Czy Rosja zaatakuje NATO? Zagrożenie ze strony Rosji rośnie

W Europie narasta debata, czy Rosja zaatakuje NATO. Podczas gdy prezydent Finlandii Alexander Stubb tonuje nastroje, wskazując na siłę Sojuszu, polski premier Donald Tusk i agencje wywiadowcze biją na alarm, mówiąc o krytycznych miesiącach przed nami. Analitycy ostrzegają przed ograniczonymi atakami hybrydowymi na państwa bałtyckie, mającymi na celu przetestowanie jedności NATO. Analizujemy fakty, prognozy i potencjalne scenariusze.

Rosyjscy żołnierze w pełnym rynsztunku na tle śmigłowca. O rosnącym zagrożeniu dla NATO przeczytasz na SE Portal Obronny.
Autor: mil.ru/ Facebook Rosyjska armia
  • Prezydent Finlandii Alexander Stubb nie wierzy w bezpośredni atak Rosji na NATO, choć podkreśla konieczność przygotowania Sojuszu i jego siłę odstraszania, mimo ostrzeżeń z Berlina o możliwym ataku do 2029 roku.
  • Polska, Finlandia i kraje bałtyckie alarmują o rosnącej aktywności Rosji, w tym intensywnych działaniach hybrydowych, sabotażowych i wywiadowczych, co skłania do wzmacniania obronności i współpracy, m.in. poprzez militarne wsparcie Szwecji dla Finlandii.
  • Dyrektor CIA John Ratcliffe ostrzegł Rosję przed eskalacją konfliktu i atakiem na państwa NATO, szczególnie bałtyckie, co potwierdza realne obawy o prowokacje, mimo braku widocznej koncentracji wojsk.
  • Na froncie ukraińskim panuje patowa sytuacja, charakteryzująca się wojną dronów i ogromnymi stratami, a zdaniem ekspertów czas gra na niekorzyść Kijowa, który musi utrzymać międzynarodowe wsparcie

W kontekście narastających obaw o bezpieczeństwo Europy, głos zabrał prezydent Finlandii Alexander Stubb, który w wywiadzie dla niemieckiego dziennika „Bild” przedstawił swoją perspektywę na temat potencjalnego zagrożenia ze strony Rosji. Choć podkreślił, że Sojusz powinien być przygotowany na każdy scenariusz, wyraził sceptycyzm co do realności rosyjskiego ataku na NATO. Stubb odniósł się do niedawnych ostrzeżeń z Berlina, sugerujących, że Władimir Putin może być zdolny do ataku na terytorium NATO do 2029 roku.

„Jeśli ktokolwiek ma taką kryształową kulę - to wspaniale. Ale po prostu nie widzę na to ani dowodów, ani faktów” – skomentował fiński prezydent, dystansując się od tak konkretnych prognoz.

Jego zdaniem, bezpośredni atak na NATO przez Rosję jest mało prawdopodobny. „Nie wierzę, że Rosja kiedykolwiek chciałaby zaatakować najpotężniejszy sojusz wojskowy świata, NATO” - stwierdził Stubb, wskazując na ogromny potencjał odstraszania, jakim dysponuje Sojusz. W jego ocenie, NATO posiada imponującą siłę w postaci potencjału konwencjonalnego, rakietowego i jądrowego, co czyni atak na jego terytorium irracjonalnym z punktu widzenia jakiegokolwiek mocarstwa.

„Nie ma sensu, aby jakakolwiek mocarstwo na świecie testowała determinację tego sojuszu” – podkreślił prezydent Finlandii, sugerując, że koszty takiego przedsięwzięcia byłyby niewspółmierne do ewentualnych zysków.

Alexander Stubb wskazał również na znaczące straty, jakie Rosja ponosi obecnie na Ukrainie. „Po prostu nie mogę sobie wyobrazić, żeby nagle byli w stanie zmobilizować siły na dwa fronty” - powiedział fiński przywódca, podważając zdolność Moskwy do jednoczesnego prowadzenia działań wojennych na tak szeroką skalę. Niemniej jednak, Stubb zaznaczył, że nie należy lekceważyć rosyjskiej zdolności do przetrwania trudnych okresów gospodarczych i militarnych. „Nigdy nie należy lekceważyć zdolności Rosjan do przetrwania trudnych czasów gospodarczych” - podkreślił, jednocześnie nie spodziewając się, by Moskwa zakończyła wojnę na Ukrainie z powodu dużych strat czy problemów ekonomicznych.

Prezydent Finlandii powtórzył swój apel do Europy o wznowienie kontaktów z rządem rosyjskim, jednak z zastrzeżeniem, że Ukraina ma obecnie silniejszą pozycję niż kiedykolwiek. Kluczowe jest, aby Europa nadal wspierała Kijów, ponieważ – jak ujął Stubb – „Musimy zrozumieć, że Ukraina jest najlepszą gwarancją bezpieczeństwa, jaką mamy przed Rosją. Jeśli Ukraina przegra, przegramy i my”. To stwierdzenie jasno pokazuje strategiczne znaczenie Ukrainy dla bezpieczeństwa całego kontynentu.

Słowa prezydenta Stubba znalazły swoje uzupełnienie w wypowiedzi Antti Hakkanena, szefa fińskiego resortu obrony. Minister Hakkanen podkreślił, że Rosja wykazuje bardzo dużą aktywność pod względem wywiadu oraz innych działań, co wymaga szczególnej ostrożności, zwłaszcza jesienią. W związku z tym Finlandia wystąpiła do Szwecji o militarne wsparcie na morzu i w powietrzu. „Prośba o wsparcie militarne była negocjowana ze Szwecją w ostatnich miesiącach. Szwecja pomoże Finlandii w nadzorze regionalnym co najmniej do końca roku” – potwierdził Hakkanen w wywiadzie dla „Ilta-Sanomat”. Na mocy tego porozumienia, myśliwce Gripen będą mogły operować nad południowo-wschodnią Finlandią i Zatoką Fińską, a korwety Visby na morzu. Niewykluczone jest także udzielenie wsparcia przez szwedzkie jednostki lądowe w razie potrzeby.

W opinii ministra Hakkanena, udział wojsk Szwecji w ochronie terytorium Finlandii to znaczący historyczny krok, będący elementem przygotowania na wszelkie zakłócenia i wyjątkowe okoliczności. Nie chodzi tylko o neutralizowanie zbłąkanych dronów, które trafiają nad terytorium Finlandii zza wschodniej granicy, ale także o pogłębienie współpracy w ramach Artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego, w razie wystąpienia jakichkolwiek zdarzeń w przyszłości. Odnotowano bowiem, że w tym roku, odkąd prowadzone są intensywne ataki Ukrainy na obiekty w Rosji, kilka bezzałogowców wtargnęło nad terytorium Finlandii. Odnotowano również naruszenia przestrzeni powietrznej przez rosyjskie samoloty wojskowe.

Polska i kraje bałtyckie: Eskalacja napięć i rosyjskie plany

Polski premier Donald Tusk w piątek (28 sierpnia) wyraził poważne obawy dotyczące działań Rosji, wskazując na sygnały świadczące o przygotowaniach Moskwy do bardzo poważnej eskalacji napięcia. Podkreślił, że najbliższe siedem, osiem miesięcy będzie krytyczne dla bezpieczeństwa regionu. Tusk odniósł się do wizyty dyrektora CIA Johna Ratcliffe’a w Moskwie, która miała miejsce we wtorek. Według doniesień „Wall Street Journal” i serwisu Politico, Ratcliffe ostrzegł Rosję przed próbą ataku na państwa NATO, ze szczególnym uwzględnieniem państw bałtyckich.

Donald Tusk potwierdził, że polskie władze są w stałym kontakcie z szefostwem CIA i nie są zaskakiwane informacjami dotyczącymi działań dyrektora CIA. „Uprzedzano nas także o potrzebie pilnej rozmowy na możliwie najwyższym szczeblu polsko-amerykańskim w tej kwestii” - powiedział premier. Zaznaczył, że w kwestii bezpieczeństwa pewne informacje muszą pozostać dyskretne, ale najważniejsze sprawy nie mogą być ukrywane. Tusk przypomniał swoje wcześniejsze ostrzeżenia, wyrażone w wywiadzie dla „Financial Times”, o realnym zagrożeniu poważną prowokacją lub nawet ograniczonym atakiem Rosji na któreś z państw Traktatu. „I usłyszałem od wielu komentatorów, że Tusk zwariował” - mówił szef rządu, podkreślając, że dziś nikt już nie ma wątpliwości co do powagi sytuacji.

Premier wskazał, że sygnały o przygotowaniach Rosji do eskalacji napięcia są znane od wielu tygodni i dotyczą zarówno wojny z Ukrainą, jak i całego regionu. Według niego, jesień i zima mają być kluczowe dla Rosji. Tusk wspomniał o technikach rozpoznawania takich akcji, jak przygotowania do mobilizacji.

„W dość obiektywnych ocenach różnych służb Rosjanie chcą zmobilizować 600 tys. żołnierzy. W sytuacji gospodarczej Rosji to jest gigantyczne przedsięwzięcie. Jak się domyślacie, oni mają być zmobilizowani nie dla akcji pokojowych” - alarmował szef rządu, jasno sugerując agresywne zamiary Moskwy.

Donald Tusk podkreślił, że wojna ukraińsko-rosyjska jest w punkcie zwrotnym, z dynamicznie zmieniającą się sytuacją, gdzie „któregoś dnia czujemy, że Ukraina zdobywa pewną strategiczną przewagę, dwa dni później okazuje się, że ryzyka jednak przegrania tej wojny są także bardzo realne”. W tej sytuacji, kluczową rolę ma odegrać ścisła integracja w ramach NATO, szczególnie między Europą, Stanami Zjednoczonymi i Polską. Premier zapewnił, że Polska będzie robić wszystko, aby NATO było faktyczne, a nie tylko na papierze, i jest zdecydowanym zwolennikiem zasady „jeden ze wszystkich, wszyscy za jednego”.

Wypowiedź Tuska jasno określa polskie stanowisko w przypadku ataku na państwa bałtyckie.

„Gdyby Rosja zdecydowała się na zaatakowanie Estonii, to bylibyśmy kompletnie pozbawieni wyobraźni, szczególnie my Polacy, gdybyśmy powiedzieli, że na wszelki wypadek nie reagujemy. My musimy być w czołówce tych wszystkich, którzy będą mobilizowali NATO do natychmiastowych i twardych odpowiedzi, bo inaczej my będziemy następni w kolejce” - stwierdził premier, podkreślając konieczność jedności i zdecydowanej reakcji Sojuszu.

Łotewska agencja wywiadowcza SAB w swojej ocenie również zwróciła uwagę na rosnące zagrożenie ze strony Rosji. Choć obecnie nie stwarza ona bezpośredniego zagrożenia wojskowego dla Łotwy, istnieją przesłanki świadczące o długoterminowych planach agresji. SAB ostrzegła, że Moskwa postrzega Łotwę podobnie jak Ukrainę przed inwazją. Analiza wskazuje, że w otoczeniu rosyjskiego przywódcy Władimira Putina wciąż dominuje zniekształcona ocena zagrożeń, co sprzyja rosnącej izolacji kremlowskiej elity i braku wewnętrznej krytyki. W efekcie, stosunek Rosji do państw Zachodu, w tym Łotwy, staje się coraz bardziej agresywny. Zdaniem analityków służb, może to z czasem skłonić Moskwę do bardziej agresywnych kroków, znacząco podnosząc poziom zagrożenia dla całej Europy.

Mimo że bezpośrednie ryzyko militarne pozostaje niskie, łotewski wywiad zwrócił uwagę na wyraźne zaostrzenie wrogiej retoryki i działań informacyjnych. Jako przykład podano bezpodstawne oskarżenia pod adresem Rygi z maja o rzekomy udział Łotwy w atakach ukraińskich dronów na terytorium Rosji, a także dezinformację wokół kontroli znajomości języka państwowego na Łotwie. W ocenie SAB, nasilenie rosyjskich ataków hybrydowych, wynikające m.in. z rosnących problemów gospodarczych w Rosji, stanowi próbę wywarcia presji na Łotwę i jej sojuszników w NATO, by skłonić ich do ograniczenia wsparcia dla walczącej Ukrainy.

Doniesienia o rosnącym zagrożeniu dla państw bałtyckich zbiegły się w czasie z wizytą dyrektora CIA Johna Ratcliffe’a w Moskwie. Instytut Studiów nad Wojną (ISW) ocenił, powołując się na ostrzeżenia wywiadu USA, że Rosja może przygotowywać w niedalekiej przyszłości akt agresji przeciw jednemu z państw NATO, aby doprowadzić do paraliżu decyzyjnego Sojuszu i podważyć Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Według analityków amerykańskiego think tanku, ewentualna rosyjska agresja nie będzie miała charakteru pełnoskalowej inwazji konwencjonalnej na wzór tej na Ukrainie. Moskwa może jednak zdecydować się na punktowe uderzenia rakietowe, atak dronowy lub wtargnięcie sił lądowych na ograniczoną skalę, wymierzone szczególnie w Estonię, Łotwę lub Litwę. Portal Politico, powołując się na dwa źródła zbliżone do sprawy, potwierdził, że Ratcliffe ostrzegł rosyjskie władze przed działaniami eskalacyjnymi i atakiem na państwa NATO, ze szczególnym uwzględnieniem Litwy, Łotwy i Estonii. ISW ocenił, że pilny charakter wizyty świadczył o realnym i bliskim niebezpieczeństwie.

Analitycy wojskowi ISW poinformowali, że „nie zaobserwowali żadnych dowodów na wielkoskalową koncentrację (przyp. red. wojsk) w obszarze przy granicy Rosji z państwami bałtyckimi”, w przeciwieństwie do sytuacji obserwowanej na przełomie 2021 i 2022 roku przy granicy Rosji z Ukrainą. „Przedstawiciele estońskich i łotewskich władz przekazali, że ich ocena zagrożenia ze strony Rosji nie uległa zmianie, co sugeruje, że kraje bałtyckie również nie zaobserwowały koncentracji sił rosyjskich u swoich granic” – czytamy w raporcie ISW. Jednocześnie eksperci think tanku uznali, że „Rosja mogłaby przeprowadzić ataki na cele w krajach bałtyckich lub ograniczoną inwazję lądową z użyciem niewielkich sił”. Tego rodzaju atak niekoniecznie wymagałby dużej, widocznej koncentracji sił zbrojnych, a zatem nie generowałby wskaźników, które analitycy zaobserwowali w 2021 r.

Hybrydowa wojna i sabotaż: Rosyjskie działania poniżej progu konfliktu

Litwa, Łotwa i Estonia są celem rosyjskich ataków hybrydowych od rozpoczęcia przez Rosję inwazji na Ukrainę w 2022 roku. Portal Frontstory.pl ujawnił w 2023 roku, że administracja przywódcy Rosji Władimira Putina sporządziła jesienią 2021 roku dokumenty strategiczne dotyczące krajów bałtyckich. Dla każdego z nich przygotowano dwa opracowania definiujące cele Rosji, w tym polityczno-wojskowe, gospodarcze i społeczne, oraz identyfikujące zagrożenia dla ich realizacji w perspektywie krótkoterminowej (do 2022 r.), średnioterminowej (do 2025 r.) i długoterminowej (do 2030 r.). Według Frontstory, Rosja planowała m.in. osłabić kraje bałtyckie poprzez propagowanie nastrojów antynatowskich za pośrednictwem prorosyjskich kanałów na komunikatorze Telegram. Jednocześnie promowała kulturę rosyjską, szczególnie w Estonii i Łotwie, gdzie rosyjska mniejszość stanowi 20-25 proc. społeczeństwa. Moskwa zamierzała również wpływać na elity gospodarcze w tych krajach, oferując im dostęp do rosyjskiego rynku w zamian za działania na rzecz zmiany polityki rządów w regionie. Rosyjski plan wobec Litwy skupiony był przede wszystkim na celach wojskowych, w tym na zmniejszeniu liczebności sił NATO w regionie oraz zablokowaniu wsparcia Wilna dla antykremlowskiej opozycji w Rosji.

Polski Instytut Spraw Międzynarodowych (PISM) opublikował w maju „Białą Księgę rosyjskich ataków sabotażu i dywersji wobec członków Rady Państw Morza Bałtyckiego”. Dokument ten obejmuje incydenty wymierzone m.in. w kraje bałtyckie. Ustalono, że spośród 151 aktów sabotażu przeprowadzonych na terytorium UE na zlecenie Rosji od 2022 roku do wiosny 2026 roku, 15 doszło na Litwie, 11 w Estonii i pięć na Łotwie. W Polsce odnotowano w tym czasie 31 takich incydentów. Rosyjskie działania hybrydowe obejmowały ataki na infrastrukturę krytyczną, naruszanie granic morskich i powietrznych oraz zakłócanie sygnałów radiowych i satelitarnych, co paraliżowało żeglugę i sektor lotniczy.

Analitycy PISM ustalili, że od 2022 roku na Morzu Bałtyckim odnotowano dziewięć aktów sabotażu wymierzonych w podmorską infrastrukturę energetyczną i komunikacyjną; część z nich przypisano rosyjskiej flocie cieni oraz chińskim statkom. Po ataku na kabel energetyczny łączący Estonię z Finlandią w grudniu 2024 roku, NATO uruchomiło operację Bałtycka Straż (Baltic Sentry), obejmującą monitoring i ochronę kluczowej infrastruktury krytycznej na Bałtyku. Równolegle Rosja nasiliła agresywne działania hybrydowe na lądzie, rekrutując przez internet amatorów do przeprowadzania aktów wandalizmu i terroryzmu. Przykładem takich działań była seria powiązanych ze sobą akcji w maju 2024 roku, obejmująca podpalenie sklepu IKEA w Wilnie, pożar hali przy ul. Marywilskiej w Warszawie oraz udaremniony atak na sklep IKEA w Rydze. Moskwa sięgnęła też po otwartą przemoc polityczną, czego przejawem było m.in. zdewastowanie samochodu estońskiego ministra MSW Lauriego Laeaenemetsa w 2023 roku i brutalne pobicie na Litwie rosyjskiego opozycjonisty Leonida Wołkowa, byłego bliskiego współpracownika Aleksieja Nawalnego, w 2024 roku.

Autorzy „Białej Księgi” poinformowali, powołując się na dane serwisu gpsjam.org, że od 1 marca 2022 roku do 31 marca bieżącego roku w regionie Bałtyku dochodziło do masowych zakłóceń globalnego systemu nawigacji satelitarnej (GNSS), w tym na Łotwie odnotowano ich 1055, w Estonii - 1041 oraz na Litwie - 997. Region zmagał się również z poważnymi naruszeniami przestrzeni powietrznej przez stronę rosyjską. Należały do nich m.in. nasilające się w 2025 roku prowokacje z użyciem balonów przemytniczych na Litwie, rozbicie rosyjskiego drona typu Shahed na Łotwie w 2024 roku oraz ponad dziesięciominutowy przelot trzech uzbrojonych, rosyjskich myśliwców MiG-31 nad Estonią w 2025 roku.

W ostatnich latach kraje bałtyckie intensywnie wzmacniały ochronę swoich granic z Rosją i Białorusią. Do końca bieżącego roku Estonia planuje ukończyć w 90 proc. infrastrukturę obronną na liczącej około 340 km granicy z Rosją. Łotwa zabezpieczyła już ogrodzeniem granicę lądową z tym krajem, w tym ponad 280 km z Rosją i 160 km z Białorusią. Litwa, która nie graniczy bezpośrednio z Rosją, ale z jej enklawą – obwodem królewieckim – wyposażyła ten ponad 270-kilometrowy odcinek granicy w system monitoringu. Z powodu ograniczeń demograficznych i budżetowych, kraje bałtyckie posiadają niewielkie siły zbrojne. Ich marynarki wojenne ograniczają się do łodzi patrolowych i niszczycieli min, nie dysponują też własnym lotnictwem bojowym ani systemami obrony przeciwrakietowej dalekiego zasięgu (np. Patriot). Z tego powodu ochrona ich nieba zależy przede wszystkim od misji NATO Baltic Air Policing. Lokalny przemysł obronny skupia się na dronach, robotyce i cyberbezpieczeństwie, podczas gdy ciężki sprzęt jest kupowany za granicą. Wyjątkiem jest Litwa, która w 2024 roku zakupiła 44 czołgi Leopard 2 z planem uruchomienia ich montażu w Kownie w latach 2028–2030, co ma pozwolić na sformowanie pierwszej w historii kraju dywizji pancernej. Litwa, Łotwa i Estonia dzielą wspólną historię, w 2004 roku wspólnie wstąpiły do UE i NATO, należą do strefy Schengen i posługują się walutą euro. Łącznie zamieszkuje je około 6 milionów ludzi.

Thomas Wright, były dyrektor ds. planowania strategicznego w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego USA, skomentował doniesienia o rosnącej skłonności Rosji do użycia broni jądrowej, nazywając je „retoryką mającą zastraszyć Zachód”. Zaznaczył jednak, że nie należy lekceważyć zagrożenia eskalacją przeciwko NATO. Wright odniósł się do doniesień Bloomberga o rosnącej skłonności Rosji do użycia broni jądrowej. Agencja podała, powołując się na rosyjskie źródła, że Moskwa przygotowuje się do eskalacji ataków na Ukrainę, a wśród rosyjskich elit rośnie poparcie dla użycia taktycznej broni atomowej. „Rosjanie przekazali Bloombergowi w Moskwie, że jest taka możliwość, bo chcieli nas zaniepokoić, wywołać obawę, że sytuacja wymknie się spod kontroli” - ocenił Wright w rozmowie z PAP, uznając to za mało prawdopodobne.

Były urzędnik amerykańskiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego oraz analityk think tanku Brookings Institution przeciwstawił obecną sytuację tej z jesieni 2022 roku, kiedy to – jak powiedział – władze USA miały informacje wywiadowcze mówiące o przygotowaniach Rosji do takiego ataku. „Wtedy mieliśmy bardzo konkretne informacje, które przez pewien czas poważnie nas niepokoiły. Były powiązane z możliwością załamania się rosyjskich linii frontu w Ukrainie” – powiedział. W takim scenariuszu użycie taktycznej broni jądrowej mogło być postrzegane przez Moskwę jako sposób na zamrożenie linii frontu i całego konfliktu. „Nie sądzę, by taka sytuacja istniała dzisiaj” – dodał rozmówca PAP, zastrzegając, że nie ma już dostępu do informacji niejawnych. „O ile wiem, administracja (USA) nie mówi, że posiada takie informacje. Jest to więc tak naprawdę tylko retoryka (przpy. red. ze strony Rosji) i spekulowanie, nie traktowałbym tego zbyt poważnie” - dodał.

Zdaniem Wrighta, realne jest jednak niebezpieczeństwo, że w Moskwie rosną skłonności, by przetestować i „złamać” NATO. To według niego był główny powód niedawnej wizyty dyrektora CIA Johna Ratcliffe'a w Moskwie. Ekspert nie zgodził się ze słowami prezydenta USA Donalda Trumpa, że wizyta ta miała „na wpół rutynowy” charakter. Przypomniał, że poprzednia wizyta szefa CIA w Rosji odbyła się pod koniec 2021 roku, a ówczesny dyrektor Agencji William Burns ostrzegał Rosję przed realizacją planów inwazji na Ukrainę. Ekspert ocenił, że choć sytuacja nie jest obecnie tak dramatyczna, jak w tamtym czasie, to „wygląda na to, że coś dało (amerykańskiej) administracji powód do niepokoju”. Rozmówca PAP pozytywnie odniósł się do doniesień, że Ratcliffe ostrzegł Rosję przed atakami na NATO. Zdaniem amerykańskiego analityka, Kreml próbuje przede wszystkim wystawić rachunek europejskim partnerom Ukrainy, zwłaszcza za wsparcie przeprowadzanych przez nią uderzeń dalekiego zasięgu. „(Rosjanie) czują, że mogą bezkarnie prowadzić działania poniżej progu wojny, bo nie widzą, by ktoś, w szczególności Stany Zjednoczone, narzucał im (za to) poważne koszty” – powiedział. „Eskalują na tym froncie od miesięcy”. Następnym krokiem w eskalacji mógłby być poważniejszy atak przeciwko krajom bałtyckim - ocenił Wright. „Jeśli takie zagrożenie istnieje, to będzie chodziło raczej o przetestowanie NATO, o stwierdzenie, że Sojusz nie zdaje egzaminu, i o próbę złamania go w jakiś sposób” – dodał.

Wright przekonywał, że właśnie dlatego ostrzeżenie pod adresem Rosji leżało w interesie samego Donalda Trumpa, niezależnie od jego stosunku do NATO. Atak na NATO byłby dla amerykańskiego prezydenta „ogromnym kłopotem”. „Nawet jeśli stosunkowo mało interesuje go bezpieczeństwo Europy, to mogę sobie wyobrazić, że powiedział: »postarajmy się, żeby do tego nie doszło«” – powiedział, dodając, że lepiej jest zapobiegać niż leczyć. Dotychczasowe medialne doniesienia o celu wizyty Ratcliffe'a w Moskwie były rozbieżne. „Wall Street Journal” i portal Politico podały, że chodziło o ostrzeżenie Rosji przed ewentualnym atakiem na kraje bałtyckie. Dzień później „New York Times” podał z kolei, że chodziło o wezwanie do zakończenia wojny w Ukrainie i przekazanie Moskwie ponurej oceny jej sytuacji. Zdaniem Wrighta, te wersje nie muszą się wykluczać.

„Jest prawdopodobne, że (Amerykanie) przekazali jakiegoś rodzaju ostrzeżenie w sprawie rosyjskiej agresji (...) a jednocześnie wygląda na to, że chcieli otworzyć kanał komunikacji między Ratcliffe'em a jego odpowiednikiem, być może po to, by sprawdzić, czy da się przejść do negocjacji” - ocenił. Nie wykluczył jednocześnie, że rozmowy w Moskwie dotyczyły Iranu. Donald Trump odmówił skomentowania sprawy, ale ocenił, że Rosja nie zaatakuje NATO. „Odbyłem z nim (przyp. red. przywódcą Rosji Władimirem Putinem) dobre rozmowy. Nie będzie atakował terytorium NATO” - zapewnił.

Impas na froncie ukraińskim a szersze konsekwencje

Sytuacja na froncie w wojnie rosyjsko-ukraińskiej pozostaje patowa od blisko czterech lat i nic nie wskazuje na to, aby w najbliższych miesiącach mogło się to zmienić. Obecnie żadna ze stron nie ma przewagi, która pozwoliłaby na odniesienie zwycięstwa. Linia frontu w wojnie Ukrainy z Rosją pozostaje ustabilizowana od przełomu 2022 i 2023 roku. Ostatnią dużą operacją manewrową, skutkującą istotnymi zmianami terytorialnymi, była ofensywa armii ukraińskiej późnym latem i jesienią 2022 roku. Udało się wówczas odzyskać kontrolę nad większością obwodu charkowskiego oraz nad częścią obwodu chersońskiego wraz z miastem Chersoń, które zostało wyzwolone przez Ukraińców 11 listopada 2022 roku. Wówczas front ustabilizował się na linii Dniepru i również obecnie przebiega przez obwody chersoński, zaporoski, doniecki, a także wzdłuż granicy obwodów charkowskiego i ługańskiego. Rosja podjęła próby ofensywy także w obwodach sumskim i charkowskim, jednak nie przyniosły one większych sukcesów.

Od początku 2023 roku (gdy Rosjanie ostatecznie zajęli Bachmut po ponad półrocznych walkach) strona ukraińska utraciła kontrolę nad kilkoma ośrodkami miejskimi, m.in. nad Hulajpolem, Awdijiwką, Pokrowskiem i Wołczańskiem. W tym czasie wyzwoliła jednak Kupiańsk w obwodzie charkowskim i odzyskała kontrolę nad fragmentami obwodu zaporoskiego. Przez ponad sześć miesięcy (na przełomie 2024 i 2025 roku) walki toczyły się także na terytorium Rosji, w obwodzie kurskim. Omawiane działania oznaczały przesunięcia linii frontu na odległość kilku-kilkunastu kilometrów w zależności od odcinka i na korzyść jednej lub drugiej strony. Każda z tych zmian – zwłaszcza dla strony rosyjskiej – oznaczała straty ludzkie i sprzętowe o trudnej do wyobrażenia skali – nawet 50-100 tys. zabitych w jednej bitwie. Jak wynika z danych strony ukraińskiej, do 27 sierpnia 2026 roku Rosja straciła łącznie 1,5 mln żołnierzy (zabitych, rannych, jeńców, itd.). W 2026 roku straty rosyjskie, co potwierdzają też dane zachodnich służb wywiadowczych, wynoszą średnio około 35-40 tys. żołnierzy miesięcznie z tendencją do stopniowego wzrostu.

Równolegle, żadna z tych zmian w zakresie kontroli nad terytorium nie miała wpływu na zdolność którejkolwiek ze stron do dalszego prowadzenia wojny. Nawet przy założeniu, że rosyjska armia zajmie część Donbasu pozostającą obecnie w rękach ukraińskich (z głównymi miastami tego regionu – Słowiańskiem i Kramatorskiem), nie doszłoby do nagłego i poważnego załamania ukraińskich zdolności do dalszej obrony. Scenariusz opanowania przez Rosjan reszty Donbasu, choć realny, może wydarzyć się najwcześniej za kilka lub – co bardziej prawdopodobne – kilkanaście miesięcy. Obecnie najcięższe walki toczą się o miasto Konstantynówka w obwodzie donieckim. „Tej wojny nie wygrywa żadna ze stron. Obie są zbyt słabe, by pokonać przeciwnika i zarazem zbyt silne, by zostać pokonanym” – przyznał w rozmowie z PAP Marcin Ogdowski, dziennikarz redakcji „Polski Zbrojnej”.

Co bardzo istotne, zmienił się charakter wojny: o ile w jej pierwszym etapie, który miał charakter manewrowy, dominowały czołgi i artyleria, o tyle, począwszy od przełomu 2023 i 2024 roku, gdy konflikt przeszedł w fazę pozycyjną (zyskując formę zbliżoną do walk z okresu I wojny światowej), coraz większą rolę zaczęły odgrywać drony: najpierw działające w powietrzu, następnie także drony morskie i lądowe. Ich masowe zastosowanie pozwoliło stronie ukraińskiej na częściowe zniwelowanie rosyjskiej przewagi ludzkiej i sprzętowej. Początkowo armia rosyjska nie była przygotowana na tę sytuację, co przełożyło się na ciężkie straty. Z czasem zaczęła jednak nadrabiać zaległości i wprowadzać do działań własne bezzałogowce. W 2025 i 2026 roku wojna rosyjsko-ukraińska stała się faktycznie symetryczną wojną dronów, a klasyczną linię frontu zastąpiła tzw. strefa śmierci – obszar rozciągający się na kilkanaście kilometrów od linii rozgraniczenia wojsk, gdzie działają bezzałogowce, a prowadzenie działań przez żołnierzy jest skrajnie utrudnione i niebezpieczne. Jak wynika z danych strony ukraińskiej, 80 proc. zadawanych armii rosyjskiej strat w ludziach wynika z użycia bezzałogowców, zwłaszcza niewielkich dronów FPV.

Pod względem posiadanego potencjału Rosja jest stroną, która ma przewagę w tym konflikcie: posiada większe zasoby, zarówno wojskowe (także mobilizacyjne, tzn. jest w stanie powołać do służby wojskowej i wysłać na front więcej żołnierzy, ze względu na większą liczbę ludności), jak i materiałowe, gospodarcze i finansowe. Korzysta także ze wsparcia krajów takich jak Chiny, Iran czy Korea Północna. Ukraina jest, co prawda, państwem o mniejszym potencjale, ale od początku wojny może liczyć na szerokie wsparcie sojuszników, głównie krajów Unii Europejskiej i USA. Posiada także własne rozbudowane zdolności adaptacji i wdrażania innowacyjnych rozwiązań, które są w stanie częściowo równoważyć rosyjskie atuty. Efektem tego jest względna równowaga sił, skutkująca patową sytuacją na froncie i pozycyjnym charakterem konfliktu. Mimo tego, czas gra na niekorzyść Kijowa. „To klasyczny impas, dla którego rozwiązaniem jest albo zakończyć wojnę »tu i teraz«, albo w niej trwać z nadzieją, że przeciwnik wykrwawi się jako pierwszy. Druga z tych strategii jest właśnie realizowana przez Rosjan” – ocenił Ogdowski.

Rosja cały czas liczy na to, że uda się jej zadać na tyle duże straty na ukraińskim zapleczu (zwłaszcza infrastrukturze krytycznej, w tym energetycznej, kluczowej dla funkcjonowania społeczeństwa), że doprowadzi to do zmiany nastrojów społecznych w Ukrainie i nacisków na rządzących w Kijowie, a to z kolei będzie skutkowało zakończeniem wojny. „Ukraina wciąż ma »wszelkie szanse« na zwycięstwo, ale pilnie potrzebuje planu zakończenia wojny” – powiedział w jednym z wywiadów w sierpniu tego roku były minister obrony Ukrainy, Mychajło Fedorow. Faktycznie, każdy miesiąc konfliktu powoduje straty dużo bardziej dolegliwe dla Kijowa niż te, które strona ukraińska ma szansę zadać Rosji. Równocześnie, Ukraina powinna dążyć do wypracowania warunków zawieszenia broni możliwych do przyjęcia przez własne społeczeństwo i nie wpływających w istotny sposób na podmiotowość państwa, zwłaszcza w polityce obronnej i zagranicznej. Aktualnie szanse na odzyskanie kontroli nad całością terytorium zajętego po 2014 roku przez Rosję są minimalne – równolegle jednak Ukraina nie może uznać rosyjskich zdobyczy bez tworzenia niebezpiecznego precedensu międzynarodowego. Kijów, dysponując mniejszym potencjałem, musi dążyć do doprowadzenia do sytuacji, w której będzie w stanie wypracować rozwiązania nie tylko pozwalające (jak dotąd) na niwelowanie rosyjskiej przewagi, ale też na osiągnięcie – przynajmniej częściowej lub sektorowej – przewagi, zarówno na polu walki, jak i w obszarze zabezpieczenia własnego zaplecza oraz ludności cywilnej i jednoczesnego utrzymania zdolności dalszego prowadzenia wojny. Kombinacja tych czynników powinna – w założeniu – doprowadzić do stworzenia sytuacji, w której dla Rosji dalsze prowadzenie wojny będzie nieopłacalne. Kluczową kwestią dla ukraińskich władz pozostaje także utrzymanie szerokiego wsparcia międzynarodowego, jeśli chodzi o pomoc wojskową, gospodarczą i finansową.

Alfaber Millera - R jak Rosja