"Nie da się wrócić z frontu w jeden dzień". Weteran Sił Operacji Specjalnych o Bachmucie, utracie rąk i nowym życiu

2026-06-08 13:00

Był żołnierzem Sił Operacji Specjalnych, walczył na kierunku bachmuckim, w wybuchu stracił obie ręce, przez miesiące nie chodził, prawie nie widział i nie słyszał. Dziś maluje obrazy, jeździ samochodem z protezami, uczy się w ośrodkach duchowych i buduje środowisko wsparcia dla weteranów. W wywiadzie dla Portalu Obronnego opowiada o drodze od nocnej zmiany w fabryce pod Poznaniem do frontu, o szpitalach w Dniprze i Kijowie, o malarstwie, które stało się jego nową pasją.

Wołodymyr Semaniszyn

i

Autor: Wołodymyr Semaniszyn/ Archiwum prywatne

W.M. Salwiński: Zacznijmy od teraźniejszości: co wypełnia twój zwykły dzień?

Wołodymyr: Teraz żyję w dość aktywnym trybie. Rano wstaję, modlę się, jem i zajmuję się pracą – najczęściej maluję obrazy, co jest dla mnie jednocześnie rehabilitacją i zajęciem zawodowym. Prowadzę też działalność społeczną: rozmawiam z ludźmi, spotykam się, planuję wystawy tam, gdzie jestem zapraszany i gdzie mogę być potrzebny. Uczę się w dwóch ośrodkach duchowych – chodzi o formację związaną z Kościołem: śpiew, dyrygowanie chórem, wszystko, co wiąże się z życiem cerkwi. Teraz mam coś w rodzaju wakacji, bo kilka tygodni temu zakończyłem ten etap nauki, więc wróciłem do rytmu: wstaję, modlę się, jem, maluję, rozmawiam z ludźmi i szukam różnych sposobów, żeby pomóc sobie, innym, społeczności i weteranom. Tam, gdzie widzę, że może być z tego korzyść i dla innych, i dla mnie, staram się być obecny i zrobić coś, żeby było choć trochę lepiej niż jest.

Z jakiego życia wyrwała cię wojna – czym zajmowałeś się przed 2022 rokiem?

Pracowałem w logistyce w Polsce, pod Poznaniem, w firmie produkującej filtry. Nie zdążyłem tam długo popracować – najpierw trafiłem na kwarantannę covidową, a później, mniej więcej po miesiącu pracy, zaczęła się pełnoskalowa wojna. Byłem wtedy na nocnej zmianie, w pracy, kiedy dowiedziałem się o ataku. Po powrocie do domu przez kilka dni wahałem się, czy zostać w Polsce, czy wracać, ale zrozumiałem, że jestem bardziej potrzebny bliskim u siebie. Pojechałem do Tarnopola, a stamtąd zaczęła się już moja droga wojskowa.

Opowiedz o swojej drodze od ochotnika do żołnierza Sił Operacji Specjalnych na kierunku bachmuckim.

Na początku wszystko wyglądało chaotycznie. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co się dzieje, skąd i dokąd może przyjść zagrożenie. Dołączyłem do chłopaków, ochotników, którzy sami chcieli iść na front. Przez znajomych w wojsku zacząłem rozumieć, o co chodzi, co tam się dzieje i co może nas czekać. Najpierw było szkolenie – i dobrze, że było. Miałem czas, żeby przygotować się fizycznie, więcej ćwiczyć, po prostu psychicznie wejść w tę rzeczywistość. Po szkoleniu trafiłem do Sił Operacji Specjalnych. Wtedy w armii trwały reorganizacje, a ja na początku właściwie nie znałem tej struktury. Z czasem, w trakcie szkolenia, zrozumiałem, jak poważna jest to formacja i jak dużej odpowiedzialności wymaga – fizycznej, moralnej, nie tylko w samej walce, ale też w spełnianiu wysokich wymogów stawianych żołnierzom. Później był kierunek bachmucki – do 2023 roku walczyłem właśnie tam.

Codzienność na służbie w twojej jednostce – co ją wypełniało poza działaniami?

Codzienne życie na służbie nie było niczym wyjątkowym. Każdy dzień był wypełniony szkoleniami i zadaniami – dla mnie i dla innych żołnierzy. Mieliśmy zarówno treningi fizyczne, jak i zajęcia bardziej teoretyczne czy rozmowy w grupie. Do tego dochodziły bieżące zadania służbowe, wyjścia, pełnienie obowiązków, które stawiała przed nami jednostka. Dzięki temu dzień był zawsze napełniony pracą i przygotowaniem – człowiek cały czas pozostawał gotowy na wyzwania, które mogą przed nim stanąć. Tak funkcjonowała nie tylko moja drużyna, ale cała struktura, do której byłem włączony. W tych warunkach takie życie na służbie było po prostu obowiązkiem.

Czy chciałbyś opowiedzieć, jak wyglądał moment, w którym zostałeś ranny?

Wykonywaliśmy zadanie, które nam wyznaczono. W pewnym momencie po prostu nastąpił wybuch. Dla mnie to było jak nagłe zgaszenie światła – jedna chwila i wszystko się urwało. Z jednej strony coś jeszcze do mnie docierało, miałem jakąś świadomość, ale to było bardzo krótkie. Później odzyskałem przytomność dopiero w szpitalu w Dniprze. Tam, przy lekarzach, zrozumiałem, że coś się stało naprawdę poważnego i że to jest pierwszy krok w stronę powrotu z frontu do domu.

Jak wyglądały pierwsze dwa lata po zranieniu – rehabilitacja i wychodzenie z tego stanu?

Proces rehabilitacji był bardzo długi. Kiedy się poznaliśmy pod koniec 2025 roku, byłem już na etapie, który można nazwać najłagodniejszym – wtedy ból i ciężar dla mnie, dla bliskich i dla kolegów z wojska były już dużo mniejsze. Na początku było naprawdę ciężko, bo nie do końca rozumiałem, co się stało. Dopiero w Kijowie mogłem zobaczyć swoje rany, zastanawiać się, czy będę chodził, widział, słyszał – wszystko było pod znakiem zapytania. Potrzeba było bardzo dużo czasu, żeby choć trochę odejść od tego doświadczenia – psychicznie, moralnie i fizycznie.

Ten najcięższy okres trwał mniej więcej rok. Dopiero w 2024 roku zaczęło być trochę lżej: wiedziałem już, gdzie pojadę na protezy, jakie protezy mogę dostać. Fizycznie też było łatwiej, bo nawet w murach szpitala czy innych miejsc zaczynałem ćwiczyć, coś robić, wracać do ruchu. Wtedy właśnie po raz pierwszy poważniej spotkałem się z malowaniem – z tworzeniem obrazów. Zrozumiałem, że w ten sposób mogę jakoś przepracować stan, w którym się znalazłem, i zacząć go zamieniać w coś nowego.

Jakie obrażenia odniosłeś w wyniku tego wybuchu?

W wyniku wybuchu straciłem obie ręce. Przez pewien czas prawie nie widziałem na lewe oko i prawie nic nie słyszałem – słuch był mocno uszkodzony. Nie mogłem też chodzić; dopiero po mniej więcej miesiącu zacząłem powoli wstawać z łóżka i stawiać pierwsze kroki. Prawa noga była zraniona, z otwartą raną. Miałem wiele odłamków w ciele – w twarzy, w rękach, w nodze. To było bardzo rozległe i ciężkie zranienie.

Kiedy po raz pierwszy znowu usiadłeś za kierownicą samochodu?

Do samochodu wróciłem po protezowaniu w Stanach Zjednoczonych. Wróciłem z USA latem 2024 roku i wtedy zacząłem robić pierwsze próby z jazdą. Koledzy z jednostki pomogli przerobić auto tak, żebym mógł je prowadzić. Na początku jeździłem bez protez, bardziej po to, żeby zrozumieć, jak to w ogóle może wyglądać. Później dostałem już odpowiednie rozwiązania techniczne i specjalne prawo jazdy na taki samochód. Cały proces – od pierwszych prób do momentu, kiedy mogłem normalnie jeździć – zajął mniej więcej pół roku.

Jaką rolę arteterapia odegrała w twojej rehabilitacji i życiu po wojnie?

Na początku podchodziłem do tego bardzo sceptycznie. Wydawało mi się, że malowanie jest trochę śmieszne, jak dla dzieci, a nie dla dorosłych, tym bardziej dla żołnierzy. Później, kiedy pojawiły się pierwsze efekty i zobaczyłem gotowe obrazy, zacząłem to inaczej odbierać.

Z czasem pojawił się jeszcze jeden ważny element: moje prace zaczęły przynosić realną pomoc – organizowaliśmy zbiórki, pojawiały się darowizny, można było wesprzeć wojsko i weteranów. To było dla mnie dużą pociechą: zrozumiałem, że nawet siedząc w szpitalu albo w innym miejscu rehabilitacji, mogę zrobić coś pożytecznego.

Na początku byłem w tym praktycznie sam – nie miałem obok nauczyciela, który pokazałby, jak malować. Mama bardzo mi pomagała w sprawach technicznych: otwierała farby, przygotowywała wszystko, czego sam nie mogłem zrobić.

Wolontariusze, wiedząc, że maluję, zaczęli przynosić farby i inne materiały, dzięki czemu mogłem stawiać kolejne kroki.

Po około roku zorganizowano pierwszą wystawę, w kijowskim szpitalu, gdzie leżało wielu weteranów – byłem jednym z uczestników. Później pojawiły się kolejne: wystawa w szkole plastycznej, a w końcu moja pierwsza indywidualna wystawa w cerkwi w Ławrze Peczerskiej.

Każda z nich była dla mnie kolejnym etapem wychodzenia z roli wyłącznie rannego żołnierza i wchodzenia w rolę twórcy.

Jakie najważniejsze wyzwania widzisz dzisiaj przed ukraińskimi weteranami – zwłaszcza tymi ciężko rannymi, po długiej rehabilitacji?

Najtrudniejsze dla wielu weteranów jest przejście z życia wojskowego do życia cywilnego. W Ukrainie to szczególnie skomplikowane, bo wojna jest bardzo ciężka i intensywna – psychicznie, fizycznie i pod każdym innym względem. Myślę, że nawet my sami do końca nie uświadamiamy sobie, jak wielki jest to ciężar dla każdego żołnierza.

Armia cały czas potrzebuje ludzi na różnych kierunkach frontu, więc presja jest ogromna. Technika, drony, nowoczesne systemy pomagają, ale to nie zabiera obciążenia z ludzi – weterani wracają z doświadczeniem, które trudno porównać z czymkolwiek w cywilnym życiu.

Problemem jest zderzenie dwóch rzeczywistości. Front to jedna rzeczywistość, a życie społeczeństwa – szczególnie w miastach z dala od linii walk – to druga, zupełnie inna. Człowiek, który wraca, nagle widzi, że tutaj wszystko toczy się swoim rytmem: praca, rozrywka, codzienne sprawy. Powrót do domu, do dzieci, do żony, do zwykłego zajęcia może być bardzo trudnym wyzwaniem.

Nie wszyscy przechodzą to tak samo. Są weterani, którzy szybko odnajdują się w nowej pracy, zakładają własny biznes, wracają do nauki. Ale w większości przypadków największym wyzwaniem jest właśnie powrót do społeczeństwa, które żyje „niefrontową” codziennością.

Jeśli chodzi o konflikty społeczne, one się zdarzają, ale na razie nie są bardzo częste. Gdyby wszyscy żołnierze z frontu wrócili naraz, ten kontrast byłby o wiele ostrzejszy. Człowiek nie może po jednym dniu przestawić się z rzeczywistości wybuchów, śmierci, ran na spokojny pokój, w którym nic mu bezpośrednio nie grozi. Organizm i psychika potrzebują czasu, żeby to w ogóle zacząć przetwarzać.

Społeczeństwo – moim zdaniem – powinno przynajmniej nie zaostrzać tego stanu, w jakim żołnierz wraca z wojny. Niestety, nie wszyscy to rozumieją. Kiedy zabraknie szacunku, pojawia się chamstwo, lekceważące słowa czy gesty, weteran może poczuć się odrzucony albo upokorzony. Wtedy rodzi się ryzyko bardzo ostrych reakcji – nie tylko dla niego samego, ale i dla ludzi dookoła.

Jak wyglądają dziś twoje plany na przyszłość?

Najważniejsze jest dla mnie to, żeby Ukraina wygrała tę wojnę. Nie chodzi tylko o słowo "zwycięstwo", ale o to, żebyśmy nie ustąpili Rosji i obronili swoją niepodległość. Z mojej strony staram się robić wszystko, co mogę, żeby w tym pomóc – na tyle, na ile pozwala mój obecny stan. Jeśli chodzi o moje prywatne życie, chciałbym po prostu żyć jak człowiek: może znaleźć żonę, mieć dzieci, dalej malować. Myślę też o tym, żeby opiekować się weteranami – czy to w formie wspólnoty, czy organizacji, która będzie ich wspierać po wojnie.

Chciałbym robić wszystko, co ode mnie zależy, żeby rany, które ta wojna zadała tylu ludziom i dzieciom, choć trochę się goiły. Marzę o tym, żeby ci ludzie mogli żyć pełnym, spokojnym, możliwie normalnym życiem – i żebym ja też mógł tak żyć. Chciałbym dawać im motywację, szukać dla nich sposobów: pracy, relacji, wspólnoty. Pomóc im i sobie nie zostać na zawsze w przeszłości, w tym, co już się wydarzyło, tylko iść dalej.

Czy jest coś, o czym nie rozmawialiśmy, a co chciałbyś, żeby dziś wybrzmiało?

Wiem, jaka jest dziś sytuacja w polityce: między Polską a Ukrainą wracają trudne tematy historyczne, stare rany. To mocno wpływa na weteranów i na nastawienie ludzi po obu stronach granicy. Chciałbym, żeby o tym rozmawiać uczciwie, ale bez manipulowania tymi tematami w czasie wojny i po wojnie.

Tragedie z przeszłości wymagają rozmowy – i w Polsce, i w Ukrainie. To będzie długi i bolesny temat, bo ginęli ludzie po obu stronach. Moim zdaniem nie wolno jednak używać tych spraw teraz przeciwko sobie, kiedy Ukraina walczy o niepodległość, a Polska jej pomaga.

Jeśli teraz przestaniemy walczyć z Rosją, przyjdzie rozejm – i zamiast budować wspólną przyszłość, bardzo łatwo można wejść w nową wojnę: dyplomatyczną albo historyczną, już między sojusznikami. Nie chciałbym tego ani dla mojego kraju, ani dla Polski, ani dla całego regionu. Jedynym państwem, które na takim konflikcie skorzysta, byłaby Rosja – i to w stu procentach.

Jeśli chodzi o pomoc, którą osobiście odczuwam, to przede wszystkim spotkania z organizacjami pomocowymi – i moja wystawa w Warszawie. To była bezpośrednia pomoc dla mnie i innych rannych żołnierzy.

Na poziomie wojskowym widzę ogromne znaczenie pomocy technicznej: sprzętu, pojazdów, transportu broni, którą partnerzy przekazują Ukrainie przez Polskę. Bez tego byłoby nam o wiele trudniej i nie wiem, czy Ukraina w ogóle mogłaby dalej istnieć w obecnym kształcie.

Jest też inny rodzaj pomocy: możliwość przyjazdu do Polski – do Warszawy, Krakowa czy innych miast – po to, żeby choć na chwilę odpocząć od wybuchów, od widoku rannych, od śmierci bliskich. To bardzo cenne, że mamy sąsiada, który żyje w pokoju i może dać weteranowi miejsce, gdzie choć na chwilę oddycha się inaczej. Mam wrażenie, że czasem nie doceniamy tego, bo wciąż jesteśmy w stanie wojny i nie zawsze to widać.

Chciałbym, żeby właśnie to – obecna współpraca i pomoc – stało się fundamentem naszych relacji na przyszłość, nie tylko dla mnie osobiście, ale dla wielu ludzi po obu stronach granicy.

 

Rozmowa została przeprowadzona w języku polskim. Tekst nie był redagowany pod względem stylistycznym. Zachowano oryginalny szyk wypowiedzi rozmówcy.

Portal Obronny - Polski Kongres Gospodarczy - Gen. bryg. Marcin Górka
Portal Obronny SE Google News