• Najnowocześniejsze samoloty w polskim lotnictwie – PZL.37 „Łoś” – miały bombardować zaplecze niemieckie.
• Użyto ich do atakowania kolumn pancernych do czego nie były przystosowane.
• Za to przestarzałe PZL.23 „Karaś” wykonały, symbolicznie, zadania „Łosiów”.
• Polskie bomby spadły na cele na Dolnym Śląsku i Prusach Wschodnich.
• 307 żołnierzy wykonało wypad na 8 km w głąb III Rzeszy bez jakichkolwiek strat w ludziach i sprzęcie.
„Karasie” wykonały zadania, które były przypisane „Łosiom”
Kontruderzenia w polskim wykonaniu (pomijając początek bitwy nad Bzurą) były przeprowadzane w bardzo ograniczonym wymiarze. Wystarczającym, by polska propaganda wojenna mogła wykorzystać te incydenty do nagłośnienia, „ku pokrzepieniu serc”. Rzecz jasna propaganda niemiecka nie wspominała o nich ani słowem.
Mieliśmy lotnictwo myśliwskie i bombowe. W obu rodzajach przestarzałe. Wyjątkiem były bombowce PZL.37 „Łoś”. W owym czasie uznawane za nowoczesne. Równoważne niemieckim Heinkel He 111. Według założeń planu „Zachód” nasze „Łosie” nie miały bombardować Berlina – jak głosi legenda – bo myśliwce PZL P.11 nie nadawały się do ich eskortowania. Były zdecydowanie wolniejsze od bombowców.
„Łosie” miały wspomagać działania aliantów na froncie zachodnim poprzez bombardowanie niemieckich węzłów komunikacyjnych, lotnisk i zaplecza frontu wschodniego.
Jak wiadomo, nie doszło do utworzenia frontu zachodniego, a „Łosie” nie atakowały terytorium III Rzeszy. Bombowców użyto w charakterze samolotów szturmowych (do czego raczej nie nadawały się), atakujących kolumny pancerne Wehrmachtu. Za to zadania, które wedle planów miały wykonać „Łosie”, stały się udziałem (równie przestarzałego co P.11) samolotu liniowego vel lekkiego bombowca PZL.23 „Karaś”.
Ta maszyna ładnie prezentowała się. Gdyby nie miała stałego podwozia, to można byłoby uwierzyć, że ma jeszcze przyszłość przed sobą. Gdy się poznało dane techniczne tej maszyny, to konkluzja była oczywista: „Karaś” swój czas miał już za sobą. Nieco ponad 300 km/h, 700 kg bomb, brak opancerzenia itd. Samolot przyjęty na stan w 1935 r., w cztery lata później nadawał się do muzeum albo do prowadzenia szkoleń.
A jednak mimo tych wad to „Karasie”, a nie „Łosie”, zrzuciły bomby na terytorium III Rzeszy.
Trudno te akcje nazwać „nalotami”. Były to raczej samotne rajdy w głąb terytorium przeciwnika.
2 września „Karasie” zaatakowały III Rzeszę w dwóch miejscach.
Bomby spadły na cele, a Niemcy byli totalnie zaskoczeni
„Karaś” ze składu 21. Eskadry Bombowej Lekkiej wystartował z lotniska w Radomiu o 4:30. Co ciekawe: w planach było tylko rozpoznanie ruchu niemieckich kolumn pancernych na odcinku Radomsko–Częstochowa. Samolot był na trasie tego lotu ostrzeliwany przez Niemców i – omyłkowo – przez polską obronę przeciwlotniczą.
Gdy udało się wyjść z ostrzału, dowódca 3-osobowej załogi, sierż. pchor. obs. Stefan Gębicki, zdecydował lecieć na zachód, na Niemcy! „Karaś” doleciał nad Ohlau (Oławę), nad hutę cynku i ołowiu – Ohlauer Werksanlagen. I tak celem wcześniej niezamierzonym stał się ten spory kompleks przemysłowy na Dolnym Śląsku, daleko za linią frontu.
Niemcy nie spodziewali się, że w głębi Rzeszy może pojawić się polskie lotnictwo. Prawdę powiedziawszy, jednemu bombowcowi było łatwiej przedrzeć się niezauważonym niż całej eskadrze. „Karaś” z niskiego lotu wzbił się na wysokość 1,4 km i z tego pułapu oraz lotu nurkowego zrzucił celnie na hutę osiem bomb, każda o wadze 50 kg. Obrona przeciwlotnicza nie zareagowała. Niemcy zaczęli gasić pożar, a powolny bombowiec zawrócił do Polski. 3 września ten sam samolot i jego załoga nie miały już takiego szczęścia. Zestrzelił go Messerschmitt Bf 109.
Osiem bomb na transport kolejowy Wehrmachtu w Neidenburgu
Również 2 września inny „Karaś”, z 41. Eskadry Liniowej, zaatakował dworzec kolejowy w Neidenburgu (Nidzicy), w Prusach Wschodnich. Wystartował z lotniska polowego Zdunowo k. Mławy o 8:50. Ten bombowiec początkowo również dokonywał rozpoznania na kierunku Olsztyn–Szczytno.
Zadanie wykonano. Gdy jednak dowódca, por. pil. Stefan Malinowski, zauważył ok. 11:00 na stacji transporty pełne wojska i sprzętu, postanowił je zaatakować. Uczynił to z lotu na niskiej wysokości, ku zaskoczeniu Niemców. Osiem bomb spadło na eszelony i obok zabudowań dworcowych.
Niemcy otworzyli ogień. „Karaś” został kilkakrotnie niegroźnie trafiony. Bez problemów wylądował w Zdunowie o 11:27. W kilka dni później fatalnie wylądował na lotnisku Zielonka pod Warszawą. Maszyna nie nadawała się do naprawy. 10 września wycofująca się obsługa lotniska spaliła ten i inne samoloty, by nie dostały się w ręce Niemców.
Te dwa incydenty wykazały, że polskie lotnictwo mogłoby skutecznie atakować terytorium wroga, gdyby tylko dysponowało nowocześniejszymi samolotami. Po tych polskich akcjach Niemcy z frontu przerzucili część sił i środków do Rzeszy dla wzmocnienia obrony przeciwlotniczej. Kolejnych ataków już nie było. Na bazie tych dwóch rajdów w polskich gazetach, po 5 września, pojawiły się informacje o „Łosiach”…. bombardujących Berlin.
Znacznie większy wymiar militarny miał rajd Wojska Polskiego na terytorium wroga, efektem którego była kilkugodzinna okupacja niemieckiej miejscowości.
Udany rajd „specoddziału” w głąb Rzeszy bez strat własnych
Tego wyczynu dokonali (2 września) żołnierze 307-osobowego pododdziału Wielkopolskiej Brygady Kawalerii. To był udany wypad na Fraustadt (Wschowę). To miasto dzieliło 20 km od polskiego Leszna i 8 km od granicy.
Dowodzący Brygadą i obroną tego odcinka pogranicza gen. Roman Abraham postanowił kontratakować. Zadanie do wykonania powierzył żołnierzom wydzielonym z 55. Poznańskiego Pułku Piechoty z Leszna, taktycznie we Wrześniu przypisanego do Wielkopolskiej Brygady Kawalerii.
Oddział, dziś powiedziałoby się: specjalnego przeznaczenia, został wsparty plutonem tankietek TKS, kilkoma samochodami pancernymi wz. 34, dwoma działami wz. 02/26 i plutonem ckm-ów. Dysponował również zwiadem motocyklowym. Był to pododdział o potencjale porównywalnym z niemieckim odpowiednikiem.
Akcja zaczęła się od przygotowania artyleryjskiego. Z armat ostrzelano koszary we Fraustadt. O 17:00 mocno zmechanizowany oddział uderzeniowy przypuścił atak na strażnicę graniczną w Geyersdorf (Dębowa Łąka / Dębowa Góra), całkowicie ją niszcząc, bez strat własnych. Zajęto wieś.
Większość z ponad 600 mieszkańców zdążyła uciec do Fraustadt. Ci, co nie zdążyli, z przerażeniem patrzyli na wkraczające Wojsko Polskie. Żołnierze przeszukali domy w poszukiwaniu ukrywających się niemieckich żołnierzy. Cywilom żadna krzywda się nie stała, co też było dla nich zaskoczeniem, bo propaganda trąbiła od dawna o „polskim okrucieństwie”.
Po kilkudziesięciu minutach wojsko ruszyło w stronę Fraustadt. Żołnierze dotarli do rogatek miasta, gdy przyszedł rozkaz wycofania się na polskie terytorium. Po drodze do Leszna oddział stoczył jeszcze bój z bojówkami V kolumny, które wzięły naszych żołnierzy za… niemieckich.
To mikrokontruderzenie zakończyło się całkowitym sukcesem. Kilkunastu zabitych lub wziętych do niewoli Niemców, kilkanaście zniszczonych niemieckich pojazdów, całkowicie zniszczona strażnica graniczna. I zero zabitych po polskiej stronie, zero rannych, zero utraconego sprzętu.
Hitlerowska propaganda przykryła milczeniem polski rajd
Polskie Radio i prasa natychmiast nagłośniły rajd jako dowód na to, że „idziemy na Berlin”. Nasza propaganda przedstawiła ten wypad jako przykład na to, że Wojsko Polskie może nie tylko bronić się, ale i atakować wroga na jego terytorium.
Armia pokazała, że jest to możliwe – i to w nieporównywalnie większym wymiarze – wchodząc 9 września z Wehrmachtem w bitwę nad Bzurą.
Jej pierwsza faza (do 12 września) była jedynym momentem w wojnie obronnej („kampania wrześniowa” to niemieckie nazewnictwo), kiedy Wojsko Polskie (dwie armie, 225 tys. żołnierzy) miało pełną inicjatywę operacyjną i zmusiło Wehrmacht do głębokiej defensywy. Problem był w tym, że w 1939 r. Polska nie mogła się obronić przed niemiecką agresją. Nawet gdyby bitwa nad Bzurą zakończyła się naszym zwycięstwem...