- USA planuje znacząco ograniczyć swój wkład wojskowy w NATO: Wysoki urzędnik Pentagonu poinformował sojuszników w Brukseli o planach redukcji kluczowych zdolności, takich jak myśliwce, okręty wojenne, drony i strategiczne bombowce, w ramach „Nato Force Model”.
- Europejczycy mają samodzielnie wypełnić powstałe luki: Waszyngton oczekuje, że państwa europejskie przejmą konwencjonalną obronę kontynentu i przedstawią konkretne oferty uzupełnienia braków do początku czerwca.
- Zmiana wynika z nacisku na „burden shifting” i zagrożenia w Indo-Pacyfiku: USA dążą do nowego podziału obciążeń, argumentując zwiększonymi wydatkami obronnymi Europy i potrzebą skupienia się na potencjalnym konflikcie z Chinami o Tajwan do 2027 roku.
- Redukcja oznacza "zmianę epoki" w NATO: Choć USA utrzymają odstraszanie nuklearne, Europa ma wziąć na siebie większość obrony konwencjonalnej, co wywiera ogromną presję na sojuszników.
Informacje, które pod koniec ubiegłego tygodnia przedstawił w kwaterze głównej NATO wysoki rangą urzędnik Pentagonu, Alexander Velez-Green, wywołały konsternację wśród europejskich dyplomatów. Choć spodziewano się pewnych korekt w amerykańskim zaangażowaniu, nikt nie przewidywał tak radykalnych kroków. Plany administracji prezydenta Donalda Trumpa, przedstawione przez wysłannika sekretarza obrony Pete’a Hegsetha, zakładają fundamentalną zmianę w ramach tzw. „Nato Force Model” – uzgodnionego po rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2022 roku mechanizmu planowania sił.
Według doniesień „Spiegla”, Stany Zjednoczone zamierzają znacząco ograniczyć lub całkowicie wycofać ze struktur NATO kluczowe zdolności. Redukcje mają dotyczyć między innymi:
- Strategicznych bombowców zdolnych do przenoszenia broni jądrowej.
- Myśliwców bojowych, których liczba w dyspozycji NATO ma spaść nawet o jedną trzecią.
- Niszczycieli US Navy, kluczowych dla obrony morskich szlaków komunikacyjnych.
- Okrętów podwodnych, które USA nie chcą już w ogóle zgłaszać do sił Sojuszu.
- Bezzałogowych systemów rozpoznawczych (dronów), których zapewnienie ma w całości spaść na Europejczyków.
Dwa lotniskowce, które USA dotychczas zgłaszały do „Nato Force Model” na wypadek kryzysu, również nie będą łatwe do zastąpienia. Według doniesień niemieckiej gazety to nie kosmetyczne zmiany, a głęboka redefinicja roli USA w architekturze bezpieczeństwa kontynentu. Dotychczas to Waszyngton gwarantował około połowę całego potencjału wojskowego w ramach podziału obciążeń. Teraz domaga się gwałtownego przesunięcia ciężaru odpowiedzialności.
„NATO 3.0”: Nowa filozofia Waszyngtonu
Według Spiegla za decyzją Stanów Zjednoczonych stoi jasno zdefiniowana strategia, którą administracja Trumpa określa mianem „NATO 3.0”. Jej fundamentem jest przekonanie, że europejscy sojusznicy, po latach zwiększania wydatków na obronność, są już w stanie samodzielnie zapewnić sobie obronę konwencjonalną. USA zamierzają utrzymać swoje zaangażowanie w ramach odstraszania nuklearnego w Europie, ale chcą odzyskać elastyczność w dysponowaniu siłami konwencjonalnymi.
Amerykański przekaz jest jednoznaczny: redukcja jest krokiem „realistycznym i odpowiedzialnym”. Sojusznicy, którzy pod presją Waszyngtonu na szczycie w Hadze w 2024 roku zobowiązali się do podniesienia wydatków obronnych do 5% PKB, muszą teraz udowodnić, że te inwestycje przekładają się na realne zdolności. Jak stwierdził wysłannik Pentagonu, USA są gotowe do ścisłej współpracy z tymi partnerami, którzy szybko podejmą działania, co część uczestników spotkania zinterpretowała jako zawoalowaną groźbę.
Geopolityczny zwrot: Priorytetem staje się region Indo-Pacyfiku
Decyzja o ograniczeniu zaangażowania w Europie nie jest podyktowana wyłącznie chęcią zmuszenia sojuszników do większych inwestycji. To przede wszystkim efekt globalnego przesunięcia strategicznych priorytetów USA. Sekretarz stanu i doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Marco Rubio podczas niedawnego spotkania w Szwecji jasno wskazał, że Waszyngton musi być gotowy na potencjalny konflikt na dwóch frontach, a kluczowym teatrem działań staje się region Indo-Pacyfiku.
Amerykańskie służby wywiadowcze od dawna wskazują rok 2027 jako kluczową datę, do której Chiny mogą osiągnąć zdolność do przeprowadzenia inwazji na Tajwan. W obliczu takiego zagrożenia Stany Zjednoczone nie chcą, aby ich najnowocześniejsze okręty, samoloty i drony były formalnie „przypisane” do struktur NATO w Europie, co ograniczałoby swobodę ich użycia w Azji. Redukcja zobowiązań w ramach „Nato Force Model” ma dać Pentagonowi niezbędną elastyczność.
Polecany artykuł:
Europa pod presją. Co to oznacza dla Polski?
Czasu na reakcję jest bardzo mało. Już na początku czerwca 2025 roku, podczas konferencji „Force Sourcing Conference”, USA oczekują od europejskich państw konkretnych ofert, które kraje i w jakim zakresie są w stanie zastąpić amerykańskie zdolności. Finalne ustalenia dotyczące nowego podziału obowiązków mają zostać zaprezentowane na lipcowym szczycie NATO w Ankarze.
Dla Polski i innych krajów flanki wschodniej sytuacja jest szczególnie poważna. Choć teoretycznie lukę po amerykańskich myśliwcach można częściowo wypełnić dzięki dostawom samolotów F-35 (Polska właśnie odebrała pierwsze egzemplarze, a Niemcy oczekują na swoje w przyszłym roku), to zastąpienie strategicznych bombowców czy potęgi US Navy jest poza zasięgiem jakiegokolwiek europejskiego państwa.
Jak drażliwe są liczby podane przez doradcę Hegsetha w Brukseli, widać po reakcjach. Kwestia tych zmian nie podoba się Berlinowi. Wiadomo, że Bundeswehra przy ogólnej liczebności 185 tys. żołnierzy obecnie utrzymuje w gotowości dla Sojuszu ok. 30 tys. żołnierzy oraz około 200 myśliwców i okrętów wojennych, które w ciągu 30 dni muszą być gotowe do użycia, jeśli NATO wezwie je w sytuacji kryzysowej. Nie jest znane, jaki jest dokładny udział USA w poszczególnych kategoriach w liczbach bezwzględnych ani w stosunku do europejskich partnerów - napisał Spiegel.
Niemniej jednak, liczby z Waszyngtonu wywierają na Europejczyków ogromną presję. W niemieckim rządzie federalnym już trwają konsultacje, jak na to zareagować. Do początku czerwca europejscy partnerzy NATO muszą zdecydować, jakie własne zdolności mogą zaoferować do zamknięcia luk. W kwaterze głównej mówi się, że Waszyngton chciałby przedstawić nowe rozdzielenie obciążeń na szczycie NATO w Ankarze w lipcu. Oznacza to, że Europejczycy nie wyjdą z samymi deklaracjami intencji. Wojskowi podkreślają, że planowana redukcja nie oznacza, że USA nie wkroczą w razie potrzeby obrony Europy. W „Nato Force Model” rozróżnia się gotowość operacyjną: są wojska, do których dowódca może sięgnąć najpóźniej w ciągu 10 dni, takie, które muszą być dostępne w ciągu 10–30 dni, oraz kolejne, które muszą być gotowe w ciągu 30–180 dni.
Kierownictwo NATO, na czele z sekretarzem generalnym Markiem Rutte, stara się tonować nastroje. Rzeczniczka Sojuszu stwierdziła, że dotychczas istniała „nadmierna zależność” od USA, a obecne zmiany „wzmacniają NATO, redukując tę zależność”. Jednak za dyplomatycznymi formułkami kryje się ogromne wyzwanie. Europejscy sojusznicy muszą w trybie pilnym nie tylko zadeklarować, ale i realnie wygenerować potężne zdolności wojskowe, aby amerykański zwrot strategiczny nie stał się początkiem końca wiarygodnej obrony kontynentu. Niemiecki rząd na razie odmawia komentarza w sprawie tajnych ustaleń, co tylko potęguje wrażenie niepewności, jaka zapanowała w europejskich stolicach.
Koszty samodzielności Europy będą ogromne
Autorzy raportu podkreślają, że znaczące postępy są możliwe już w ciągu 3–5 lat, a pełniejsza niezależność w horyzoncie 5–10 lat. Największą przeszkodą nie są jednak pieniądze ani brak technologii, lecz przede wszystkim polityczna wola wspólnego działania i skuteczna koordynacja pomiędzy krajami.Raport proponuje praktyczny model podziału ról. Duże, strategiczne programy miałyby być prowadzone przez wiodącą czwórkę: Niemcy, Francję, Polskę i Wielką Brytanię. Inne grupy państw odpowiadałyby z kolei za specjalistyczne obszary, takie jak autonomia morska na Bałtyku i Morzu Północnym czy walka elektroniczna.
Kluczowe jest również rozwiązanie problemu ogromnego rozdrobnienia europejskiego przemysłu obronnego. Dziś Europa produkuje dziesiątki różnych typów czołgów, bojowych wozów piechoty, systemów dowodzenia i myśliwców, co drastycznie obniża efektywność. Według analiz, za każde wydane euro Europa otrzymuje o 30–40 proc. mniej realnych zdolności bojowych niż w przypadku bardziej zintegrowanego podejścia. Inne ośrodki badawcze są jeszcze bardziej ostrożne w szacunkach.
Według raportu Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych (IISS), całkowity koszt zastąpienia amerykańskiego wkładu w obronę Europy może wynieść około 1 biliona dolarów w perspektywie 25 lat. Suma ta obejmuje zarówno jednorazowe wydatki na zakup sprzętu, jak i długoterminowe koszty utrzymania, logistyki oraz personelu.
Raport podkreśla, że Europa musiałaby nie tylko nabyć setki samolotów i dziesiątki okrętów, ale również zbudować od podstaw zdolności w obszarach takich jak rozpoznanie satelitarne i wywiad we wszystkich domenach (ISR), dowodzenie i kontrola (C2) oraz wypełnić luki kadrowe na najwyższych stanowiskach dowódczych w NATO. Oddzielna analiza IISS dotycząca domeny kosmicznej wskazuje, że już ogłoszone inwestycje europejskie w wysokości co najmniej 109 miliardów dolarów do 2030 roku są niewystarczające. Osiągnięcie pełnej autonomii w kosmosie wymagałoby co najmniej dodatkowych 15 miliardów dolarów na skalowalne systemy satelitarne, zdolności wynoszenia ciężkich ładunków na orbitę i wiarygodne zdolności kontr-kosmiczne.
RAND Corporation zwraca uwagę na inny, równie ważny aspekt – skumulowany deficyt inwestycyjny. Powołując się na szacunki estońskiego Ministerstwa Obrony z 2023 roku, RAND wskazuje, że niespełnianie zobowiązań wydatkowych przez sojuszników od 2014 roku stworzyło lukę przekraczającą 950 miliardów dolarów. To pokazuje skalę wieloletnich zaniedbań, które teraz trzeba nadrobić w przyspieszonym tempie. Analiza RAND ujawnia także dramatyczne braki w konkretnych zdolnościach – Europa posiada zaledwie 5% obrony powietrznej niezbędnej do adekwatnej ochrony wschodniej flanki NATO.
Obecność wojskowa USA w Europie to nie tylko ponad 128 tysięcy żołnierzy, których zastąpienie kosztowałoby ponad 12 miliardów dolarów. To przede wszystkim zaawansowane zdolności, których Europa obecnie nie posiada na wystarczającym poziomie. Raporty wskazują na kilka krytycznych obszarów:
- Lotnictwo taktyczne: Najdroższą pozycją byłby zakup około 400 nowoczesnych samolotów bojowych.
- Obrona powietrzna i rakietowa: Konieczne byłoby pozyskanie co najmniej 24 systemów rakietowych dalekiego zasięgu ziemia-powietrze.
- Marynarka wojenna: Niezbędny byłby zakup około 20 niszczycieli zdolnych do prowadzenia zaawansowanych operacji.
- Dowodzenie, kontrola i rozpoznanie (C2/ISR): Stany Zjednoczone zapewniają dziś znaczną część natowskich zdolności w zakresie wywiadu satelitarnego, nadzoru i rozpoznania we wszystkich domenach. Zbudowanie w pełni suwerennych, europejskich systemów w tej dziedzinie to jedno z największych wyzwań.
- Logistyka i strategiczny transport: Zdolność do szybkiego przerzutu wojsk i sprzętu na duże odległości to kolejny obszar, w którym Europa jest silnie uzależniona od USA.
- Odstraszanie nuklearne: Choć Francja i Wielka Brytania posiadają własne arsenały jądrowe, nie oferują one tak kompleksowego i globalnego parasola ochronnego, jaki zapewniają Stany Zjednoczone.
Hipotetyczne wycofanie się USA zmusiłoby Europę nie tylko do zwiększenia wydatków na zbrojenia, ale również do głębokich zmian w polityce fiskalnej. Konieczność przekierowania ogromnych środków na obronność mogłaby oznaczać cięcia w innych sektorach, takich jak służba zdrowia, edukacja czy inwestycje infrastrukturalne, co bezpośrednio uderzyłoby w portfele obywateli.