We wtorkowym (1 września) programie „Gość Radia ZET” Mariusz Błaszczak, były minister obrony narodowej w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, został zapytany przez prowadzącego Bogdana Rymanowskiego o hipotetyczny scenariusz rosyjskiej agresji na Litwę, Łotwę lub Estonię. Pytanie dotyczyło tego, czy w takiej sytuacji polscy żołnierze powinni ruszyć z pomocą zaatakowanym sojusznikom.
Odpowiedź posła PiS zaskoczyła w kontekście kolektywnej obrony w ramach NATO. Jak powiedział były szef MON:
„Polscy żołnierze powinni bronić Polski. Trzeba być silnym w sojuszach. Tak było za rządów Prawa i Sprawiedliwości, kiedy byłem ministrem obrony narodowej. Trzeba stawiać na współpracę ze Stanami Zjednoczonymi” – stwierdził Błaszczak.
Dziennikarz, konfrontując polityka z jego słowami, przypomniał o fundamentalnej zasadzie NATO, jaką jest artykuł 5. Traktatu Północnoatlantyckiego. Były minister, dopytywany o to, jaką decyzję podjąłby jako szef MON, unikał jednoznacznej deklaracji, mówiąc, że „wszystko zależy od okoliczności”.
"My graniczymy z Rosją bezpośrednio, która faktycznie objęła terytorium Białorusi, więc my też jesteśmy na froncie. Ten artykuł [przyp. red. piaty] oczywiście stanowi o solidarności, ale chodzi o to, że rząd, który Polską rządzi, powinien nawiązywać jak najlepsze relacje ze Stanami Zjednoczonymi" - powiedział Błaszczak.
Prowadzący Bogdan Rymanowski dopytywał byłego szefa MON M. Błaszczaka, jaką decyzję by podjął, gdyby to on był szefem MON, a Rosja zaatakowałaby kraje bałtyckie.
"To wszystko zależy od okoliczności. Na przykład to, że mamy swoich, polskich żołnierzy na Łotwie, czyli jeżeli Łotwa byłaby zaatakowana, to już i wojsko byłoby zaatakowane" - mówił Błaszczak i dodał, że wtedy "trzeba im pomóc oczywiście".
Jak mówił dalej:
"Nasi żołnierze mają bronić Polski i dziś są w stanie to zrobić. Za czasów pierwszych rządów Donalda Tuska nie byli w stanie obronić naszej ojczyzny. Było ich za mało i byli uzbrojenie w starą postsowiecką broń. Dziś już tak nie jest" - przekonywał Błaszczak.
Czym jest artykuł 5. Traktatu Północnoatlantyckiego? Fundament bezpieczeństwa Polski
Słowa byłego ministra obrony uderzyły w sam rdzeń polskiego i sojuszniczego bezpieczeństwa. Artykuł 5. Traktatu Północnoatlantyckiego jest fundamentem Sojuszu i stanowi gwarancję zbiorowej obrony. Jego kluczowe założenie opiera się na zasadzie „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Zgodnie z jego treścią, zbrojna napaść na jednego lub więcej członków NATO w Europie lub Ameryce Północnej będzie uznana za napaść przeciwko wszystkim stronom traktatu. W takiej sytuacji każdy z sojuszników zobowiązuje się do udzielenia pomocy zaatakowanemu państwu, podejmując „akcję, jaką uzna za konieczną, nie wyłączając użycia siły zbrojnej”.
Dla Polski i krajów bałtyckich, znajdujących się na wschodniej flance NATO, artykuł 5. jest absolutnie kluczowym elementem odstraszania potencjalnego agresora i podstawą narodowej strategii obronnej. Podważanie tej zasady, nawet w formie nieprecyzyjnej wypowiedzi, jest postrzegane jako osłabianie spójności i wiarygodności sojuszniczej.
Burza po słowach byłego szefa MON. Ostra reakcja rządu i tłumaczenia posła PiS
Wypowiedź Mariusza Błaszczaka spotkała się z natychmiastową i bardzo ostrą reakcją przedstawicieli obecnego rządu. Słowa te zostały zinterpretowane jako podważanie zobowiązań sojuszniczych Polski i sianie niepewności wśród partnerów z krajów bałtyckich. Najbardziej dosadnie wypowiedź byłego ministra skomentował Cezary Tomczyk, wiceminister obrony narodowej w obecnym rządzie. Na platformie X napisał krótko i jednoznacznie:
„Były minister obrony narodowej, który podważa świętość polskiego bezpieczeństwa, czyli artykuł 5 NATO, jest durniem. I to nieskończonym”.
W odpowiedzi na narastającą krytykę Mariusz Błaszczak opublikował na platformie X obszerne wyjaśnienie. Podkreślił w nim, że za rządów PiS współpraca z państwami bałtyckimi była niezwykle rozwinięta, wymieniając m.in. stacjonowanie polskich żołnierzy na Łotwie, misję Air Policing czy integrację dowództw. Jak napisał:
"Na rozgrzane głowy zalecam trochę lodu. Nigdy wcześniej niż za czasów rządu Prawa i Sprawiedliwości współpraca militarna Polski z państwami bałtyckimi nie była bardziej rozwinięta. Za naszych czasów Polska faktycznie współtworzyła system bezpieczeństwa państw bałtyckich: polscy żołnierze rozpoczęli stacjonowanie na Łotwie, polskie F-16 chroniły niebo Litwy, Łotwy i Estonii, Polska i Litwa połączyły wymianę danych radiolokacyjnych, integrowano polską 15. Brygadę i litewskiego „Żelaznego Wilka” z dowództwem w Elblągu, rozwijano wspólne ćwiczenia i współpracę wojsk specjalnych, a cztery państwa koordynowały działania wobec Rosji i Białorusi. To za czasów rządu PiS – na szczycie NATO w Warszawie - zapadła decyzja o enhanced Forward Presence, bez której nie byłoby stałych grup bojowych na Łotwie, Litwie, w Estonii i Polsce. W opozycji nie mam dostępu do danych wywiadowczych - jeśli obecny rząd wie, że państwa bałtyckie zostaną zaatakowane powinien wzmacniać siłę naszej armii na wschodzie. Tymczasem całkowicie zrezygnowano z budowy jednostek w Poniatowej, Sobieszynie i Janowie Lubelskim. Artykuł 5 NATO jest uruchamiany w sposób kolegialny, a zobowiązania sojusznicze są wiążące, jednak priorytetem każdego ministra obrony narodowej powinna być obrona Polski i zapewnienie bezpieczeństwa Polakom. Dodajmy tylko, kto mnie teraz krytykuje za rzekome porzucenie ideałów NATO? Politycy od Tuska - tak, ci sami, którzy robią wszystko żeby stworzyć alternatywę do Sojuszu Północnoatlantyckiego bez udziału USA. Ci sami, którzy uzależnili bezpieczeństwo Polski od arbitralnych decyzji Komisji Europejskiej. Ci sami, którzy mówią o autonomii europejskiej. Ci sami, którzy chcą zrezygnować z uczestnictwa w Nuclear Sharing. Ci sami, którzy podważają fundamenty NATO. Hipokryci..."
Co słowa takie słowa oznaczają dla wschodniej flanki NATO?
Nawet jeśli słowa Mariusza Błaszczaka były jedynie niefortunnym skrótem myślowym, w obecnej sytuacji geopolitycznej, naznaczonej pełnoskalową wojną w Ukrainie i agresywną postawą Rosji, mają one ogromne znaczenie. Bezpieczeństwo wschodniej flanki NATO opiera się nie tylko na potencjale militarnym, ale przede wszystkim na jedności, zaufaniu i pewności, że zobowiązania sojusznicze zostaną bezwzględnie dotrzymane. Wypowiedzi sugerujące jakąkolwiek warunkowość w realizacji artykułu 5. mogą być wykorzystywane przez rosyjską propagandę do podważania spójności Sojuszu. Dla Litwy, Łotwy i Estonii, które postrzegają Polskę jako regionalnego lidera i kluczowego sojusznika, tego typu sygnały są niezwykle niepokojące. Osłabiają one poczucie bezpieczeństwa i mogą rodzić wątpliwości co do realnych gwarancji, jakie daje członkostwo w NATO.
Rosja na obecnym etapie wojny z Ukrainą czeka na to, by jedność Sojuszu została rozbita. Obecnie Rosja prowadzi wojnę hybrydową przeciwko Europie, której celem jest destabilizacja, polaryzacja i osłabienie jedności Zachodu. Przybiera ona coraz bardziej zuchwałe formy. Już nie tylko dezinformacja, ale fizyczne akty sabotażu. Tajemnicze pożary fabryk, w tym w Polsce, ataki hakerskie na sieci energetyczne i wodociągi czy drony z ładunkami wybuchowymi na lotniskach to elementy skoordynowanej kampanii mającej na celu destabilizację i osłabienie wsparcia dla Ukrainy.
Pod koniec sierpnia 2026 roku doszło do pożaru w hali produkcyjnej firmy JFG Composites w Lublinie, będącej poddostawcą dla przemysłu lotniczego. Dzień później zarejestrowano próbę podpalenia zakładów WB Electronics w Skarżysku-Kamiennej, kluczowego polskiego producenta dronów wojskowych. Charakterystyczną cechą tych operacji jest wykorzystywanie lokalnych przestępców, werbowanych przez internet i opłacanych w kryptowalutach, co utrudnia powiązanie ataków z Kremlem. W sierpniu 2026 roku w pobliżu lotniska Lipsk/Halle, kluczowego węzła logistycznego dla pomocy Ukrainie, znaleziono drona z podczepionym ładunkiem wybuchowym. Niemieckie władze oficjalnie oskarżyły Rosję o zorganizowanie tego ataku, co spotkało się z ostrą reakcją NATO i UE. Dron znajdował się w bezpośredniej bliskości ukraińskiego samolotu transportowego.
Rosji zależy na tego typu działaniach, aby podważyć skuteczność NATO. Rosyjskie służby testują obecnie, na ile mogą sobie pozwolić wobec Europy. Kraje NATO mają w teorii związane ręce, mogą wzywać ambasadorów Rosji, zamykać rosyjskie domy kultury, ograniczać personel ambasad czy zamykać media powiązane z Rosją. Wszystko to jest jednak mało skuteczne. Agenci na usługach Kremla mogą działać niemal wszędzie, a walka z niemal niewidzialnym wrogiem jest niezwykle trudna. Europa na obecnym etapie nie może sobie pozwolić na spory o to, czy będziemy walczyć za sojuszników, czy nie. Rosji właśnie na tym zależy. Jeśli tego typu wypowiedzi będzie coraz więcej, Moskwa może pokusić się o przetestowanie spójności Sojuszu, dokonując operacji przeciwko krajom bałtyckim. Gry wojenne, które są przeprowadzane na potrzeby sprawdzenia jak NATO może zadziałać od dawna pokazują, że problemem w pomocy dla krajów bałtyckich będą Stany Zjednoczone i zachodnie kraje, które niekoniecznie ruszą z pomocą. Polska jest często wyjątkiem w tych symulacjach. Całe NATO opiera się na artykule 5, który sprawia, że sojusznicy wierzą, iż przyjdą sobie nawzajem z pomocą. Jeśli ta koncepcja zostanie podważona, Sojusz straci sens i może się rozpaść. Niebezpieczne są także wypowiedzi na temat NATO ze strony naszego najpotężniejszego sojusznika – Stanów Zjednoczonych pod przywództwem Donalda Trumpa, który wielokrotnie podważał sens NATO i że nie będzie bronił sojuszników, którzy nie wydają wystarczającej ilości uzbrojenia na obronność. Nikt nam nie zagwarantuje, że jeśli w początkowej fazie potencjalnego konfliktu zaczniemy przegrywać jak w 1939 roku, to sojusznicy z NATO nie poświęcą Polski czy którego z krajów bałtyckich.
Według założeń Sojuszu atak odpierają na samym początku Siły Zbrojne RP oraz stacjonujące w Polsce siły USA i NATO. Rada Północnoatlantycka niezwłocznie rozpoczyna wtedy pilne konsultacje w ramach Artykułu 5. W dniach 2–3 najwyższe dowództwo NATO aktywuje siły szybkiego reagowania, a najlżejsze i najszybsze jednostki „szpicy” (ARF) rozpoczynają przerzut drogą powietrzną do Polski. W ciągu 10 dni na wschodnią flankę docierają główne siły pierwszego rzutu liczące do 100 000 żołnierzy, które wzmacniają obronę i stabilizują front. Do 30 dni do akcji wkraczają cięższe jednostki pancerne i zmechanizowane z drugiego rzutu, dając NATO przewagę i zdolność do skutecznego odparcia agresora. Następnie od 30 do 180 dni następuje wzmocnienie strategiczne, czyli ostatnia warstwa to co najmniej 500 000 żołnierzy, którzy stanowią rezerwę strategiczną do prowadzenia długotrwałych operacji obronnych na dużą skalę.
Poza tym na szczycie w Wilnie w 2023 roku NATO przyjęło nową generację tajnych, regionalnych planów obronnych. Są to niezwykle szczegółowe instrukcje, które precyzyjnie określają, które konkretne jednostki, z których państw mają bronić danego terytorium (np. Polski i krajów bałtyckich). Dzięki temu w razie kryzysu dowódcy nie muszą improwizować. Wiedzą, jakie siły mają do dyspozycji i jak je wykorzystać. Wiarygodność tych planów jest regularnie testowana podczas największych od czasów zimnej wojny ćwiczeń, takich jak Steadfast Defender, gdzie dziesiątki tysięcy żołnierzy ćwiczą szybki przerzut sił i sprzętu przez Atlantyk i Europę. Tym samym plany NATO opierają się na strategii obrony od pierwszego metra terytorium Sojuszu. Dzięki siłom na miejscu, nowemu modelowi reagowania i szczegółowym planom obronnym, czas realnej pomocy militarnej liczony jest w dniach, a nie tygodniach.
Jeśli Polska, największy kraj na wschodniej flance NATO, wzór w wydatkach na obronę i państwo od lat ostrzegające przed zagrożeniem rosyjskim – będzie kierować się logiką, o której mówi Mariusz Błaszczak, to w praktyce zafundujemy sobie samodzielną obronę. Tą samą logiką mogą bowiem kierować się zarówno Niemcy (nasz najbliższy i największy sojusznik w regionie), jak i Stany Zjednoczone, na które tak bardzo liczymy (szczególnie Prawo i Sprawiedliwość). Jaki interes ma Waszyngton w obronie Polski? USA są daleko. Co prawda stacjonują tu amerykańscy żołnierze i działają instalacje takie jak tarcza antyrakietowa w Redzikowie, wysunięte dowództwo V Korpusu Sił Lądowych USA w Poznaniu czy hub logistyczny w Powidzu. Wszystko to jednak w razie potrzeby można wycofać albo poświęcić w pierwszej fazie konfliktu, a następnie negocjować z Rosją, tak jak obecnie czyni Donald Trump w kontekście Ukrainy. Żadna umowa ani deklaracja nie gwarantuje nam automatycznej pomocy USA. Chcemy w to wierzyć i trzeba w to wierzyć. Jednak wypowiedzi sugerujące, że polski żołnierz ma bronić przede wszystkim Polski, sprawiają, że Amerykanie mogą kierować się dokładnie tą samą logiką o czym wielokrotnie mówił Donald Trump, mimo że o Polsce wypowiada się ciepło.
Dla kontrastu warto przytoczyć sondaż przeprowadzony przez Instytut Badań Pollster na potrzeby prezentacji podczas Warszawskich Targów Obronnych w czerwcu. Badanych zapytano: „Czy w razie ataku Rosji na któregoś z członków NATO, np. kraj bałtycki, Polska powinna wysłać swoje wojska do pomocy?”. Według wyników 64% odpowiedziało „tak”, 17% „nie”, a 19% nie miało zdania. Po wyłączeniu osób niezdecydowanych wynik jest jeszcze bardziej klarowny: 79% jest „za”, a 21% „przeciw”. Polskie społeczeństwo w zdecydowanej większości popiera więc udzielenie pomocy krajom bałtyckim lub innemu sojusznikowi w ramach NATO. To pokazuje, że jesteśmy świadomi zależności, jeśli my nie będziemy gotowi do takich deklaracji, to nasi sojusznicy tym bardziej. Zwłaszcza że Polska aspiruje do roli lidera w regionie (Międzymorze, Trójmorze). Jeśli my nie będziemy gotowi, to kto będzie? Dlatego tak istotne jest, aby polscy politycy – niezależnie od przynależności partyjnej – wysyłali w świat jednoznaczny komunikat o pełnym i bezwarunkowym przywiązaniu do traktatowych zobowiązań.