Żwirkowisko – miejsce śmierci najsłynniejszych polskich lotników. Musi je zobaczyć każdy pasjonat lotnictwa

2026-05-17 10:15

Kpt. Franciszek Żwirko i inż. Stanisław Wigura tworzyli najsłynniejszą załogę w historii polskiego lotnictwa. Cała Polska zamarła, gdy zginęli w katastrofie samolotu zaledwie w kilkanaście dni po wielkim triumfie w turnieju lotniczym. Miejscem tragedii opiekują się Polacy mieszkający na Zaolziu. Ze względu na napiętą sytuację między Polską a Czechosłowacją przez dekady musieli oni walczyć z fałszowaniem historii i pokonywać wiele innych przeszkód, aby móc kultywować tradycje.

  • Z powodu przemęczenia Franciszek Żwirko opóźnił wylot do Pragi.
  • Załoga trafiła na załamanie pogody, które doprowadziło do katastrofy.
  • Pogrzeb słynnych lotników był wielką manifestacją patriotyczną.
  • Polacy z Zaolzia chcieli upamiętnić tragedię, ale przez dekady Czesi nie pozwalali czcić „sanacyjnych bohaterów”.

W Challenge Internationale des Avions de Tourisme rozegranym w 1932 r. Berlinie Żwirko i Wigura pokonali wszystkie sławy światowego lotnictwa. Co więcej - dokonali tego korzystając z krajowego samolotu RWD-6. Niezbyt znana polska konstrukcja pokonała maszyny z największych zagranicznych wytwórni lotniczych!

Dzięki radiu i gazetom lotnicy stali się prawdziwymi celebrytami. Niestety, to przyczyniło się do tragedii.

Żwirko opóźnił wylot do Pragi

Po powrocie z Berlina byli dosłownie rozrywani. Latali po Polsce, uczestniczyli w licznych spotkaniach z tłumami fanów. Było to męczące, dlatego Franciszek Żwirko postanowił o jeden dzień przełożyć lot do Pragi, gdzie Polacy mieli być honorowymi gośćmi w czasie święta czechosłowackiego lotnictwa. Planowali lecieć z Warszawy przez Kraków, Cieszyn i Brno.

- Pisały o tym gazety. Gdy więc mieszkańcy naszych okolic w sobotę po południu, 10 września 1932 r., zobaczyli dwa małe samoloty z biało-czerwonymi szachownicami, byli przekonani, że w jednym z nich są Żwirko i Wigura - relacjonuje Jan Przywara, mieszkaniec Cierlicka – niewielkiej miejscowości położonej ok. 10 km od Cieszyna, społeczny przewodnik po Żwirkowisku.

Samolot walczył z huraganem

W niedzielny poranek Zaolzie przeżyło załamanie pogody. Wiał bardzo silny wiatr i nadciągnęły ciemne chmury.

- Kilku rolników wyszło na pola, żeby uporządkować rozwiane siano. I właśnie oni, ok. godz. 8.30, usłyszeli w powietrzu mały samolot lecący od strony Cieszyna. Motor ryczał na pełnych obrotach. Leciał nisko, pod wiatr, kołysał się, wolno przesuwał się na zachód. Szybko zniknął za horyzontem – kontynuuje Jan Przywara.

Po chwili rolnicy znowu usłyszeli i zobaczyli, że samolot wraca w kierunku Cieszyna.

- Leciał bardzo nisko. Niektórzy myśleli nawet, że pilot utracił kontrolę, a maszynę porwał huragan. Motor ryczał głośno, ale pracował równo. Nad lasem od kadłuba oderwało się skrzydło. Silnik umilkł, a uszkodzona maszyna spadła w las. Tam pobiegli świadkowie – opowiada przewodnik.

Znaleźli dwa ciała lotników

Zobaczyli dwa ścięte wierzchołki drzew. Wokół pnia złamanego drzewa owinął się ogon maszyny, kilka metrów dalej leżało urwane podwozie. Oderwany silnik ze śmigłem zarył się w ziemi.

- Kilka kroków od maszyny, na leśnej ścieżce leżał zmasakrowany człowiek. Ciało drugiego lotnika odnaleziono w pobliskim zagajniku, kilkanaście metrów od samolotu. Z kurtki wysunęły się dokumenty. Był to Franciszek Żwirko. Ludzie byli w szoku, bo myśleli, że bohaterowie już wczoraj dotarli do Pragi – mówi Jan Przywara.

Na chłopskiej furmance, wysłanej słomą, zwłoki lotników przewieziono do pobliskiej kostnicy cmentarnej. Wartę honorową przy trumnach pełnili żołnierze czechosłowaccy.

Warto pamiętać, że relacje polityczne między Polską a Czechosłowacją były napięte. Ale zwycięzców Challenge traktowano jak międzynarodowych bohaterów. Stąd decyzja władz z Pragi o wojskowej asyście honorowej.

Pogrzeb jak wielka manifestacja

Informacje o katastrofie błyskawicznie dotarły do Polski. Drukowano nawet specjalne wydania gazet, które donosiły o szczegółach tragedii.

W poniedziałek, 12 września 1932 r., trumny przewieziono Cieszyna. W powietrzu, nad konduktem krążyła eskadra dziewięciu czechosłowackich samolotów wojskowych. Na moście granicznym trumny uroczyście przekazano stronie polskiej.

Specjalnym pociągiem ciała przetransportowano do Warszawy. Pociąg zatrzymywał się na większych stacjach, gdzie mieszkańcy tłumnie oddawali hołd bohaterom.

Franciszek Żwirko i Stanisław Wigura spoczęli we wspólnym grobie w Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach.

- Pogrzeb był ogromną manifestacją żałoby narodowej, chyba największą w przedwojennej historii Rzeczypospolitej. Według relacji prasy uczestniczyło w nim ok. 300 tys. ludzi – przypomina Jan Przywara.

Pierwsze prace nad budową mauzoleum

Polacy z Zaolzia postanowili upamiętnić miejsce tragedii. Komitet budowy pomnika wykupił parcelę, na której doszło do tragedii. Teren uporządkowano i ogrodzono. W środku stanął duży brzozowy krzyż ze śmigłem oraz głaz z nazwiskami lotników. W miejscach, gdzie znaleziono ciała lotników wbito drewniane krzyże.

Zakonserwowano pnie dwóch złamanych drzew, które nazwano „masztami śmierci”. Nad wejściem postawiono bramę z napisem „Żwirki i Wigury start do wieczności”.

Pierwotnie miejsce nazwano „Żwirkowicami”, z czasem „Żwirkowiskiem”.

- Wiadomo. Pilot zawsze budził większe zainteresowanie niż mechanik – wyjaśnia Jan Przywara.

W ciągu kilku lat wybudowano tam mauzoleum, a czeski rzeźbiarz wykonał posąg lotnika, którego jednak nie zdążono ustawić na Żwirkowisku. Tuż po wybuchu II wojny światowej Niemcy zniszczyli to miejsce. Nie oszczędzili nawet „masztów pamięci”. A z cegieł z rozebranego mauzoleum czeski rolnik postawił budynek w swoim gospodarstwie.

Fałszowanie lotniczej historii

Po wojnie powołano kolejny komitet budowy pomnika. Odnaleziono posąg lotnika, który w 1950 r. ustawiono na wysokim kamiennym cokole ozdobionym godłami Polski i Czechosłowacji.

Lokalne czechosłowackie władze nakazały usunąć krzyż ze śmigłem i zdecydowały, że na cokole znajdzie się dwujęzyczny napis upamiętniający nie polskich lotników, ale ofiary walki z faszyzmem za wolność i demokrację.

Po protestach strony polskiej, w 1957 r. napis zakryto tablicami z tekstem w języku polskim i czeskim upamiętniający Żwirkę i Wigurę.

„Żwirkowiskiem” opiekowali się członkowie miejscowego Koła Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego (PZKO) Cierlicko-Kościelec oraz harcerze z miejscowi drużyny ZHP imienia Żwirki i Wigury.

Pierwsza ekspozycja w „chałupce”

- Olbrzymią pracę wykonał miejscowy nauczyciel Józef Stebel. Urodził się w domu stojącym ok. 200 m. od miejsca katastrofy, był tam w dniu tragedii. Po wybuchu wojny zdemontował i ukrył deski z bramy Żwirkowiska. Zrobił z nich półki w domowej biblioteczce, na nich poukładał niemieckie książki. Tak, aby w przypadku rewizji zmylić okupantów – kontynuuje przewodnik.

W małym budynku tzw. chałupce Józef Stebel gromadził lotnicze pamiątki. Po jego śmierci żona Helena udostępniła obiekt polskiej młodzieży. W 1980 r. utworzono tam niewielką wystawę. Ponieważ ekspozycja przyciągała pasjonatów lotnictwa, trzech młodych ludzi: Józef i Jan Przywara oraz Leszek Kotula postanowili powiększyć ekspozycję. W ciągu dwóch lat odwiedziło ją ponad 2000 osób.

W 1986 r. lokalni działacze polonijni postanowili wybudować Dom Polski, w którym kultywowano by pamięć o lotnikach. Wykupiono parcele, a materiały budowlane pozyskano z rozbiórki trzech starych budynków.

Czescy komuniści nie chcieli „sanacyjnych bohaterów”

Choć wtedy Polska i Czechosłowacja formalnie były bratnimi krajami socjalistycznymi, to lokalne władze robiły co mogły, aby utrudnić budowę. Dla czeskich komunistów Żwirko i Wigura byli bowiem sanacyjnymi bohaterami, którzy nie mogli stać się wzorcami dla młodych ludzi.

Zabroniono więc zbiórki datków, gromadzenia materiałów budowlanych na miejscu inwestycji. Kiedy kolejne utrudnienia nie zrażały działaczy PZKO, lokalne władze postawiły warunek nie do spełnienia – należało pozyskać oficjalną zgodę Wydziału Propagandy Komitetu Centralnego Czeskiej Partii Komunistycznej na urządzenie Izby Tradycji Żwirki i Wigury.

Od tego uzależniono wydanie zgody na prace budowlane.

- Postanowiliśmy więc, że będziemy się starać o pozwolenie na budowę Domu Polskiego, nie wspominając o lotnikach. Nastawienie do naszej inicjatywy zmieniło się dopiero wraz z przemianami 1989 r. – kontynuuje przewodnik.

Większość prac budowlanych wykonano społecznie lub dzięki sponsorom. Ekspozycja lotnicza powstała przy wsparciu Dowództwa Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej w Warszawie.

- Dom został otwarty 10 września 1994 r. Jest to muzeum Żwirki i Wigury oraz miejsce, w którym spotyka się polska mniejszość z Zaolzia. W zależności od potrzeb dom zmienia się w teatr, kawiarenkę, restaurację, salę weselną, a nawet lokal wyborczy. Ale zawsze najważniejsze jest upamiętnienie naszych wybitnych lotników – kończy Jan Przywara.

Aby zostać profesjonalnie oprowadzonym po Żwirkowisku i zwiedzić ekspozycję, wystarczy odnaleźć stronę internetową Domu Polskiego Żwirki i Wigury i umówić się e-mailowo.

Portal Obronny SE Google News

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki