Spis treści
Podczas międzynarodowych targów lotniczych Farnborough International Airshow 2026, Lockheed Martin po raz pierwszy przedstawił koncepcję pocisku PAC-3 ACE. Nowy produkt nie ma zastępować najnowocześniejszych pocisków PAC-3 MSE (Missile Segment Enhancement), lecz stanowić dla nich kosztowo efektywne uzupełnienie. W dobie konfliktów, gdzie masowo wykorzystuje się tanie drony i pociski manewrujące, używanie przeciwko nim niezwykle drogich, wyspecjalizowanych pocisków przechwytujących stało się ekonomicznie nieuzasadnione. PAC-3 ACE ma rozwiązać ten problem, oferując zrównoważone podejście do obrony powietrznej.
Jak podkreślił Frank St. John, dyrektor operacyjny Lockheed Martin w wywiadzie dla CNBC, ACE zostanie opracowany w oparciu o sprawdzoną w boju technologię PAC-3 MSE, co gwarantuje wysoką niezawodność i skraca czas wdrożenia. Według jego słów, pierwszy lot testowy PAC-3 ACE planowany jest nie wcześniej niż za 18 miesięcy, a rozpoczęcie produkcji seryjnej może nastąpić w ciągu najbliższych kilku lat. Co kluczowe, produkcja ACE będzie odbywać się na osobnej linii produkcyjnej, niezależnej od wytwarzania pocisków PAC-3 MSE.
Jest to część szerszej strategii koncernu, która zakłada ogromne inwestycje w moce produkcyjne. Frank St. John zapowiedział, że w ciągu najbliższych trzech lat firma zainwestuje 9 miliardów dolarów w rozbudowę 20 zakładów, co pozwoli potroić, a w niektórych przypadkach nawet czterokrotnie zwiększyć moce produkcyjne. Równocześnie realizowany jest kontrakt na zwiększenie produkcji samych pocisków PAC-3 MSE do 2000 sztuk rocznie do 2030 roku. W proces produkcyjny zaangażowani zostaną również dostawcy z Europy, co ma wzmocnić transatlantycką bazę przemysłową.
Kluczowe cechy i możliwości nowego pocisku
Głównym założeniem projektu PAC-3 ACE jest optymalizacja koszt-efekt, która pozwala na masowe użycie bez drastycznego obciążania budżetu. Nowy pocisk ma być inteligentnym rozwiązaniem, które pozwoli dowódcom elastycznie reagować na różnorodne zagrożenia. Najważniejszą zaletą PAC-3 ACE jest jego cena – ma kosztować o ponad połowę mniej niż pocisk PAC-3 MSE. Biorąc pod uwagę, że koszt jednego pocisku MSE waha się w granicach 4-5 milionów dolarów, szacunkowa cena ACE może wynieść od 1,5 do 2,5 miliona dolarów. Mimo znacznie niższej ceny, pocisk ma zachować około dwóch trzecich zdolności bojowych swojego droższego odpowiednika. Jego głównym przeznaczeniem będzie zwalczanie szerokiej gamy celów, takich jak: pociski manewrujące; bezzałogowe statki powietrzne (drony) i inne zagrożenia aerodynamiczne,; pociski balistyczne krótkiego i średniego zasięgu. Dzięki temu najdroższe pociski PAC-3 MSE będą mogły być rezerwowane do zwalczania najbardziej zaawansowanych i najgroźniejszych celów, takich jak hipersoniczne pociski balistyczne.
Kolejnym atutem PAC-3 ACE jest jego pełna kompatybilność z istniejącą infrastrukturą. Pocisk będzie zintegrowany z obecnym systemem uzbrojenia Patriot, w tym z wyrzutniami M903, oraz z nowoczesnym systemem dowodzenia i kontroli IBCS (Integrated Battle Command System), który stanowi serce polskiego programu obrony powietrznej "Wisła". Dzięki wykorzystaniu sprawdzonego oprogramowania i architektury PAC-3, proces rozwoju, testowania i wdrożenia ma być znacznie krótszy niż w przypadku tradycyjnych programów zbrojeniowych. System dowodzenia sam zdecyduje, który pocisk – ACE czy MSE – jest w danej sytuacji optymalnym wyborem do neutralizacji zagrożenia.
Polecany artykuł:
Przyczyny powstania PAC-3 ACE: Lekcje z nowoczesnych konfliktów
Decyzja o stworzeniu tańszego pocisku przechwytującego jest bezpośrednią reakcją na doświadczenia z wojny na Ukrainie i Bliskim Wschodzie. Konflikty te pokazały, że masowe ataki z użyciem tanich dronów i rakiet mogą szybko wyczerpać zapasy drogich pocisków obronnych. Pentagon i sojusznicy z NATO zdali sobie sprawę, że stosunek kosztów wymiany ognia jest niekorzystny – zestrzelenie drona wartego kilkadziesiąt tysięcy dolarów za pomocą pocisku za kilka milionów jest na dłuższą metę nie do utrzymania. PAC-3 ACE ma przywrócić równowagę ekonomiczną i zapewnić tzw. "głębię magazynową", czyli możliwość prowadzenia długotrwałych działań obronnych bez ryzyka szybkiego wyczerpania amunicji.
Pilna notatka z Pentagonu i ultimatum dla zbrojeniówki
Z notatki Departamentu Stanu USA, do której dotarł dziennik „Washington Post”, wynika, że koncerny zbrojeniowe dostały zaledwie 21 dni na przedstawienie planów naprawczych, by gwałtownie zwiększyły produkcję i przyspieszyły dostawy broni, w tym kluczowej amunicji, której zapasy topnieją w oczach z powodu wojny z Iranem. Sytuacja jest na tyle poważna, że staje się źródłem napięć na najwyższych szczeblach władzy.
W notatce wiceszef Pentagonu Steve Feinberg bez ogródek stwierdził: „Kilkuletnie cykle produkcyjne są niedopuszczalne. Musimy radykalnie przyśpieszyć nasze harmonogramy programowe i już teraz zwiększyć potencjał produkcyjny”. Długotrwałe procedury i ograniczone moce produkcyjne, które były wystarczające w czasach pokoju, w obliczu intensywnego konfliktu okazały się piętą achillesową.
Intensywność działań wojennych przeciwko Iranowi doprowadziła do alarmującego zużycia nowoczesnej amunicji. Dane przedstawione w analizie think tanku Centrum Badań Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS) nie pozostawiają złudzeń. Tylko w pierwszym miesiącu konfliktu siły amerykańskie wystrzeliły ponad 850 pocisków manewrujących Tomahawk, zużyto ponad 1000 sztuk pocisków do systemów Patriot i THAAD – kluczowej amunicji defensywnej – a także wykorzystano ponad 1300 taktycznych rakiet balistycznych. Skutkiem tak wysokiego zużycia jest drastyczne uszczuplenie zapasów. Według analizy CSIS w zeszłym tygodniu całkowity zapas pocisków do systemów Patriot wynosił już mniej niż 827 sztuk, podczas gdy na początku wojny było ich 2,2 tysiąca. Podobnie sytuacja wygląda z pociskami THAAD – ich liczba spadła z 452 do zaledwie 278 sztuk. Takie tempo zużycia zagraża zdolności sił USA do prowadzenia długotrwałych operacji obronnych. Prezydent Donald Trump zaprzecza, by Stany Zjednoczone kończyły się amunicją, twierdząc, że kraj dysponuje ogromnymi ilościami, a jednocześnie ostrzega przed konsekwencjami dla tych, którzy mówią o niedoborach. Przyznał jednak, że w niektórych systemach sytuacja jest nieco bardziej napięta i że dostawy napływają codziennie, choć nie podał szczegółów.
W swoim liście Feinberg zwrócił uwagę także na potrzeby wykraczające poza konflikt z Iranem, w tym komunikację satelitarną i systemy obrony powietrznej nowej generacji. Jednym z priorytetów jest program Next Generation Interceptor firmy Lockheed Martin, mający chronić Stany Zjednoczone przed międzykontynentalnymi pociskami balistycznymi. Firmy zostały poproszone o przedstawienie do końca sierpnia planów zakładających bardziej agresywne harmonogramy dostaw lub zwiększenie zdolności produkcyjnych w wskazanych kluczowych programach.
Niedostatek broni stał się źródłem poważnych napięć między prezydentem Donaldem Trumpem a kierownictwem resortu obrony. Według doniesień „Washington Post”, pod koniec lipca w Białym Domu zorganizowano pilne spotkanie. Uczestniczyli w nim kluczowi przedstawiciele rządu, w tym szefowa personelu Białego Domu Susie Wiles i sekretarz obrony Pete Hegseth, oraz liderzy największych koncernów zbrojeniowych, takich jak Lockheed Martin, Northrop Grumman i Boeing, a także firma analityczna Palantir. Głównym celem spotkania było nie tylko omówienie kryzysu, ale również wywarcie presji na przemysł, by ten aktywnie lobbował wśród kongresmenów za zwiększeniem wydatków obronnych. Administracja zdaje sobie sprawę, że bez dodatkowych, ogromnych środków finansowych, szybkie odbudowanie arsenałów i zwiększenie mocy produkcyjnych będzie niemożliwe.
Amerykański przemysł obronny znalazł się w trudnej sytuacji. Z jednej strony Pentagon domaga się natychmiastowych działań, a z drugiej strony brakuje twardych, prawnie wiążących umów. Tom Karako, ekspert z CSIS, zwraca uwagę, że niektóre firmy już teraz wydają własne pieniądze, aby sprostać żądaniom resortu obrony i zwiększyć produkcję na własne ryzyko. Problem polega na tym, że ogłaszane w ostatnich miesiącach „ramowe porozumienia” nie są kontraktami. "To obietnice porozumienia, a więc nie kontrakty. Tych nie podpisano niemal żadnych, i na tym polega problem" – powiedział Karako. Brak gwarancji finansowych ze strony rządu sprawia, że firmy boją się inwestować miliardów dolarów w rozbudowę linii produkcyjnych, które mogą okazać się niepotrzebne po zakończeniu konfliktu.
Stany Zjednoczone zmarnowały swoją przewagę strategiczną
Autorzy Nancy A. Youssef i Jonathana Lemire’a w artykule pod tytułem „Jak Stany Zjednoczone zmarnowały swoją przewagę strategiczną” na łamach The Atlantic, zwracają uwagę, że wyczerpanie kluczowych pocisków dalekiego zasięgu oraz systemów przechwytujących, takich jak Patrioty i THAAD, osiągnęło poziom uniemożliwiający skuteczne reagowanie nie tylko w obecnym teatrze działań, lecz także w potencjalnym konflikcie w Azji. Według ich relacji, żołnierze, którzy dostrzegają nadlatujące zagrożenie, mają zaledwie sekundy na decyzję: zużyć ograniczoną liczbę pocisków albo zaryzykować i mieć nadzieję, że pocisk minie cel.
Autorzy podkreślają, że mimo kontraktów na miliardy dolarów produkcja amunicji nie nadąży za potrzebami. Pentagon zawarł w tym roku kontrakty warte dziesiątki miliardów dolarów, lecz podpisanie umów nie oznacza natychmiastowych dostaw. Amunicja z tych zamówień będzie napływać przez lata, nie miesiące. Mimo inwestycji zarówno administracji Trumpa, jak i wcześniej Bidena w bazę przemysłową obronną, produkcja kluczowych systemów, takich jak Patriot, ma dopiero około 2030 roku zbliżyć się do poziomu rzeczywistego popytu. Tymczasem Iran systematycznie zwiększa wytwarzanie dronów i pocisków balistycznych oraz podnosi ich możliwości. Wojna, piszą autorzy, jest obecnie kształtowana w równym stopniu przez zaopatrzenie przemysłowe i logistykę, co przez względy ekonomiczne i kalendarz wyborczy.
Szczególnie dramatyczny fragment materiału dotyczy spotkania w Camp David. Prezydent Donald Trump usłyszał wówczas od swojego zespołu ds. bezpieczeństwa narodowego ocenę, która wywołała jego gwałtowną reakcję. Gdyby Waszyngton zdecydował się na dalsze uderzenia, Teheran najprawdopodobniej odpowiedziałby salwą rakiet i dronów skierowaną zarówno przeciw sąsiednim państwom, jak i amerykańskim bazom w regionie. Trump miał użyć ostrych słów pod adresem kierownictwa Departamentu Obrony. Choć na razie nie rozważa zmian personalnych, jego frustracja – według relacji przytoczonych przez Youssef i Lemire’a – jest coraz bardziej widoczna.
Według artykułu, prezydent nie potrafi wyjść z impasu wojny, która obciąża amerykańską gospodarkę, i desperacko szuka drogi naprzód. Jeszcze tego samego dnia na platformie Truth Social zdementował doniesienia o niedoborach, nazywając je fałszywymi, a ich autorów – zdrajcami. Producenci – twierdził – wysyłają duże ilości amunicji „według potrzeb”. Wewnętrznie jednak atmosfera jest zupełnie inna. Doradcy Białego Domu obawiają się, że Trump traci dźwignię w konflikcie. Autorzy podkreślają, że prezydent wielokrotnie groził Iranowi, lecz rzadko realizował zapowiedzi, a Teheran doskonale o tym wie. Irańczycy wiedzą także, że amerykańskie magazyny są na wyczerpaniu, niezależnie od publicznych zapewnień Hegsetha i samego prezydenta. Wojskowa dźwignia zależy nie tylko od zdolności do uderzenia, lecz także od możliwości obrony przed odwetem. Iran, korzystając z tej wiedzy, testuje determinację Waszyngtonu, między innymi poprzez ataki na statki w Cieśninie Ormuz. Biały Dom liczył na to, że sankcje i presja ekonomiczna doprowadzą reżim do stołu negocjacyjnego. Amerykańskie raporty wywiadowcze sugerują, że Iran ma poważne problemy gospodarcze, jednak odporność Teheranu zaskoczyła administrację. Waszyngton nie jest już pewien, czy reżim kiedykolwiek dojdzie do punktu, w którym negocjacje staną się jego jedyną opcją.
W ciągu pięciu miesięcy wojny prezydent – jak piszą Youssef i Lemire – nigdy nie znajdował się w tak słabej pozycji. Amerykańskie zapasy były systematycznie drenowane już wcześniej: podczas 53-dniowej kampanii przeciw Huti w Jemenie, w trakcie wspólnych z Izraelem działań przeciw Iranowi oraz w pierwszych 38 dniach obecnej wojny, kiedy wystrzelono tysiące pocisków. Korzenie problemu sięgają jednak głębiej, do okresu po zakończeniu zimnej wojny, gdy Stany Zjednoczone ograniczyły skalę i tempo produkcji amunicji, zakładając, że długie okresy pokoju pozwolą na spokojną odbudowę. Tymczasem amerykańskie siły niemal nieprzerwanie angażowały się w konflikty oparte na precyzyjnych uderzeniach rakietowych: Libię, Jemen, Syrię, Iran, Nigerię. Wojna Rosji z Ukrainą dodatkowo przyspieszyła ewolucję zagrożeń i zużycie systemów obronnych. Przed inwazją na Ukrainę Stany Zjednoczone produkowały około 300 Patriotów rocznie, z czego połowa szła do sojuszników. Mimo podwojenia tej liczby produkcja wciąż dramatycznie nie nadąża za wojennymi potrzebami.
Mark Cancian z Center for Strategic and International Studies, cytowany przez Youssef i Lemire’a, ocenia, że uzupełnienie zapasów do poziomu przedwojennego może zająć nawet pięć lat. Kolejne trzy lata pozwoliłyby dowódcom odpowiedzialnym za teatr Indo-Pacyfiku poczuć się komfortowo. Taki horyzont czasowy stwarza potencjalne okno strategiczne dla Chin. Według „New York Times” na kryzysie amunicyjnym mogą skorzystać Chiny i Rosja, przypominają, że z powodu wojny z Iranem Pentagon przerzucił na Bliski Wschód okręty, samoloty i systemy przeciwlotnicze z Europy i Azji, ograniczając możliwości amerykańskich sił zbrojnych w tych regionach. Eksperci cytowani przez „NYT” oceniają jednak, że skutki niedoborów mogą być odczuwalne przez lata. Tom Karako z Center for Strategic and International Studies nazwał skalę zużycia uzbrojenia „pokoleniowym unicestwieniem środków konwencjonalnego odstraszania”. "Nie sposób, by nie miało to istotnego wpływu na kalkulacje Rosji i Chin" – powiedział Karako, wskazując, że uzupełnienie braków potrwa lata. „NYT” zwraca uwagę, że wojna z Iranem może stworzyć Moskwie i Pekinowi „okno okazji” wobec USA. Rosja korzysta na ograniczeniu dostaw uzbrojenia Ukrainie, zaś Chiny mogą uznać osłabienie amerykańskich zapasów w regionie Indo-Pacyfiku za sprzyjającą okoliczność w kalkulacjach dotyczących Tajwanu. "Im dłużej trwa ta wojna tym poważniejszy staje się problem amunicji i tym większe oraz bardziej widoczne jest to okno okazji" – ocenił Todd Harrison z American Enterprise Institute. Dara Massicot z Carnegie Endowment for International Peace ostrzegła, że obserwowane przez Moskwę trudności USA ze zwiększeniem produkcji mogą zmienić rosyjską ocenę własnej siły wobec NATO. "To prowadzi ich do niechcianych przez nas wniosków" – ostrzegła ekspertka.
Rzecznik Pentagonu Sean Parnell w oświadczeniu przekazanym autorom zdecydowanie dementuje doniesienia o niedoborach, nazywając ich nagłaśnianie nieodpowiedzialnym. „Mamy wszystko, co potrzebne, by uderzyć w czasie i miejscu wybranym przez prezydenta” – oświadczył. Youssef i Lemire pokazują jednak, że problem jest strukturalny i poprzedza obecną administrację. Stany Zjednoczone spieszyły się z rozwojem tańszych sposobów zwalczania irańskich dronów wykorzystywanych przez Rosję i poczyniły pewne postępy. Nie ma jednak dobrych alternatyw dla powstrzymywania pocisków balistycznych. Bez systemów takich jak Patriot i THAAD atakujące pociski spadają bez przeszkód – dokładnie tak, jak dzieje się to obecnie na Ukrainie.
Gdyby wojna z Iranem zakończyła się w ciągu kilku tygodni, jak początkowo przewidywała administracja, kryzys amunicyjny nie byłby tak dotkliwy. Jeden z urzędników ds. obrony, cytowany przez autorów, ujmuje sedno problemu w prostych słowach: „Prawdziwym problemem jest to, że nie ma długoterminowej strategii – i nie możemy wokół tego planować”. Przed niedoborami Stany Zjednoczone budowały strategię na założeniu technologicznej i ilościowej dominacji w amunicji. Obecnie postępy przeciwników oraz wyczerpanie własnych magazynów zmuszają Waszyngton do przeformułowania podejścia bez tego kluczowego atutu.