- Amerykańska redefinicja ładu międzynarodowego i malejące zaangażowanie USA w Europie wymuszają na NATO przyjęcie nowej logiki aktywnej obrony, zwiększając odpowiedzialność państw członkowskich.
- NATO musi skutecznie odstraszać Rosję przed działaniami poniżej progu otwartego konfliktu, takimi jak prowokacje dronów (np. 10 września 2025 r. nad Polską) czy sabotaż, gdyż tradycyjne podejście skupia się na wojnie konwencjonalnej.
- „Teoria zwycięstwa” gen. Grynkewicha, przedstawiona na Warsaw Security Forum 2026 (12 października), odpowiada na zagrożenie konwencjonalną wojną, ale nie oferuje pełnej odpowiedzi na rosyjską presję hybrydową.
- Niespójność w polityce USA, np. porozumienie energetyczne Trump-Putin z 9 października 2026 r., podważa zachodnie sankcje i wiarygodność wsparcia dla Ukrainy, która jest kluczowym testem dla całego systemu bezpieczeństwa.
Koniec amerykańskiego porządku czy koniec amerykańskiej gwarancji jego utrzymania?
Jednym z najważniejszych pytań współczesnej polityki bezpieczeństwa nie jest już to, czy Stany Zjednoczone pozostaną najpotężniejszym państwem zachodniego świata, lecz czy nadal będą gotowe ponosić koszty utrzymywania porządku międzynarodowego, którego były głównym architektem.
System powstały po 1945 r., a następnie rozszerzony i utrwalony po zakończeniu zimnej wojny, opierał się na szczególnej kombinacji amerykańskiej przewagi militarnej, instytucjonalizacji współpracy politycznej, liberalizacji handlu oraz strategicznej zależności sojuszników od Waszyngtonu. W Europie jego najważniejszym instrumentem bezpieczeństwa stało się NATO, którego wiarygodność przez dekady wynikała nie tylko z potencjału wojskowego państw członkowskich, ale przede wszystkim z przekonania, że Stany Zjednoczone są gotowe użyć własnej siły w obronie europejskich sojuszników - model ten ulega obecnie zasadniczej zmianie. Nie oznacza to, że Waszyngton zamierza całkowicie porzucić Europę lub rozmontować stworzone przez siebie instytucje. Bardziej prawdopodobna jest selektywna przebudowa amerykańskich zobowiązań: ograniczanie kosztów bezpośredniej obecności wojskowej, przenoszenie większej odpowiedzialności na partnerów oraz podporządkowywanie polityki sojuszniczej bieżącym priorytetom strategicznym i gospodarczym Stanów Zjednoczonych.
Donald Trump nadał tym procesom wyjątkowo konfrontacyjną formę, jednak utożsamianie całej zmiany wyłącznie z jego prezydenturą byłoby błędem analitycznym. Amerykański zwrot ku Indo-Pacyfikowi, rosnące znaczenie rywalizacji z Chinami, presja na europejskich sojuszników w sprawie wydatków obronnych oraz poszukiwanie sposobów ograniczenia strategicznego przeciążenia USA mają historię wykraczającą poza jedną administrację. Trump nie stworzył wszystkich tych uwarunkowań. Zmienił natomiast sposób, w jaki Waszyngton przekłada je na politykę zagraniczną, osłabiając przy tym przewidywalność amerykańskich zobowiązań.
W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera ponadpartyjny charakter debaty o przyszłej roli USA. Nie chodzi o twierdzenie, że demokraci i republikanie podzielają identyczną wizję świata. Różnice między nimi pozostają istotne, zwłaszcza w odniesieniu do instytucji międzynarodowych, Ukrainy czy relacji z europejskimi partnerami. Wspólnym mianownikiem staje się jednak przekonanie, że dotychczasowy podział kosztów bezpieczeństwa nie może pozostać niezmieniony.
Praktycznym potwierdzeniem tej ewolucji był szczyt NATO w Hadze w czerwcu 2025 r., podczas którego sojusznicy zobowiązali się do osiągnięcia do 2035 r. poziomu 5 procent PKB na wydatki obronne i związane z bezpieczeństwem, w tym co najmniej 3,5 procent PKB na podstawowe potrzeby wojskowe. Nie była to wyłącznie odpowiedź na rosyjskie zagrożenie. Była to również instytucjonalna odpowiedź Europy na amerykańskie żądanie większego udziału w ciężarach obrony zbiorowej. W tym sensie zasadnicza zmiana już następuje. Europa nie może dłużej zakładać, że amerykańskie przywództwo będzie automatycznie oznaczało amerykańską gotowość do ponoszenia dominującej części kosztów bezpieczeństwa kontynentu.
Co więcej, zmiana ta ma charakter strukturalny. Nawet przyszła administracja, potencjalnie bardziej przychylna współpracy transatlantyckiej będzie musiała uwzględniać konkurencję z Chinami, ograniczenia budżetowe, potrzeby amerykańskiego przemysłu obronnego oraz ryzyko jednoczesnych kryzysów na kilku teatrach działań. Dla Europy najważniejszym zagrożeniem nie jest więc samo zmniejszenie amerykańskiego zaangażowania. Jest nim możliwość, że proces ten będzie postępował szybciej niż rozwój europejskich zdolności do samodzielnego odstraszania.
NATO wobec wojny, która nie musi zostać wypowiedziana
Przez znaczną część swojej historii NATO budowało odstraszanie wokół perspektywy konwencjonalnego konfliktu zbrojnego. W okresie zimnej wojny podstawowym wyzwaniem było powstrzymanie ofensywy Układu Warszawskiego. Po rosyjskiej agresji na Ukrainę w 2022 r. Sojusz ponownie skoncentrował się na obronie terytorialnej, zdolnościach do prowadzenia operacji wielodomenowych, gotowości sił oraz zabezpieczeniu wschodniej flanki. Problem polega na tym, że Rosja nie musi zdecydować się na bezpośrednią konfrontację z NATO, aby podważać jego zdolności do zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Sabotaż infrastruktury krytycznej, operacje cybernetyczne, zakłócanie nawigacji satelitarnej, naruszanie przestrzeni powietrznej przez bezzałogowce, działania dezinformacyjne oraz presja na szlaki morskie pozwalają Moskwie testować granice reakcji państw zachodnich bez podejmowania ryzyka otwartej wojny z całym Sojuszem.
Logika tych działań jest odmienna od logiki klasycznej ofensywy wojskowej. Ich celem nie musi być zajęcie terytorium. Może nim być wymuszenie kosztownej reakcji obronnej, ujawnienie politycznych podziałów, osłabienie zaufania społeczeństw do państwa oraz stopniowe przesuwanie granic zachowań uznawanych przez Zachód za akceptowalne. Dobrym przykładem były wydarzenia z 10 września 2025 r., kiedy rosyjskie drony naruszyły polską przestrzeń powietrzną. Dwa dni później NATO ogłosiło uruchomienie operacji Eastern Sentry, mającej zwiększyć zdolności obserwacji i obrony na całej wschodniej flance. Sojusz wskazał przy tym na potrzebę wykorzystania zarówno tradycyjnych środków wojskowych, jak i technologii przeznaczonych do przeciwdziałania bezzałogowcom.
Był to istotny krok, ale jednocześnie ujawnił fundamentalną asymetrię współczesnego odstraszania. Atakujący może wykorzystać relatywnie tani bezzałogowiec do sprowokowania reakcji wymagającej użycia kosztownych systemów rozpoznania, lotnictwa bojowego i obrony przeciwlotniczej. Nawet skuteczne przechwycenie obiektu nie musi oznaczać strategicznego sukcesu obrońcy, jeżeli przeciwnik osiągnął wcześniej zamierzony efekt polityczny, rozpoznawczy lub ekonomiczny. Ważnym aspektem jest także efekt w postaci regularnego zużywania sprzętu wojskowego obrońcy, który musi się bronić dostępnymi dla siebie metodami.
Podobną logikę można dostrzec w działaniach przeciwko żegludze i infrastrukturze morskiej. Incydenty z udziałem statków na Morzu Czarnym pokazują, że zagrożenia związane z wojną rosyjsko-ukraińską mogą oddziaływać również na bezpieczeństwo państw NATO, w tym Rumunii, Bułgarii i Turcji. Doniesienia z 13 października 2026 r. o statkach trafionych przez drony w pobliżu bułgarskiego wybrzeża dodatkowo uwypukliły ryzyko rozprzestrzeniania się skutków konfliktu poza bezpośredni obszar działań wojennych.
Nie każdy taki incydent można automatycznie zakwalifikować jako celowy rosyjski atak na NATO. Ustalenie sprawstwa, zamiaru i odpowiedzialności pozostaje niezbędne. Jednak z punktu widzenia bezpieczeństwa Sojuszu kluczowy jest fakt, że działania militarne i hybrydowe mogą destabilizować państwa członkowskie bez formalnego przekroczenia progu wojny. Dlatego NATO potrzebuje przejścia od modelu obrony opartej przede wszystkim na reagowaniu na agresję do modelu aktywnej obrony, w którym przeciwnik musi liczyć się z konsekwencjami również za działania prowadzone poniżej progu otwartego konfliktu zbrojnego. Nie oznacza to przekształcenia Sojuszu w organizację ofensywną ani przyznania mu prawa do nieograniczonego używania siły. Chodzi o stworzenie wiarygodnego systemu, który obejmuje szybką identyfikację zagrożeń, skuteczne neutralizowanie wrogich działań, proporcjonalne środki odwetowe oraz zdolność do podnoszenia kosztów agresji w wielu domenach jednocześnie. Wojna hybrydowa nie może pozostawać dla agresora przestrzenią strategicznej bezkarności.
Fundament odstraszania czy wygodna fikcja polityczna?
Jedność polityczna stanowi jeden z najważniejszych elementów wiarygodności Sojuszu Północnoatlantyckiego. Bez przekonania, że państwa członkowskie są gotowe wspólnie odpowiedzieć na agresję, nawet największy potencjał militarny traci część wartości odstraszającej.
Problem pojawia się jednak wtedy, gdy publiczne deklarowanie jedności zaczyna zastępować rzeczywiste rozwiązywanie sprzeczności interesów. Współczesne NATO nie jest organizacją państw o identycznej percepcji zagrożeń. Dla Polski i państw bałtyckich zasadniczym wyzwaniem jest Rosja. Dla części południowych członków Sojuszu szczególnie istotne pozostają niestabilność Bliskiego Wschodu, zagrożenia terrorystyczne i bezpieczeństwo regionu Morza Śródziemnego. Stany Zjednoczone muszą natomiast uwzględniać również rywalizację z Chinami oraz własne interesy poza obszarem euroatlantyckim. Rozbieżności te są naturalne. Niebezpieczne stają się dopiero wtedy, gdy nie zostają przełożone na uzgodnione priorytety, podział odpowiedzialności i procedury reagowania.
Właśnie dlatego wiarygodność artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego nie może opierać się wyłącznie na politycznym zapewnieniu, że wszyscy członkowie Sojuszu pozostają zjednoczeni w swojej odpowiedzi na potencjalne zagrożenie. Artykuł 5 stanowi, że zbrojna napaść na jednego lub kilku sojuszników zostanie uznana za napaść na wszystkich. Nie przewiduje jednak automatycznego uruchomienia określonej operacji wojskowej. Każde państwo podejmuje działania, jakie uzna za konieczne, w tym (jeśli będzie to właściwe) użycie siły zbrojnej. To rozróżnienie ma zasadnicze znaczenie.
Odstraszanie nie zależy wyłącznie od istnienia formalnego zobowiązania traktatowego. Zależy także od przekonania przeciwnika, że państwa członkowskie będą zdolne do jego szybkiej, spójnej i skutecznej realizacji. Jeżeli Moskwa uzna, że ograniczona prowokacja doprowadzi do wielotygodniowych sporów politycznych, a nie do zdecydowanej reakcji, może uznać ryzyko takiego działania za akceptowalne. Dlatego NATO powinno otwarcie rozmawiać o sprzecznościach interesów, zamiast sprowadzać strategiczną komunikację do zapewnień o nienaruszalnej solidarności. Nie oznacza to publicznego ujawniania planów operacyjnych ani szczegółowych progów użycia siły. Przeciwnie, chodzi o takie rozwiązywanie sporów politycznych, aby deklarowana jedność miała rzeczywiste oparcie w uzgodnionych mechanizmach działania.
Publiczne przyznanie, że sojusznicy różnią się w ocenie określonych zagrożeń, nie musi osłabiać NATO. Może wzmacniać jego wiarygodność, jeżeli towarzyszy mu pokazanie, w jaki sposób te różnice zostały przezwyciężone. Jedność nie jest bowiem warunkiem, który można zadekretować. Jest rezultatem zdolności do podejmowania wspólnych decyzji politycznych mimo rozbieżnych interesów.
„Teoria zwycięstwa” gen. Grynkewicha. Odpowiedź na właściwe pytanie, ale nie na całe zagrożenie
Jednym z najważniejszych wydarzeń Warsaw Security Forum 2026 było wystąpienie naczelnego dowódcy sił sojuszniczych w Europie (SACEUR), gen. Alexusa Grynkewicha, 12 października. Amerykański generał przedstawił publiczne założenia koncepcji określanej jako Theory of Victory (teorii zwycięstwa NATO w ewentualnej konfrontacji militarnej z Rosją).
Jej fundamentem jest strategia odmowy (deterrence by denial), czyli uniemożliwienie agresorowi osiągnięcia zamierzonych celów wojskowych, przede wszystkim zajęcia i utrzymania terytorium Sojuszu. Grynkewich sprowadził koncepcję do trzech zasadniczych etapów: "block, blunt, break" - zablokowania ataku, osłabienia jego impetu, a następnie, jeżeli agresja będzie kontynuowana, rozbicia sił przeciwnika i systemu umożliwiającego mu prowadzenie działań wojennych.
W czasie swojego wystąpienia w Warszawie generał podkreślał, że NATO nie dąży do wojny, ale pozostaje gotowe do natychmiastowego podjęcia walki. Szczególnie wymowna była jego deklaracja: „Jeśli zostaniemy zaatakowani, jesteśmy gotowi walczyć dziś w nocy”. Słowa te miały znaczenie zarówno wojskowe, jak i polityczne. Grynkewich starał się przekonać potencjalnego przeciwnika, że agresja zakończy się niepowodzeniem, a europejskich sojuszników, że NATO dysponuje spójną koncepcją prowadzenia wojny obronnej.
Koncepcja nie jest pozbawiona mocnych stron. Zakłada wykorzystanie przewagi rozpoznawczej, zintegrowanych zdolności lądowych, powietrznych, morskich, kosmicznych i cybernetycznych, a także połączenie precyzyjnych środków rażenia z masowo stosowanymi, relatywnie tanimi systemami autonomicznymi. Odzwierciedla tym samym istotne doświadczenia wojny na Ukrainie, w której rozpoznanie, szybkość podejmowania decyzji i zdolność do masowego użycia bezzałogowców stały się kluczowymi elementami pola walki. Podstawowym celem jest utrzymanie przewagi wojskowej i technologicznej NATO, która uniemożliwi Rosji odniesienie sukcesu w otwartej wojnie.
W tym miejscu pojawia się jednak zasadnicza słabość całej konstrukcji. Teoria zwycięstwa Grynkewicha odpowiada przede wszystkim na pytanie, jak NATO powinno wygrać wojnę, którą Rosja zdecyduje się rozpocząć. Znacznie mniej przekonująco odpowiada na pytanie, jak powstrzymać Rosję przed osiąganiem celów strategicznych bez rozpoczynania takiej wojny. Różnica nie jest semantyczna. Dotyczy samego mechanizmu odstraszania.
Jeżeli rosyjskie działania przybierają postać ograniczonych prowokacji, operacji sabotażowych, cyberataków czy incydentów z wykorzystaniem bezzałogowców, klasyczna strategia odmowy napotyka trudności. Nie zawsze istnieje bowiem terytorium, którego zajęciu należy zapobiec, ani jednoznacznie zidentyfikowane zgrupowanie wojskowe, które można rozbić. Wojna hybrydowa jest szczególnie skuteczna wtedy, gdy zmusza obrońcę do wyboru między reakcją postrzeganą jako niewystarczająca a odpowiedzią obarczoną ryzykiem niekontrolowanej eskalacji. Z tego powodu teoria Grynkewicha, choć wojskowo uzasadniona, nie może być traktowana jako kompletna strategia przeciwdziałania rosyjskiej presji.
Co istotne, nie oznacza to, że SACEUR ignoruje zagrożenia hybrydowe. Samo uruchomienie Eastern Sentry oraz włączenie systemów bezzałogowych i rozpoznawczych do działań Sojuszu dowodzi, że NATO dostrzega ten problem. Rzecz w tym, że publicznie przedstawiona teoria zwycięstwa nie ustanawia równie czytelnego mechanizmu polityczno-wojskowego reagowania na działania poniżej progu otwartej agresji.
Należy także pamiętać, że ujawniono jedynie ogólne założenia koncepcji, a nie pełne plany operacyjne NATO. Nie można zatem na tej podstawie stwierdzić, że Sojusz nie posiada odpowiednich procedur. Można natomiast zasadnie ocenić, że przedstawiona publicznie wizja odstraszania nie wyjaśnia dostatecznie, w jaki sposób NATO zamierza odbierać Rosji inicjatywę w konflikcie hybrydowym. Wystąpienie Grynkewicha należy również rozpatrywać w szerszym kontekście politycznym. W momencie narastających wątpliwości dotyczących amerykańskiego zaangażowania w Europie naczelny dowódca NATO musiał zrealizować dwa cele jednocześnie: przedstawić wiarygodną koncepcję wojskową oraz ograniczyć obawy europejskich sojuszników przed osłabieniem gwarancji bezpieczeństwa.
Nie oznacza to, że jego deklaracje były nieszczere lub stanowiły wyłącznie propagandowe przedłużenie polityki Donalda Trumpa. Takiego wniosku nie da się wyprowadzić. Niemniej ich funkcja polityczna była wyraźna: zapewnić Europejczyków, że mimo napięć transatlantyckich amerykańskie dowództwo nadal traktuje obronę NATO jako zadanie wykonalne i priorytetowe. Powstaje jednak pytanie, czy zapewnienia te pozostaną wiarygodne, jeżeli amerykańskie decyzje polityczne i budżetowe będą stopniowo ograniczać zasoby dostępne do realizacji przedstawionej koncepcji.
Amerykańskie wojska w Europie: znaczenie ma nie tylko liczba żołnierzy
Problem ten staje się szczególnie istotny w kontekście redukcji amerykańskiej obecności wojskowej na kontynencie. W maju 2026 r. Reuters informował o anulowaniu planowanego rozmieszczenia 4 tysięcy amerykańskich żołnierzy w Polsce. Decyzja nastąpiła w szerszym kontekście ograniczania obecności wojsk USA w Europie, w tym zapowiedzi wycofania około 5 tysięcy żołnierzy z Niemiec. Wywołała również zastrzeżenia amerykańskich parlamentarzystów obu partii, zaniepokojonych konsekwencjami dla odstraszania Rosji. Nie należy jednak utożsamiać każdej redukcji liczebności sił z automatycznym spadkiem zdolności bojowych.
Nowoczesne odstraszanie zależy od wielu czynników: gotowości operacyjnej, rozmieszczenia uzbrojenia, zapasów amunicji, infrastruktury logistycznej, zdolności do przerzutu wzmocnienia oraz integracji systemów rozpoznania i dowodzenia. Mniejszy, ale lepiej wyposażony i sprawniej funkcjonujący kontyngent może w określonych warunkach posiadać większą wartość bojową niż liczniejsza formacja o ograniczonej gotowości.
Nie zmienia to jednak faktu, że utrzymywanie wiarygodnego odstraszania przy jednoczesnej redukcji sił wymaga konkretnych zdolności kompensacyjnych. Dla wschodniej flanki szczególnie istotne są amerykańskie zasoby, których Europa nie może szybko i w pełni zastąpić. Są to między innymi strategiczny transport lotniczy, rozpoznanie satelitarne, zaawansowane systemy dowodzenia, środki walki radioelektronicznej, obrona przeciwrakietowa, zdolności do rażenia celów na dużych odległościach oraz zabezpieczenie operacji wielodomenowych.
Jeżeli wycofywaniu żołnierzy towarzyszy ograniczenie tych zasobów, rzeczywista wartość odstraszania może spaść znacznie bardziej, niż sugerowałaby sama zmiana liczebności kontyngentu. Właśnie dlatego ewentualne utworzenie nowej stałej amerykańskiej bazy wojskowej w Polsce nie powinno być traktowane jako wystarczająca odpowiedź na problem amerykańskiej redukcji sił w Europie. Taka baza mogłaby mieć bardzo duże znaczenie strategiczne. Trwałe rozmieszczenie amerykańskich jednostek zwiększałoby polityczny koszt ewentualnej rosyjskiej agresji i mogłoby przyspieszyć reakcję wojskową USA. Szczególnie cenne byłoby ulokowanie w Polsce zdolności logistycznych, rozpoznawczych, przeciwlotniczych i dowódczych. Jednak nawet rozbudowana obecność amerykańska w Polsce nie zrekompensuje automatycznie utraty potencjału w innych częściach europejskiego teatru działań.
NATO jest systemem naczyń połączonych. Obrona Polski zależy również od infrastruktury i sił w Niemczech, państwach bałtyckich, Skandynawii, Rumunii oraz od zdolności do utrzymania morskich i powietrznych linii komunikacyjnych. Wzmocnienie jednego państwa przy równoczesnym osłabieniu całej struktury wsparcia może prowadzić do koncentracji potencjału bez odpowiedniego zabezpieczenia operacyjnego. Istnieje ponadto wymiar polityczny. Amerykańska baza w Polsce byłaby nie tylko gwarancją bezpieczeństwa, lecz także elementem szerszej relacji strategicznej, w której Waszyngton może oczekiwać określonego poziomu współfinansowania infrastruktury, zakupów uzbrojenia, wsparcia logistycznego oraz współpracy w realizacji swoich priorytetów.
Nie należy przy tym automatycznie zakładać, że każde takie oczekiwanie byłoby niekorzystne dla Polski. Problem pojawiłby się dopiero wtedy, gdyby skala polskich zobowiązań rosła szybciej niż rzeczywista wartość otrzymywanych gwarancji. Z perspektywy Warszawy kluczowe powinno być zatem nie samo uzyskanie stałej bazy, lecz określenie jej funkcji w szerszym systemie obrony Europy. Do zapewnienia sobie bezpieczeństwa, Polska potrzebuje amerykańskich zdolności wojskowych, a nie wyłącznie amerykańskiej obecności wojskowej. To zasadnicza różnica z punktu widzenia skuteczności odstraszania.
Kryzys spójności amerykańskiej strategii
Najbardziej widocznym przykładem sprzeczności między deklarowaną polityką odstraszania Rosji a bieżącymi decyzjami Waszyngtonu stało się październikowe porozumienie energetyczne Donalda Trumpa z Władimirem Putinem.
9 października 2026 r. Trump ogłosił, że Rosja zgodziła się na dostarczenie ponad 300 tysięcy ton oleju napędowego do Stanów Zjednoczonych i na rynek światowy. Zapowiadano również dalsze dostawy, w tym 500 tysięcy ton w listopadzie oraz kolejne wolumeny w późniejszym terminie. Porozumieniu towarzyszyło złagodzenie części amerykańskich restrykcji dotyczących rosyjskiego paliwa. W czasie gdy Rosja kontynuuje agresję przeciwko Ukrainie, a państwa europejskie ponoszą koszty ograniczania współpracy energetycznej z Moskwą, administracja amerykańska zdecydowała się dopuścić dodatkowe dostawy rosyjskiego paliwa w odpowiedzi na presję cenową.
Z perspektywy Kijowa i europejskich stolic decyzja ta podważa spójność zachodniej strategii sankcyjnej. Nie chodzi wyłącznie o bezpośrednią wartość gospodarczą transakcji. Znacznie istotniejszy jest sygnał polityczny - presja ekonomiczna na Rosję może zostać ograniczona, jeżeli koliduje z krótkoterminowymi interesami gospodarczymi Stanów Zjednoczonych.
Jeszcze poważniejsze konsekwencje miałaby ewentualna dalsza liberalizacja restrykcji wobec rosyjskiej floty transportującej surowce energetyczne. Według doniesień Reutersa z 15 października administracja USA rozważała złagodzenie sankcji wobec części jednostek związanych z tzw. flotą cieni, argumentując to potrzebą obniżenia kosztów transportu. Na tym etapie chodziło o rozważaną zmianę, a nie o potwierdzone zniesienie wszystkich ograniczeń. Mechanizm jest jednak czytelny. Mówi on, że działania mające przynieść ulgę amerykańskim konsumentom mogą jednocześnie osłabiać presję gospodarczą na państwo prowadzące wojnę przeciwko europejskiemu partnerowi Zachodu.
Ukraina jako test wiarygodności całego zachodniego systemu bezpieczeństwa
Wojna Rosji przeciwko Ukrainie jest dziś czymś znacznie więcej niż konfliktem o terytorium i polityczną przyszłość jednego państwa. Jej wynik będzie miał fundamentalne znaczenie dla wiarygodności zachodniego modelu odstraszania, skuteczności sankcji gospodarczych, trwałości amerykańskich zobowiązań oraz sposobu, w jaki inne mocarstwa oceniają gotowość Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników do obrony istniejącego porządku międzynarodowego.
Nie oznacza to, że Ukraina jest formalnie objęta gwarancjami artykułu 5. Nie jest członkiem NATO, a zachodnie zobowiązania wobec Kijowa mają inny charakter prawny niż zobowiązania dotyczące obrony państw Sojuszu. Jednak z perspektywy strategicznej konsekwencje rosyjskiego sukcesu wykraczałyby daleko poza granice Ukrainy. Jeżeli państwo prowadzące agresywną wojnę, ponoszące ogromne straty wojskowe i poddane szerokim sankcjom gospodarczym zdoła ostatecznie wymusić korzystne dla siebie rozstrzygnięcie polityczne, inne mocarstwa mogą uznać, że Zachód nie jest zdolny do utrzymywania długotrwałej presji strategicznej.
W takim scenariuszu problemem nie byłaby wyłącznie utrata części ukraińskiego terytorium. Znacznie poważniejszym skutkiem mogłoby być utrwalenie przekonania, że agresja militarna pozostaje skutecznym narzędziem rewizji porządku międzynarodowego, jeżeli napastnik potrafi wystarczająco długo absorbować koszty wojny. To właśnie tutaj ujawnia się zasadnicza słabość dotychczasowego zachodniego podejścia.
Przez kolejne lata wojny pomoc wojskowa dla Ukrainy była często organizowana w sposób reaktywny, podporządkowany zmieniającym się warunkom politycznym i obawom przed eskalacją. Dostawy uzbrojenia, decyzje dotyczące wykorzystania określonych systemów oraz kolejne pakiety sankcyjne nie zawsze tworzyły jednolitą strategię osiągnięcia jasno zdefiniowanego rezultatu.
Rosja mogła natomiast wykorzystywać przewagę wynikającą z większej tolerancji własnych władz na straty ludzkie, militaryzacji gospodarki i gotowości do kontynuowania działań mimo wysokich kosztów. Nie oznacza to, że czas automatycznie działa na korzyść Moskwy. Rosyjska gospodarka i siły zbrojne również ponoszą poważne koszty, a Ukraina wielokrotnie dowodziła zdolności do adaptacji technologicznej i skutecznego rażenia rosyjskiego zaplecza. O wyniku wojny decyduje jednak nie tylko tempo strat, lecz także zdolność obu stron do ich uzupełniania oraz trwałość politycznej woli kontynuowania konfliktu.
Jeżeli presja amerykańska prowadzi do ograniczania ukraińskich zdolności rażenia rosyjskiej infrastruktury energetycznej, podczas gdy Moskwa kontynuuje ataki na ukraińskie obiekty, powstaje asymetria o bezpośrednim znaczeniu strategicznym. Agresor zachowuje możliwość niszczenia zaplecza przeciwnika, podczas gdy państwo broniące się napotyka polityczne ograniczenia w stosowaniu analogicznych środków wobec celów wojskowo istotnych.
Taki mechanizm może prowadzić do paradoksu, wedle którego Zachód, próbując ograniczać eskalację, niezamierzenie zmniejsza koszty kontynuowania agresji. Nie wynika z tego, że NATO powinno automatycznie przystąpić do bezpośredniej wojny z Rosją. Taka decyzja wiązałaby się z ryzykiem konfliktu między mocarstwami nuklearnymi i wymagałaby odrębnej, niezwykle rygorystycznej oceny. Konieczna jest natomiast zmiana logiki zachodniego wsparcia.
Zamiast koncentrować się wyłącznie na zapewnieniu Ukrainie zdolności do dalszego przetrwania, państwa zachodnie powinny stworzyć warunki do trwałego odebrania Rosji możliwości osiągnięcia jej zasadniczych celów wojennych. W praktyce oznacza to zwiększenie skali produkcji amunicji i systemów obrony powietrznej, zapewnienie przewidywalnych dostaw uzbrojenia, rozwój ukraińskich zdolności do rażenia legalnych celów wojskowych oraz konsekwentne ograniczanie rosyjskich możliwości finansowania i odtwarzania potencjału militarnego. Kluczowa jest nie sama liczba przekazywanych systemów, lecz ich wpływ na bilans sił i kalkulację polityczną Kremla. Rosja musi dojść do przekonania, że kontynuowanie agresji nie doprowadzi do uzyskania lepszych warunków politycznych niż jej zakończenie. Bez takiej zmiany zachodnia polityka może nadal skutecznie zapobiegać całkowitej klęsce Ukrainy, nie będąc jednocześnie zdolną do wymuszenia strategicznej porażki Rosji.
Od odstraszania deklaratywnego do aktywnej obrony
Wszystkie opisane zjawiska prowadzą do jednego wniosku - NATO potrzebuje głębszej transformacji niż tylko zwiększenie budżetów obronnych i liczby jednostek pozostających w wysokiej gotowości.
Współczesne odstraszanie powinno funkcjonować jednocześnie na trzech poziomach:
- Pierwszym pozostaje klasyczne odstraszanie przez odmowę, którego podstawy przedstawił gen. Grynkewich. Sojusz musi posiadać zdolność do uniemożliwienia agresorowi zajęcia terytorium, rozbicia jego sił i pozbawienia go możliwości kontynuowania ofensywy.
- Drugim powinno być skuteczne odstraszanie przez nakładanie kosztów. Przeciwnik musi wiedzieć, że działania hybrydowe mogą prowadzić do odpowiedzi obejmującej sankcje, operacje cybernetyczne prowadzone zgodnie z prawem międzynarodowym, neutralizację wrogich sieci operacyjnych, ograniczenia dostępu do technologii oraz inne proporcjonalne instrumenty polityczne i gospodarcze.
- Trzecim, najtrudniejszym elementem jest odstraszanie przez odporność. Państwa NATO powinny ograniczać skuteczność rosyjskich działań jeszcze zanim zostaną one podjęte, rozwijając zdolności do ochrony infrastruktury krytycznej, przeciwdziałania sabotażowi, wykrywania bezzałogowców, utrzymywania ciągłości funkcjonowania państwa i szybkiego przywracania sprawności uszkodzonych systemów.
Nie jest to postulat całkowicie nowy. NATO już rozwija działania związane z ochroną infrastruktury i odpornością cywilną. Przyjęte w Hadze zobowiązanie dotyczące wydatków na bezpieczeństwo wyraźnie uwzględnia te obszary. Problemem pozostaje jednak tempo ich rozwoju, interoperacyjność oraz polityczna gotowość do stosowania wspólnych instrumentów reagowania. Warto również podkreślić, że zagrożenia hybrydowe nie zawsze mogą być skutecznie neutralizowane wyłącznie przez struktury wojskowe. Ochrona portów, elektrowni, podmorskich kabli, sieci energetycznych i systemów informatycznych wymaga ścisłej współpracy sił zbrojnych, służb specjalnych, organów ścigania, administracji cywilnej i sektora prywatnego. NATO nie powinno zastępować państw członkowskich w wykonywaniu tych zadań. Powinno natomiast stworzyć skuteczniejsze mechanizmy koordynacji, wymiany informacji i wspólnego reagowania.
Polska wobec nowej rzeczywistości strategicznej
Dla Polski konsekwencje tej transformacji są szczególnie istotne. Warszawa znajduje się w położeniu, w którym ewentualne osłabienie amerykańskiej obecności wojskowej, wzrost rosyjskiej aktywności hybrydowej oraz niepewność dotycząca przyszłości Ukrainy bezpośrednio wpływają na bezpieczeństwo państwa. Polska nie może jednak ograniczać swojej strategii do zabiegania o utrzymanie jak największej liczby amerykańskich żołnierzy. Priorytetem powinno być budowanie takiej struktury obronnej, która pozostanie skuteczna również w warunkach czasowego ograniczenia amerykańskiego wsparcia.
Oznacza to potrzebę dalszego rozwoju obrony powietrznej i przeciwrakietowej, systemów bezzałogowych, rozpoznania, zdolności do rażenia na większych odległościach, infrastruktury logistycznej oraz krajowego potencjału produkcji amunicji i uzbrojenia. Równie istotne jest wzmacnianie regionalnych mechanizmów współpracy z państwami bałtyckimi, nordyckimi, Niemcami i Rumunią.
Włączenie Finlandii i Szwecji do NATO stworzyło nowe możliwości planowania obronnego w regionie Morza Bałtyckiego. Polska powinna wykorzystać tę zmianę do rozwijania wspólnej świadomości sytuacyjnej, koordynacji obrony przeciwlotniczej i przeciwbezzałogowej oraz zabezpieczenia szlaków komunikacyjnych.Nie chodzi o budowę alternatywy wobec NATO, lecz o zwiększenie realnej wartości europejskiego komponentu Sojuszu. Im większą zdolność do samodzielnego działania uzyskają europejscy sojusznicy, tym mniejsze będzie ryzyko, że ograniczenia amerykańskiego zaangażowania stworzą lukę w odstraszaniu. Jednocześnie silniejszy europejski filar NATO może zwiększać polityczną atrakcyjność dalszej obecności USA na kontynencie.
NATO musi nauczyć się zwyciężać, zanim rozpocznie się wojna
Największym wyzwaniem stojącym dziś przed Sojuszem Północnoatlantyckim nie jest brak potencjału do pokonania Rosji w konwencjonalnej konfrontacji militarnej. Łączne zasoby gospodarcze, technologiczne i wojskowe państw NATO pozostają ogromne. Problemem jest raczej zdolność do przełożenia tej przewagi na skuteczne odstraszanie w warunkach, w których przeciwnik świadomie unika przekroczenia progu uruchamiającego pełną odpowiedź wojskową.
Teoria zwycięstwa gen. Grynkewicha stanowi ważny element odpowiedzi na zagrożenie wojną konwencjonalną. Nie powinna jednak przesłaniać konieczności wypracowania równie przekonującej strategii wobec presji hybrydowej, sabotażu, operacji cybernetycznych i ograniczonych prowokacji.
Jednocześnie polityka Stanów Zjednoczonych pokazuje, że europejskie bezpieczeństwo coraz silniej zależy od czynników pozostających poza bezpośrednią kontrolą państw europejskich. Wojna z Iranem, amerykańska polityka energetyczna, rywalizacja z Chinami oraz wewnętrzne uwarunkowania polityczne USA mogą wpływać na dostępność zasobów i determinację Waszyngtonu do działania w Europie. W tych warunkach deklarowana jedność NATO nie wystarczy. Sojusz musi zbudować jedność operacyjną, opartą na wspólnym rozumieniu zagrożeń, uzgodnionych zasadach reagowania, odpowiednim podziale kosztów i realnej zdolności do prowadzenia działań również wtedy, gdy nie dochodzi do formalnie wypowiedzianej wojny.
Przyszłość Ukrainy pozostaje przy tym kluczowym testem wiarygodności całego zachodniego systemu bezpieczeństwa. Jeżeli Rosja osiągnie trwałe korzyści strategiczne dzięki przedłużaniu agresji i wykorzystywaniu politycznych ograniczeń Zachodu, konsekwencje takiego rozstrzygnięcia mogą wykraczać daleko poza Europę Wschodnią. Nieuchronna ewolucja amerykańskiego przywództwa nie musi oznaczać końca NATO. Może jednak oznaczać koniec modelu, w którym europejscy sojusznicy mogli traktować amerykańską dominację jako substytut własnej sprawczości strategicznej.
NATO nie może ograniczać się do przekonywania Rosji, że przegra wojnę z Sojuszem. Musi sprawić, aby Moskwa nie była w stanie osiągać swoich celów także bez jej rozpoczynania. To właśnie powinno stać się istotą nowej strategii odstraszania na wschodniej flance.
Autor: Jan Hernik - Absolwent Ośrodka Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego. Specjalizuje się w teorii wpływu religii, rasy i pochodzenia etnicznego na wybór polityczny w amerykańskich wyborach prezydenckich. Jego zainteresowania badawcze obejmują także aktywność USA w regionie Arktyki oraz Indo-Pacyfiku.