- Rocznica pierwszego skoku Cichociemnych to kluczowa data dla Wojsk Specjalnych, szczególnie dla jednostki GROM.
- Pierwsza misja Cichociemnych, choć zakończyła się sukcesem, była pełna dramatycznych wydarzeń i omal nie zakończyła się tragedią.
- Mimo początkowych trudności, zrzuty Cichociemnych stały się legendą i zbudowały tradycję, do której odwołują się współczesne Wojska Specjalne.
- Jakie wyzwania musieli pokonać pierwsi Cichociemni, by ich misja mogła dojść do skutku?
Gdy w 1939 r. Polska znalazła się pod okupacją niemiecką i sowiecką, nasze władze cywilne i wojskowe oraz oddziały wojska znalazły się we Francji, a - po jej szybkim zdobyciu przez Niemców – w Wielkiej Brytanii.
Emigracyjne władze potrzebowały sprawnego systemu łączności i dróg zaopatrzenia podziemia. Wymianę informacji zapewniali kurierzy przedzierający się przez okupowaną Europę. Jak jednak zapewnić dostawę wyposażenia i pieniędzy? Polski pomysł był prosty: zrzutami spadochronowymi.
Decydenci francuscy, a potem w brytyjscy, ten pomysł traktowali jak fanaberię. (Dziś moglibyśmy to porównać do oceny wykorzystania dronów na polu walki – jeszcze przed kilku laty wielu decydentów nie doceniało wagi tego sprzętu).
Natomiast Polacy rozumieli, że przerzut lotniczy będzie odgrywał istotną rolę. Dlatego już kilka lat przed wybuchem wojny, paramilitarna Liga Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej promowała ideę spadochroniarstwa. W wielu miejscowościach budowano wieże do szkolenia spadochronowego. Popularne było hasło „Młodzież na spadochrony”. Wojsko inwestowało zarówno w szkolenie spadochronowe, jak i w produkcję specjalistycznego wyposażenia.
Samolot na wagę złota
Największym problemem był samolot, dzięki któremu można realizować misje lotnicze. Musiał to być bombowiec dalekiego zasięgu obsługiwany przez bardzo doświadczoną załogę. W samotnym, nocnym locie przez okupowaną Europę, taka maszyna musiałaby dotrzeć do Polski, zrzucić ludzi i sprzęt, a następnie wrócić na macierzyste lotnisko.
Prawdopodobieństwo utraty cennego bombowca i załogi było olbrzymie. Dlatego w pierwszych miesiącach wojny Francuzi, a następnie Brytyjczycy nie byli zainteresowani podejmowaniem takiego ryzyka. Nie mieli w tym interesu.
To zmieniło się, gdy Brytyjczycy zrozumieli, że ich kraj może być podbity przez Niemców.
Eksperci szkoleni na zamówienie
W tym czasie Polacy mieli już opracowany tajny system szkolenia specjalistów, na których oczekiwała podziemna armia. Każdy Cichociemny przechodził gruntowne przeszkolenie żołnierza sił specjalnych: od strzelania specjalnego, przez walkę wręcz, po przetrwanie i „legendowanie”.
Co najważniejsze – na kursach specjalistycznych przygotowywano ich w specjalnościach „zamawianych” przez Komendę Główną AK: szkoleniowców, oficerów sztabu, ekspertów od lotnictwa, broni pancernej, wywiadu, fałszowania dokumentów.
Pierwszy zrzut - 150 km za daleko
Samolot z pierwszymi skoczkami wystartował z Wielkiej Brytanii wieczorem 15 lutego 1941 r. Przeleciał nad Holandią i Niemcami, w okolicach Wrocławia miał skierować się na Częstochowę, potem Włoszczowę. Jakieś 10 km od tej ostatniej miejscowości czekali partyzanci na przygotowanym zrzutowisku.
Niestety nawigator pomylił się. Skoczków zrzucono „na dziko” – w przypadkowym miejscu. Angielska załoga była przekonana, że desantu dokonuje w rejonie miejscowości Słomniki – Proszowice, niedaleko Krakowa. Faktycznie zaś samolot znajdował się kilkadziesiąt kilometrów dalej. Cichociemni wylądowali w okolicy wsi Dębowiec koło Skoczowa. To miejsce znajdowało się około 150 km od pierwotnie zaplanowanego zrzutowiska. Do tego było na terenie wcielonym do III Rzeszy, a nie Generalnej Guberni.
W ramach operacji o kryptonimie „Adolphus” przerzucono dwóch Cichociemnych: majora Stanisława Krzymowskiego „Kostkę” i rotmistrza Józefa Zabielskiego „Żbika” oraz kuriera Ministerstwa Spraw Wewnętrznych – bombardiera Czesława Raczkowskiego „Orkana”.
Polecany artykuł:
Przenikanie na własną rękę
Po lądowaniu skoczkowie rozdzielili się, aby pojedynczo przedzierać się do Warszawy.
Samolot na oparach benzyny wrócił na macierzyste lotnisko.
Najwięcej szczęścia miał „Kostka”. 24 lutego 1941 r. zameldował się w punkcie kontaktowym w Warszawie, którego adres otrzymał w przed skokiem.
„Żbik” w czasie lądowania uszkodził staw skokowy. Ukrywał się, a po wyleczeniu kontuzji, w kwietniu 1941 r. dotarł do Warszawy i zameldował w punkcie kontaktowym. W maju 1941 r. wrócił pod Dębowiec po ukryte pasy z dolarami dla podziemia i korespondencją polityczną. Przesyłki dostarczył do adresatów.
„Orkana” Niemcy zatrzymali w czasie przekraczania granicy III Rzeszy z Generalną Gubernią. Uznali go za przemytnika i zamknęli w więzieniu w Wadowicach. Tam nawiązał kontakt z działaczami Batalionów Chłopskich, którzy za łapówki wykupili mu wolność.
Trudny początek narodził legendę
Pierwszy zrzut trudno więc uznać za pełny sukces. Nawigator nie trafił na lądowisko. Niemcy przejęli zrzucone zasobniki ze sprzętem. Mało brakowało, a samolot spadłby z powodu braku paliwa. Skoczkowie z opóźnieniem wypełnili swoje zadania. Najprawdopodobniej dlatego Brytyjczycy przez rok odmawiali udostępniania samolotów do misji Cichociemnych.
To się zmieniło, gdy sojusznicy zrozumieli, że wsparcie dla Armii Krajowej się im opłaca. Niemieckie oddziały angażuje do walki z podziemiem, utrudnia hitlerowcom prowadzenie wojny.
W sumie w czasie II wojny światowej po Polski przerzucono 316 Cichociemnych oraz 670 ton zaopatrzenia. Choć początek był bardzo trudny to po latach stał się symbolem i zbudował tradycje, do której odwołują się Wojska Specjalne, przede wszystkim GROM.