga, z ograniczonym czasem operacyjnym i bez możliwości ewakuacji.
- Ich trening obejmował ekstremalne warunki przetrwania, takie jak bytowanie w śnieżnych jamach i zimowe forsowanie rzek, by przygotować ich na najtrudniejsze scenariusze.
- Oddziały specjalne, jak 62. Kompania Specjalna, miały kluczowe zadania rozpoznawcze i destrukcyjne, działając kilkaset kilometrów za linią frontu w potencjalnym konflikcie z NATO.
- Dowiedz się, jak te mordercze szkolenia kształtowały żołnierzy i dlaczego ich przyjaźnie przetrwały dziesięciolecia po rozwiązaniu jednostki.
Komandosi działali w ośmioosobowych grupach specjalnych. W LWP intensywnie szkolono ich do niszczenia przeciwnika, ale nigdy nie trenowano ewakuacji po wykonaniu rozkazu. Zasada była taka, że po wykonaniu jednego zadania, mieli przejść do kolejnego. Jeśli grupa specjalna została rozbita, to ci, którzy przeżyli mieli ukryć się i czekać na nadejście własnych oddziałów lub samodzielnie przenikać do linii frontu.
- Każdy miał świadomość, jak może być. Więc musieliśmy się do tego wyszkolić - wyjaśnia ppłk Andrzej Żdan, najsłynniejszy dowódca 62. Kompanii Specjalnej z Bolesławca.
Kilkaset kilometrów za linia frontu
W czasie wojny Układu Warszawskiego z NATO mieliśmy wystawić „front polski”. Planowano, że w jego skład wejdą dwie armie pierwszego rzutu (zbudowane na bazie dywizji Pomorskiego oraz Śląskiego Okręgu Wojskowego). Armię rezerwową przygotowywał zaś Warszawski Okręg Wojskowy.
Do tej koncepcji dostosowano strukturę i zadania jednostek specjalnych. Oddziałem działającym na rzecz dowództwa frontu był 1. Batalion Szturmowy z Dziwnowa. Poszczególne armie dysponowały własnymi kompaniami specjalnymi. „62.” trafiła pod rozkazy dowództwa armii uderzającej na NATO ze Śląska.
Jednostka powstała w 1967 r. i stacjonowała w Bolesławcu. Przerzuceni na spadochronach, kilkaset kilometrów od wojsk własnych, komandosi mieli prowadzić rozpoznanie, niszczyć stanowiska dowodzenia i „środki napadu jądrowego”.
Polecany artykuł:
Życie w śnieżnych jamach
Do zadań komandosów dostosowano plan szkolenia. Do najtrudniejszych elementów przygotowania należały zimowe bytowania w górach. Trwały od kilku do kilkunastu dni. Jaki miały scenariusz? W oficjalnej Kronice Jednostki znajdziemy taki opis:
„9-28 stycznia 1984 r. na tygodniowych bytowaniach były plutony zwiadu. Mimo 25-stopniowych mrozów, zamieci i silnych opadów śniegu żołnierze mieszkali w wykopanych w zaspach jamach, wykonywali kilkunastokilometrowe marsze dzienne i nocne. Żywili się pokarmem naturalnym. To znaczy – nie korzystali nawet z suchego prowiantu.”
Natomiast Kronika w 1985 r. zaczyna się od informacji:
„Od 9 stycznia do 20 marca trwały bytowania poszczególnych plutonów w Górach Izerskich. Żołnierze samochodami zostali przerzuceni w teren odległy o 20 km od planowanej bazy. Musieli do niej dotrzeć pieszo, wykonać szałasy. Jednymi z najtrudniejszych zadań były precyzyjne marsze na azymut. Na przeszkodzie stały wyjątkowo silne opady śniegu i rekordowo niskie temperatury do -30 stopni.”
„Zrzut” zaopatrzenia z ciężarówki
- W czasie takiego bytowania dostaliśmy informację, że mamy się stawić na punkt kontaktowy odległy pięć godzin marszu od naszej bazy. Tam o ściśle określonej godzinie przejedzie ciężarówka. Jeśli punktualnie stawimy się na punkcie – dostaniemy zasobnik z jedzeniem – wspomina podoficer z 62. Kompanii.
Popełnił błąd, ponieważ po odbiór „zrzutu” wysłał młodych żołnierzy, którzy pierwszy raz uczestniczyli w bytowaniu.
- Ciężarówka nawet się nie zatrzymała, a stojący na pace rozsypali wszystko na poboczu. Żołnierze byli niedoświadczeni. Nie chciało im się dokładnie wyzbierać jedzenia. Po kilku dniach głodowania, wrócili i saperkami grzebali w zamarzniętym śniegu, próbując odnaleźć porozrzucane ziemniaki. Potem jedliśmy je gotowane, słodkie, bo przemrożone – kontynuuje podoficer.
Zadbaj o siebie, kolegów i sprzęt
Założenie było takie, że spora część nowicjuszy – zarówno żołnierzy ze służby zasadniczej, jak i zawodowych – szybko wykruszy się w ciągu morderczego szkolenia.
– Kto ma odpaść, to wtedy szybko odpadnie. A reszta się utrzyma. O tych naszych „słabych” i tak biły się inne jednostki. Bo to byli doskonali żołnierze. Tylko się do dalekiego zwiadu nie nadawali – mówi ppłk Andrzej Żdan.
Trzeba było dbać nie tylko o siebie i kolegów, ale również o sprzęt. Radiotelegrafiści nie mogli dopuścić do tego, aby w sprzęcie łączności zamarzły podzespoły lub wyczerpały się akumulatory. To bowiem oznaczało, że grupa specjalna była bezużyteczna dla armii. Nie mogła wysyłać ani odbierać meldunków.
- Dlatego do śpiworów wkładaliśmy radiostacje, żeby ogrzewać je własnym ciałem. Było ciężko, ale ludzie się szybko zgrywali. Jak trzy tygodnie mieszkali w jednej jamie, to nie mieli wyjścia. Jak nie łączyli śpiworów, żeby się nawzajem ogrzać, to marzli – dodaje st. sierż. Jan Kusek, radiotelegrafista.
W lutym przez rzekę
Jednym z punktów szkolenia było „pokonywanie przeszkody wodnej za pomocą środków podręcznych”. Co roku w lutym należało forsować Bóbr przepływający przez Bolesławiec.
- Żołnierze w różny sposób pokonywali rzekę. Jedni kombinezony przeciwchemiczne wypchali trawą i traktowali jak pontony. Niektórzy wykorzystywali jakieś znalezione kłody – wspomina kpt. Rajmund Prus, który w takim forsowaniu brał udział trzy razy.
Komandosi na pamięć znali drogę z Bolesławca do Oleśnicy. Na pokonanie pieszo tych 180 km mieli dwa, maksymalnie trzy dni. 70 km z koszar do Żar potrafili przejść w 12 godz. A maszerowali z bronią, w pełnym oporządzeniu.
– Jak ktoś padł, to koledzy pakowali go do pałatki i nieśli. Na mecie liczył się czas ostatniego – wyjaśnia sierż. Marek Stachowski, radiotelegrafista.
Przyjaźnie na całe życie
W 1994 r. rozformowano jednostkę. W ciągu 27 lat istnienia służyło w niej ok. 300 żołnierzy zawodowych i 2,5 tys. służby zasadniczej.
W 2002 r. weterani zarejestrowali Stowarzyszenie Byłych Żołnierzy 62. Kompanii Specjalnej „Commando”. Prezesem został ppłk Andrzej Żdan, a liderami: st. chor. sztab. Bogdan Fiałkowski oraz chor. Andrzej Kobzda.
Co roku, w pierwszy weekend września organizują spotkanie żołnierzy służących w „62.”. Choć od rozwiązania specjednostki minęły ponad trzy dekady, to nadal melduje się na nim tłum starych komandosów.