• Po udanym zamachu władzę przejąłby cywilno-wojskowy rząd odcinający się od spuścizny nazizmu.
• Nowe władze proponowałyby aliantom zachodnim wstrzymanie walk na Zachodzie, przy jednoczesnym kontynuowaniu wojny z ZSRR na Wschodzie.
• Doszłoby do wewnętrznego konfliktu; liczące Waffen-SS oraz wierni przysiędze generałowie Wehrmachtu uznaliby nowy rząd za zdrajców.
• Prezydent Roosevelt nie poszedłby na układy z Berlinem ze względu na ustalenia z Teheranu, bliskie relacje z ZSRR oraz potrzebę wsparcia Stalina w walce z Japonią.
• Paraliż wewnętrzny Rzeszy osłabiłby opór wojsk niemieckich, co pozwoliłoby Armii Czerwonej zdobyć Berlin znacznie wcześniej.
Udany zamach miałby znaczący wpływ na przebieg wojny
Historycy nie przepadają za historią alternatywną, czyli spekulowaniem „co by było, gdyby…”. Miłośnicy historii mają jednak inne podejście i chętnie tworzą hipotetyczne światy. Tym bardziej że zamach z 20 lipca i związana z nim operacja „Walkiria”, gdyby się powiodły, mogły zmienić przebieg wojny. Spójrzmy więc na ten scenariusz.
Prób zgładzenia Hitlera było ponad 40. Większość zakończyła się fiaskiem jeszcze przed fazą wykonawczą, a tylko dwie doprowadzono do końca.
Pierwszą z nich była (oficjalnie) samotna akcja stolarza Georga Elsera. Udało mu się umieścić bombę zegarową w filarze monachijskiej piwiarni Bürgerbräukeller, gdzie Hitler miał przemawiać z okazji rocznicy puczu monachijskiego. Gdyby nie zbieg okoliczności, 8 listopada 1939 r. Hitler już by nie żył – skrócił jednak przemówienie o pół godziny i wyszedł o 21:00. Dwadzieścia minut później bomba eksplodowała.
Drugą próbą, drugi sfinalizowany zamach, znacznie bardziej znany, miał miejsce 20 lipca 1944 r. Była to akcja przygotowana przez dziesiątki, jeśli nie setki wojskowych. Spiskowcy zakładali, że uda się zgładzić zarówno Hitlera, jak i Heinricha Himmlera. Reichsführer SS nie przybył jednak do Wilczego Szańca, co – jak się później okazało – miało ogromny wpływ na fiasko operacji „Walkiria”.
Ale po kolei. Najpierw w skrócie o faktach, a potem o tym, co mogłoby nastąpić, gdyby Hitler zginął.
Wykonanie zamachu powierzono von Stauffenbergowi. Był on wówczas szefem sztabu Armii Rezerwowej – komponentu Wehrmachtu przeznaczonego m.in. do tłumienia rozruchów wewnętrznych. Pułkownik został wezwany na naradę, aby przedstawić plan „Walkiria”, który w tym przypadku dotyczył tłumienia rozruchów ulicznych w III Rzeszy.
Hrabia von Stauffenberg i por. Werner von Haeften wylądowali w Rastenburgu (obecnie Kętrzyn) o godz. 10:15. Kilkanaście minut później byli już w Görlitz (obecnie Gierłoż). Narada miała rozpocząć się o godz. 12:30. Był upalny dzień, dlatego odprawę przeniesiono z betonowego bunkra do drewnianego baraku.
Stauffenbergowi nie udało się uzbroić drugiego ładunku, ale przed wybuchem opuścił salę. Gdy eksplozja wstrząsnęła barakiem, był przekonany, że Hitler tego nie przeżył. I miałby rację, gdyby nie przesunięto teczki z bombą. Tyle faktów. Zastanówmy się teraz, co mogłoby się wydarzyć, gdyby Adolf Hitler zginął 20 lipca.
Upadłaby III Rzesza, powstałaby IV Rzesza
Kanclerzem zostaje b. burmistrz Lipska Carl Friedrich Goerdeler. Nowym władzom udaje się zneutralizować Goebbelsa, Himmlera, Göringa, Keitla i innych nazistowskich notabli.
Goerdeler proponuje Zachodowi co najmniej zawieszenie broni. Jednocześnie ogłasza, że Rzesza nie zamierza kapitulować na Wschodzie. Mógłby nawet zaproponować Zachodowi jakąś formę – niekoniecznie bezpośredniego – uczestnictwa w dalszej walce z Sowietami.
Ogłoszono by koniec III Rzeszy i początek IV Rzeszy. Nowe władze odcinają się od spuścizny po Hitlerze i narodowym socjalizmie wszędzie tam, gdzie można to zrobić szybko i widowiskowo. Chcą pokazać Zachodowi, że są „dobrymi” Niemcami, którzy zamierzają prowadzić wojnę wyłącznie z ZSRR.
Alianci z zadowoleniem przyjmują deklarację zakończenia „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Jednocześnie likwidacja obozów koncentracyjnych zostaje odsunięta w czasie, ponieważ pozostają one rezerwuarem siły roboczej, choć poprawiają się warunki bytowe więźniów.
Wierni Hitlerowi nie pogodziliby się z nową rzeczywistością
Nie czekając na wynik rozmów pokojowych z USA i Wielką Brytanią, Berlin przerzuca część sił z (częściowo) zamrożonego frontu zachodniego na wschodni. Trwa już Powstanie Warszawskie. Armia Czerwona stoi nad Wisłą, a Niemcy nie dysponują siłami wystarczającymi do przeprowadzenia skutecznej kontrofensywy.
I właśnie tutaj plan nowego rządu zaczyna się rozsypywać. Dla Waffen-SS, liczącego wówczas około 500 tys. żołnierzy, nowy gabinet jest rządem zdrajców. Część tych sił uwikłałaby się w walkę domową. Pozostałe dywizje nie uznałyby jednostronnego zawieszenia broni i nadal walczyłyby zarówno z aliantami zachodnimi, jak i z Armią Czerwoną.
Cały Wehrmacht również nie zaakceptowałby zmiany władzy. Zapewne feldmarszałek Erich von Manstein powtórzyłby Stauffenbergowi to, co miał mu powiedzieć wiosną 1944 r.: „Pruscy generałowie nie wszczynają buntów”. I zapewne nie byłby jedynym wiernym tej zasadzie.
USA nie idą na układy z Berlinem, popierają Sowietów
Powstanie Warszawskie trwa. Liczy na amerykańską pomoc, ale ta nie nadchodzi, ponieważ prezydent Franklin Delano Roosevelt nie zamierza pertraktować z rządem Goerdelera i przestrzega ustaleń z konferencji w Teheranie (28 listopada – 1 grudnia 1943 r.), gdzie uzgodniono podział Europy na strefy wpływów.
Nowy rząd niemiecki nadal zachęca USA do zawarcia pokoju, szermując argumentem zagrożenia bolszewickiego. Do Roosevelta to jednak nie trafia. W jego otoczeniu działa wielu ludzi agentów sowieckich. Sam Roosevelt pozostaje pod wielkim wpływem ZSRR. Długo nie wierzy, że za zbrodnię katyńską odpowiadają Sowieci, a Stalina nazywa „wujaszkiem Joe”.
Robi to, ponieważ zależy mu na pozyskaniu ZSRR do wojny z Japonią. Takiego wsparcia Niemcy Stauffenberga i Goerdelera nie są w stanie zaoferować. Dlatego projekt nowej Rzeszy i antybolszewickiej krucjaty – nawet przy ograniczonym wsparciu Zachodu – okazuje się być mało realnym.
Wojna w Europie skończyłaby się kilka miesięcy wcześniej
Takie mogłyby być skutki udanego zamachu na Hitlera. Można zgodzić się z tezą, że wojna zakończyłaby się wcześniej.
Armia Czerwona prawdopodobnie dotarłaby do Berlina kilka miesięcy wcześniej, ponieważ potencjał obronny Rzeszy zostałby poważnie osłabiony przez walkę wewnętrzną – i to nie polityczną, lecz kinetyczną. Osłabione wojną domową Waffen-SS nie stawiałyby Armii Czerwonej tak skutecznego oporu jak w rzeczywistości.
Czy krótsza wojna oznaczałaby mniej ofiar?
W obozach koncentracyjnych zapewne tak – planowe ludobójstwo zostałoby przerwane. Na frontach jednak niekoniecznie.
W końcowym rozrachunku wielu spiskowców, person nowej władzy zasiadłoby na ławie oskarżonych. Opowiadaliby za czyny popełnione przed 20 lipca 1944 r. Zwycięzcy, a szczególnie Związek Sowiecki, nie zastosowaliby wobec nich tzw. taryfy ulgowej.
W alternatywnym scenariuszu, w którym udałoby zabić Hitlera, Niemcy poniosłyby klęskę jeszcze większą niż ta, która nastąpiła w rzeczywistości. W ogólnym rozrachunku przywódcy udanego spisku, z płk. Stauffenbergiem na czele, mogliby zostać uznani przez wielu Niemców za zdrajców. Niewykluczone, że jeszcze w latach 80. XX wieku, a może nawet i dziś, byliby postrzegani podobnie jak przez wielu Polaków postrzegany jest król Stanisław August Poniatowski...
Polecany artykuł: