Jak młotem w porcelanowy talerzyk. Chirurg o leczeniu ran postrzałowych

Rany postrzałowe są niezwykle skomplikowane w leczeniu. - Najtrudniejsze jest to, że są nieprzewidywalne. W pierwszych kilkudziesięciu godzinach po urazie widzimy tylko bezpośrednio powstałe obrażenia. Ale ta kula, która dosięgnęła żołnierza, przynosi szkody jeszcze przez wiele tygodni - wyjaśnia ppłk w st. spocz. dr Mariusz Barański, jeden z najlepszych w Polsce chirurgów, do którego przez kilkanaście lat trafiali żołnierze najciężej ranni w czasie misji w Iraku czy Afganistanie.

  • Postrzał wywołuje reakcję łańcuchową, skutkującą olbrzymim spustoszeniem w organizmie.
  • Największe problemy pojawiają się, gdy pocisk trafi w kość.
  • Jeden z najbardziej doświadczonych chirurgów wojskowych tłumaczy, jak trudno leczyć takie obrażenia.

Po naciśnięciu spustu kałasznikowa iglica uderza w spłonkę naboju, co powoduje błyskawiczne spalenie niecałych dwóch gramów prochu. Wytworzone ciśnienie wypycha pocisk z lufy. Osiem gramów ołowiu pędzi w kierunku celu z prędkością 715 metrów na sekundę. Gdy przeszywa ciało, postrzelony czuje, jakby poraził go prąd.

- Tylko dla laika złamanie kości w wyniku upadku na nartach oraz postrzału z broni palnej to podobne urazy. W rzeczywistości różnica jest kolosalna - mówi ppłk w st. spocz. dr Mariusz Barański, od 2001 r. do 2017 r. kierownik Oddziału Zakażeń Narządu Ruchu w Wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie.

W czasie misji w Iraku i Afganistanie na oddział dr. Barańskiego trafiła zdecydowana większość najciężej rannych Polaków.

Legendarny „doktor Mariusz”

Środowisku żołnierzy rannych i poszkodowanych tego lekarza nie trzeba przedstawiać, ponieważ o jego umiejętnościach krążą legendy.

Już przed kilkunastu laty, w trakcie któregoś „Dnia Weterana”, dawni pacjenci tak przedstawili dr. Barańskiego:

„Jako wysokiej klasy specjalista przyczynił się do uratowania niejednej kończyny powracających z misji rannych żołnierzy. To człowiek o wyjątkowej empatii i ciepłym sercu, o czym zaświadcza każdy z weteranów, któremu dane było zostać pacjentem «doktora Mariusza». O nasze zdrowie walczy do końca, unikając «najprostszego rozwiązania» nawet w przypadkach - jak nam się często wydawało - beznadziejnych”.

Doktor był jednym z bohaterów serialu telewizyjnego „Weterani. Wyrwani śmierci” oraz książki „Ból. Mocna opowieść o prawdziwej wojnie”.

Mariusz Barański w 1993 r. ukończył Wojskową Akademię Medyczną w Łodzi. Jako młody podporucznik trafił na staż do WIM-u. Od początku kariery lekarskiej interesowały go zakażenia kości. W 1998 r. otrzymał stopień doktora za pracę na ten temat. Ta wiedza i wieloletnie doświadczenie pomogły niejednemu żołnierzowi.

Postrzał generuje reakcję łańcuchową

Używając obrazowych porównań, doktor tłumaczy: złamanie w wyniku wypadku jest jak porcelanowy talerzyk upuszczony z niewielkiej wysokości. Popęka, ale bez większych trudności można go posklejać. Natomiast rana postrzałowa daje takie efekty, jakby talerzyk położyć na podłodze i uderzyć w niego kilkukilogramowym młotem. Niezwykle trudno odtworzyć dawny kształt i funkcję.

Żeby zrozumieć skutki postrzału, potrzeba połączyć znajomość podstaw fizyki oraz medycyny. Przy przejściu przez przeszkodę, jaką jest ciało człowieka, pocisk oddaje mu posiadaną energię. Rozchodzi się ona wokół kanału wykonanego przez kulę, tworząc tzw. czasową jamę pulsacyjną. Ta powoduje potężne stłuczenie okolicznych tkanek.

- To taka reakcja łańcuchowa, powodująca olbrzymie spustoszenie w organizmie. Gdy pacjent trafia do szpitala, nigdy nie wiemy, jak dużą energię pocisk oddał. Niewiele jest w kraju ośrodków mających doświadczenie w leczeniu ran wysokoenergetycznych - tłumaczy dr Mariusz Barański.

W czasie wojennych misji w Iraku i Afganistanie niekwestionowanie wiodącym ośrodkiem był WIM. Gdy jednak misje się skończyły, zabrakło pacjentów, na których młodzi chirurdzy - pod okiem doświadczonych kolegów - mogli uczyć się najbardziej skomplikowanej chirurgii. Do tego część specjalistów przeszła do innych ośrodków.

Nieprzewidywalność ran postrzałowych

- Najtrudniejsze w leczeniu postrzałów jest to, że takie rany są nieprzewidywalne. W pierwszych kilkudziesięciu godzinach po urazie widzimy tylko bezpośrednio doznane obrażenia. Ale ta kula, która dosięgnęła żołnierza, przynosi szkody jeszcze przez wiele tygodni - kontynuuje dr Barański.

Z czasem rozwijają się bowiem tzw. zmiany wsteczne. Tkanki uszkodzone czasową raną pulsacyjną opanowuje martwica. Dlatego chirurdzy muszą bardzo dokładnie obserwować, co dzieje się z poszkodowanym.

- Rany postrzałowe zostawiamy otwarte, żeby mieć wgląd do środka. Stale sprawdzamy, co się tam dzieje i systematycznie usuwamy martwe tkanki. Dopiero w czwartym czy piątym tygodniu stwierdzimy, ile tkanek uległo martwicy. Wtedy możemy przekazać pacjentowi wiarygodne informacje o rokowaniach oraz przystąpić do ostatecznego zaopatrzenia rany - tłumaczy doktor.

Chirurg zaznacza, że mówi o najłagodniejszym postrzale, który uszkodził tylko tkanki miękkie: skórę, mięśnie, niewielkie naczynia krwionośne.

Najgorzej, gdy pocisk trafi w kość

- Prawdziwe problemy pojawiają się, gdy pocisk trafi w kość. Zwykle powoduje skomplikowane złamania wieloodłamowe. Każdy najmniejszy fragment kości działa na tkanki miękkie jak kolejny pocisk. Tworzy własną czasową jamę pulsacyjną i rozszerza obszar urazu - mówi chirurg.

Oprócz skomplikowanego leczenia tkanek miękkich, lekarze muszą nastawić złamaną kość, a w przypadku złamań wieloodłamowych - zrekonstruować jej anatomiczny kształt.

Zwykle pojawia się zakażenie

Dodatkową trudnością jest zakażenie, czyli bardzo częste powikłanie przy leczeniu takich obrażeń.

- Pocisk przechodzi przez lufę systematycznie czyszczoną smarami technicznymi, po drodze osiadają na nim drobiny kurzu. Przed wniknięciem w ciało zabierze ze sobą kawałki ubrań i skóry z lokalną florą bakteryjną. Dlatego najpierw tygodniami musimy chirurgicznie czyścić ranę, dopiero potem ją zaopatrzyć i zamknąć - wyjaśnia dr Barański.

Równie trudno leczy się ofiary wybuchów klasycznych min czy improwizowanych ładunków wybuchowych (tzw. ajdików, od IED - Improvised Explosive Device). Nawet jeśli żołnierza nie trafiły odłamki, to tkanki i narządy wewnętrzne może mieć zmasakrowane.

- Energia wybuchu przekazywana jest ciału znajdującemu się na drodze powietrznej fali uderzeniowej. Efektem są obrażenia wielomiejscowe lub wielonarządowe - dodaje dr Barański.

Obrazowo mówiąc, uderzone narządy wewnętrzne wyhamują z różną szybkością. Klatka piersiowa może już się zatrzymać po uderzeniu w ziemię, ale każdy z narządów zatrzyma się w różnym czasie. Mogą więc pourywać się ze swoich umocowań. Dlatego eksplozja potrafi wyrwać serce z aorty.

Amerykańskie statystyki postrzałów

W Stanach Zjednoczonych wojskowi chirurdzy przeanalizowali rodzaje obrażeń w efekcie postrzałów i wybuchów.

Okazało się, że u 15 proc. rannych żołnierzy doszło do uszkodzeń głowy i szyi. U 10 proc. - klatki piersiowej, w 7 proc. - brzucha. Natomiast najwięcej, bo aż 65 proc. poszkodowanych, doznaje obrażeń rąk i nóg. Nierzadko są to amputacje urazowe lub zmiażdżenia, które zmuszają chirurgów do szybkiego odjęcia kończyny.

- Przejście pocisku przez ciało człowieka trwa ułamki sekund. Ale spustoszenie, jakie powoduje, rozwija się przez kilka tygodni. Leczenie zaś i dojście do zdrowia zajmuje długie miesiące, a niekiedy i lata - kończy dr Mariusz Barański.

Portal Obronny SE Google News