- Kryzys na granicy polsko-białoruskiej to zaplanowana operacja służb białoruskich i rosyjskich, wykorzystująca migrację jako element wojny hybrydowej.
- Białoruś aktywnie promuje szlaki migracyjne i szkoli imigrantów w pokonywaniu zapór, wykorzystując zaawansowane technologie.
- Mimo budowy stalowego płotu, systematyczne wsparcie białoruskich służb pozwala na skuteczne przekraczanie granicy.
- Czy Polska i Europa są w stanie wygrać tę wojnę kognitywną i jak skutecznie powstrzymać napływ nielegalnych imigrantów?
Czym jest wojna kognitywna?
To modelowy przykład wojny kognitywnej – nowego rodzaju walki o serca i umysły całych społeczeństw. Dotychczas na tej wojnie Polska i Europa są w defensywie. Co należy zrobić, żeby ją wygrać? Jednym z celów wojny to jak najpoważniejsze i najszybsze osłabienie militarne i gospodarcze zaatakowanego. Natomiast w wojnie kognitywnej równie ważne jest wpływanie na to, co myślą zaatakowane społeczności i jak postrzegają agresję. Tu głównym teatrem działań jest przestrzeń publiczna: media i social media. Istotną rolę odgrywają liderzy opinii: dziennikarze, politycy, celebryci.
Przez taki pryzmat popatrzmy więc na to, co od czterech lat dzieje się na granicy polsko-białoruskiej. Ten kryzys nie jest wyłącznie problem Polski. Operacja skierowana została przeciw NATO i Unii Europejskiej.
Początek kryzysu. Na czy polegała rola Białorusi?
Jeszcze przed 2021 r. białoruskie służby specjalne i tamtejsze organizacje przestępcze zarabiały na przemycie ludzi i - jednocześnie - na dotacjach Unii Europejskiej mających ograniczać nielegalną imigrację przez „zieloną granicę”. W 2021 r., na polecenie Moskwy, ten proceder przekształcono w element wojny hybrydowej. Władze Białorusi rozpoczęły operację tworzenia „sztucznego szlaku migracyjnego” przez granicę NATO i Unii Europejskiej w głąb Unii Europejskiej. Celem tych działań była destabilizacja sytuacji na granicy, na terytorium Polski oraz - w dłuższej perspektywie - w państwach Europy Zachodniej. Nielegalni imigranci nie planują bowiem osiedlać się w Polsce. Chcą dotrzeć do państw, w których otrzymają największe świadczenia socjalne. Całość tych działań nazwano Operacją „Śluza”.
W państwach „wysokiego ryzyka”, m.in. w Afganistanie, Syrii oraz Afryce Subsaharyjskiej (z tych krajów pochodzi większość nielegalnych imigrantów), prowadzono kampanie promujące wyjazdy do Europy Zachodniej przez terytorium Białorusi. Zaangażowano w to lokalne firmy działające na Bliskim Wschodzie i Afryce. Natomiast bezpośrednio po stronie białoruskiej największą rolę odegrało państwowe biuro podróży Centrkurort, które wystawiało wizy turystyczne oraz organizowało pobyt na Białorusi. Transportem dziesiątek tysięcy ludzi zajęła się Belavia - narodowy przewoźnik lotniczy.
Nieświadomych ludzi, chcących wyrwać się do lepszego świata, wabiono informacjami, że Białoruś ma otwarte przejścia graniczne z Unią Europejską. Wmawiano im, nawet że Białoruś graniczy z Niemcami. Dlatego pierwsi imigranci zatrzymywani przez Straż Graniczną (SG) byli przekonani, że są w Niemczech.
Za przerzut jednej osoby trzeba było płacić nawet kilkanaście tys. dolarów
Za przerzut jednej osoby trzeba było płacić od kilku do kilkunastu tysięcy dolarów. Ceny zróżnicowano w zależności m.in. od płci i wieku imigrantów. „Promocja cenowa” dotyczyła kobiet, a szczególnie dzieci. Dlatego, w początkowym etapie „Śluzy”, gdy nie było jeszcze żadnych zapór, do Polski przechodziły całe rodziny z dziećmi. Imigrantów instruowano, że po przejściu granicy powinni dotrzeć do pierwszego przyjaznego miejsca - dużej polany leśnej lub miejscowości - i tam spokojnie oczekiwać na niemieckie służby graniczne, które zapewnią bezpieczną podróż w głąb Europy.
Dzięki temu zabiegowi media mogły pokazywać leśne koczowiska, w których zgromadzono całe rodziny. Organizatorzy operacji wiedzieli, że mieszkańcy Europy są szczególnie wyczuleni na obrazy pokazujące cierpienie kobiet i dzieci. Znali też zasadę inżynierii społecznej: najgłębiej w psychikę odbiorców zapadają pierwsze informacje. To one ukształtują opinie i na lata pozostaną w pamięci. Zdjęcia i filmy koczujących matek z maleńkimi dziećmi na rękach, dziecięcych bucików i ubranek porzuconych w lesie zadziałały na odbiorców. Wywołały falę poparcia społecznego oraz oburzenia na opresyjność sił strzegących granicy.
Wielu naszych rodaków nadal jest przekonanych, że przez granicę przedzierają się całe, biedne rodziny. Takie postrzeganie rzeczywistości jest podtrzymywane na różne sposoby. Przed kilkoma tygodniami, na ogólnopolskim konkursie prasowym, reportaż „Pinezka. Historie z granicy polsko-białoruskiej” otrzymał tytuł „Książki Reporterskiej Roku 2025”. Co prawda relacje pochodzą z 2021 i 2022 r., ale wiele osób, które pierwszy raz usłyszały o książce, potraktują ją jako opis bieżącej sytuacji.
„Działania pomocowe”. Czy były koordynowane i sterowane z zewnątrz?
Część mieszkańców nadgranicznych miejscowości niosło spontaniczną pomoc. W Michałowie mieszkańcy zorganizowali nawet akcję „zielone światełko”. Lampka w oknie oznaczała, że w tym miejscu imigranci otrzymają pomoc. Jesienią 2025 r., w rozmowie z Karoliną Pajączkowską z „Super Expressu”, burmistrz Michałowa tłumaczył, że wynikało to ze współczucia oraz z obaw linczu w mediach i mediach społecznościowych. Mieszkańcy obawiali się, że obojętność na cierpienie kobiet i dzieci będzie porównywana do tragedii z czasów II wojny światowej, do jakiej doszło w nieodległym Jedwabnem.
Część „działań pomocowych” na terenie naszego kraju od początku kryzysu koordynowano i sterowano z zewnątrz. W Operację „Śluza” włączono zorganizowane grupy przestępcze zarabiające na przerzucie imigrantów w głąb Europy. Zapewniały one transport, miejsca pobytu, odpowiadały za budowę i zaopatrzenie sieci skrytek z żywnością, ubraniami i elektroniką.
Jak informuje SG, tylko w 2025 r. na terytorium całego kraju zatrzymano ok. 450 organizatorów i pomocników w przemycie ludzi. Ponad 200 z nich tymczasowo aresztowano. Od początku przestępcy bazowali - należy domniemywać, że nadal bazują - na nieświadomości i spontaniczności ludzi o dobrych sercach oraz na cynizmie tych, którzy kryzys wykorzystali do realizacji własnych celów biznesowych i politycznych.
"Straż Graniczna nie dysponuje systemowymi i jednoznacznymi dowodami"
Czy w nielegalne działania zaangażowano również niektóre organizacje pomocowe? W odpowiedzi na takie pytanie czytamy:
Straż Graniczna nie dysponuje systemowymi i jednoznacznymi dowodami, aby stwierdzić, że legalne organizacje pomocowe celowo i świadomie współpracowały przy przerzucie imigrantów. Jednocześnie SG odnotowuje, że pojedyncze przypadki mogą sugerować, iż niektóre organizacje lub osoby związane z pomocą imigrantom - świadomie lub nieświadomie - mogły być wykorzystywane przez organizatorów przerzutu.
Jak informuje SG, rozliczenia finansowe prowadzi się za pomocą kryptowalut oraz systemu Hawala, czyli „pieniędzy na słowo honoru”. Jest bardzo popularny w krajach pochodzenia imigrantów. To pomysł starożytnych kupców podróżujących Jedwabnym Szlakiem. Obawiając się rabunków - za odpowiedni procent - oddawali pieniądze zaufanemu hawalarzowi, a w punktach pośrednich odbierali je u pośredników. Obecnie „słowo honoru” zastąpiły wiadomości przesyłane przez szyfrowane aplikacje, najczęściej WhatsApp i Telegram.
W social mediach funkcjonują imigranckie grupy dyskusyjne, na których znaleźć można szczegółowe informacje i relacje z podróży, szkoleń oraz pobytu w krajach docelowych. Te ostatnie filmy i zdjęcia powstają w charakterystycznych punktach miast Europy Zachodniej. Przemytnicy zachęcają do publikowania takich materiałów, ponieważ to bezpłatna reklama ich skuteczności.
Białoruska „Sistiema”. Nie do przejścia bez pomocy specsłużb
Jeśli ktoś nadal ma wątpliwości co do roli Białorusi w Operacji „Śluza”, powinien zobaczyć, jak wygląda pas graniczny po tamtej stronie. Wybudowano tam leśne drogi, a na mokradłach, kładki ułatwiające przejście do granicy. No i najważniejsze - „Sistiemę”, szeroki na ok. 25 m. system ochrony granicy białoruskiej, powstały jeszcze za czasów ZSRR. Powstał wzdłuż całej granicy z Polską. Znajduje się od kilkunastu metrów do ponad kilometra od linii granicznej. Składa się z ciągu dwóch, kilkumetrowej wysokości, ogrodzeń z drutu kolczastego oraz pasa zaoranej ziemi. Całość uzupełniają wieże obserwacyjne, kamery działające w dzień i w nocy oraz czujniki wykrywające drgania ziemi. „Sistiema” jest systematycznie modernizowana. Granica jest patrolowana przez umundurowanych z bronią długą.
„Sistiemy” nie da się pokonać bez współpracy z białoruskimi służbami. Kolejny dowód jest jeszcze bardziej oczywisty. Białoruś to reżim, w którym brutalnie prześladuje się opozycję (w tym przedstawicieli polskiej mniejszości). Dlaczego więc wśród tysięcy przekraczających granicę białorusko-polską nie było nawet jednego przedstawiciela opozycjonistów, którzy uciekali na Zachód? Odpowiedź jest prosta. Bo władza nadzorująca Operację „Śluza” nie pozwala na to.
Stalowy płot i drut żyletkowy. Jak wygląda zapora?
W pierwszych tygodniach kryzysu granicy strzegła wyłącznie SG. Brak fizycznych zapór oraz niewielka liczba funkcjonariuszy powodowała, że przejście było wyjątkowo łatwe. W sierpniu 2021 r. SG - na podstawie postanowienia Prezydenta oraz decyzji MON - wzmocniło Wojsko Polskie. Rozpoczęto też budowę prowizorycznych utrudnień z drutu żyletkowego, tzw. concertiny.
Budowa trwałej zapory o długości 186 km trwała od stycznia do czerwca 2022 r. Głównym jej elementem jest płot posadowiony na betonowym fundamencie. Ustawiono go 1,5 m od linii granicznej. Więc podejście do ogrodzenia już jest nielegalnym wejściem na polskie terytorium.
Fundament został wpuszczony w ziemię na głębokość 1,5 m., jednocześnie wystaje metr nad grunt. Na nim, co ok. 20 cm, ustawiono 5-metrowe stalowe pale o przekroju rombów. Są one puste w środku. Pomiędzy palami zamontowano stalowe ostrza w kształcie trójkątów. Nadepnięcie na nie powoduje przecięcie buta.
Na szczycie pali znajdują się zwoje concertiny oraz system kamer i czujników umożliwiających całodobową obserwację. Ponieważ Polska musi przestrzegać przepisów międzynarodowych, więc kamery mogą monitorować wyłącznie polskie terytorium, czyli teren do 1,5 m od ogrodzenia.
Po polskiej stronie, w połowie wysokości płotu, znajduje się kolejny pas concertiny. Choć ogrodzenie wygląda potężnie, to - w zaledwie kilkadziesiąt sekund - stalową konstrukcję można przeciąć spalinową lub elektryczną piłą do metalu albo szlifierką kątową. W nieoficjalnych rozmowach przedstawiciele naszych służb przekonują, że można by wykonywać słupy bardziej odporne. Jednak znacząco podnosiłoby to koszt budowy i utrzymania konstrukcji, a i tak nie dawałoby pełnej skuteczności. Przestępcy stosowaliby piły o większej mocy. Nawet najpotężniejsza zapora inżynieryjna musi być przede wszystkim aktywnie broniona, inaczej zostanie pokonana.
„Okna życia”. Jak zawraca się nielegalnych imigrantów?
Co kilkaset metrów w ogrodzeniu wykonano bramki techniczne umożliwiające prowadzenie prac po drugiej stronie płotu. Żołnierze nazywają je „oknami życia”. To nawiązanie do specjalnie przygotowanych miejsc, w których można anonimowo i bezpiecznie pozostawić noworodka. Przez „okna życia” zatrzymani na „pasku” wracają na Białoruś.
Do ogrodzenia przylega kilkumetrowej szerokości tzw. droga techniczna. Pomiędzy nią a lasem i łąkami wybudowano kolejną zaporę - wznoszące się na wysokość 2-3 metrów zwoje concertiny mocowanej na metalowych tyczkach. Tam też, na wysokich słupach obserwacyjnych rozmieszczono kolejną linię monitoringu.
Przy drodze, pomiędzy dwoma liniami zapór, co kilkadziesiąt lub kilkaset metrów ustawiono niewielkie kontenery, w których służbę pełnią żołnierze i pogranicznicy. Patrolują odcinki graniczne, a w międzyczasie, w chłodne dni lub nocami - grzeją się przy ogniskach.
Z miesiąca na miesiąc system monitoringu elektronicznego działa coraz skuteczniej. Sęk jednak w tym, że jego obsługa pracuje się w Podlaskim Oddziale Straży Granicznej w Białymstoku. Obraz z kamer na granicy musi więc dotrzeć do Białegostoku, funkcjonariusz pełniący dyżur musi zauważyć próbę przekroczenia granicy, następnie połączyć się z patrolami w rejonie i przekazać informacje. To wydłuża czas reakcji.
Stalowe sztachety tworzą barierę zasłaniającą widok
Rozwiązaniem problemu byłaby aplikacja zamontowana w służbowych telefonach ludzi na granicy. Sygnał z monitoringu alarmujący najbliższe patrole zdecydowanie przyspieszyłby szybkość interwencji. Jest to istotne, ponieważ gęste ułożenie stalowych pali powoduje, że poprzez szczeliny widać tylko to, co znajduje się naprzeciwko obserwatora. Patrząc w bok, już po kilku metrach stalowe sztachety tworzą barierę zasłaniającą widok.
Uzupełnieniem zapory jest strefa zakazu przebywania osób postronnych. Obejmuje teren placówek SG w Michałowie, Narewce, Białowieży, Dubiczach Cerkiewnych oraz Czeremsze. Najczęściej ma szerokość 200 m. Natomiast w rejonie rezerwatów przyrody może ciągnąć się nawet do 4 km od granicy.
„Strefa zamknięta” jest bardzo skuteczna. Uniemożliwia „pomocnikom” szybki kontakt z imigrantami. Jednak głównym powodem ograniczenia przemytu ludzi było prawne ograniczenie możliwości składania wniosków o azyl tuż po nielegalnym przekroczeniu granicy. Wcześniej, w środku Puszczy Białowieskiej zatrzymany imigrant przekazywał funkcjonariuszom lub żołnierzom pisemny, wcześniej przygotowany wniosek o ochronę prawną. Nie mógł więc był odesłany na Białoruś.
Tu praktycznie nie ma dzieci i kobiet. Kto przechodzi przez granicę?
Pogranicznicy oraz żołnierze mówią, że odkąd wprowadzono strefę zamkniętą, a aktywiści, fotoreporterzy i kamerzyści mają zakaz podchodzenia do granicy, z drugiej strony płotu praktycznie zniknęły kobiety i dzieci. Koszt ich utrzymania na Białorusi nie rekompensuje bowiem efektów propagandowych, jakimi można wpływać na społeczeństwa Europy Zachodniej.
Ze względu na obfitość danych, statystyki SG mogą nużyć, ale dzięki nim doskonale widzimy, co dzieje się na granicy. W 2021 r. odnotowano prawie 40 tys. prób nielegalnego przekroczenia granicy, a rok później - prawie 15,7 tys. W latach 2023 i 2024 - odpowiednio ponad 26 tys. oraz ponad 30,4 tys. Natomiast między styczniem a listopadem 2025 roku roku - ponad 29 tys. Zdecydowana większość nielegalnych imigrantów zatrzymano na „pasku” i - przez „okna życia” - zawrócono na Białoruś.
Ludzi, którzy przeniknęli przez zaporę, ale zostali zatrzymani w głębi Polski, jest stosunkowo niewielu. W 2021 r. - 2744, rok później - 511, w 2023 – 434, w następnym 2541. Od stycznia do listopada 2025 r. - tylko 248. SG dysponuje też danymi dotyczącymi wieku i płci zatrzymanych. W pierwszym roku „Śluzy” granicę udało się pokonać 340 dziewczętom i 436 chłopcom mającym mniej niż 15 lat. Kobiet w wieku ponad 15 lat było wtedy 609, a mężczyzn - 1359. W 2022 r. zatrzymano 47 dziewcząt i tylu samo chłopców, 99 kobiet i 318 mężczyzn. W 2023 r. - 6 dziewcząt, 7 chłopców, 62 kobiety i 359 mężczyzn. W rekordowym 2024 r. odpowiednio: 23 dziewczęta, 39 chłopców, 391 kobiet i 2088 mężczyzn. Od stycznia do listopada tego roku: 5 dziewcząt, 7 chłopców, 16 kobiet i 220 mężczyzn.
Polskie służby specjalne analizują dane z telefonów posiadanych przez nielegalnych imigrantów. Dzięki temu wiadomo, że niektórzy z zatrzymanych pochodzą z Bliskiego Wschodu lub Afryki, ale po kilka lat spędzili w Rosji czy na Białorusi. Nie wiadomo ilu z nich przeszło przeszkolenie, aby w przyszłości prowadzić działania dywersyjne na terenie Unii Europejskiej.
Taktyka imigrantów. Białorusini zapewniają profesjonalne przeszkolenie
Nielegalne przekraczanie granicy byłoby zdecydowanie trudniejsze, gdyby nie systemowe wsparcie Białorusi. Oprócz organizacji przerzutu i pobytu, imigranci przechodzą szkolenia w specjalnych obozach. Tam trenują obsługę pił i szlifierek, szybkie przejścia przez wycięte otwory, wspinaczkę po drabinie, zsuwanie się po liniach, pokonywanie concertiny. Dzięki temu pokonanie całej zapory zajmuje nie więcej niż dwie minuty.
Kolejnym elementem szkolenia jest nawigacja i przetrwanie w terenie. Imigranci posiadają nowoczesne smartfony z aplikacjami działającymi w trybie offline. To mapy z zaznaczonymi charakterystycznymi punktami w terenie, ukrytymi magazynami czy miejscami spotkań z „wozakami” – przemytnikami ludzi, zajmujący się przerzutem w głąb Polski i Europy.
Im bardziej Polacy uszczelniają pogranicze, tym bardziej zaawansowana jest oferta przemytu oraz szkolenia, które umożliwią sukces w skrytym przekroczeniu granicy Unii Europejskiej. Dzięki smartfonom imigranci mogą skorzystać ze wsparcia dronów. Operatorzy znajdujący się na terytorium Białorusi latają dronami po polskiej stronie, najczęściej nad drogami prowadzącymi do granicy. Przekazują informacje, gdzie znajdują się Polacy i kierują imigrantów w bezpieczne rejony.
Dzięki smartfonom imigranci mogą skorzystać ze wsparcia dronów
Wykorzystują komercyjne drony dostępne w sklepach z elektroniką. Tańsze, kosztujące - w przeliczeniu - po kilkanaście tysięcy złotych, wyposażono w kamery do obserwacji w dzień. Zdecydowanie droższy sprzęt to maszyny z kamerami termowizyjnymi, ułatwiające nocne przenikanie pogranicza.
Gdy Polaków wyposażono w strzelby gładkolufowe z amunicją gumową, sprawni strzelcy niszczyli zauważone drony. Jednak skuteczny zasięg strzelby to ok. 40 m, więc operatorzy zwiększyli pułap, tak, aby cenny sprzęt był nie do uszkodzenia.
W obozach można kupić wysokiej jakości powerbanki, batony energetyczne, bieliznę, ubrania. Zawartość plecaków niektórych z zatrzymanych niczym nie różni się od wyposażenia, jakie żołnierze elitarnych oddziałów kompletują w czasie kursów SERE (ang. Survival, Evasion, Resistance, Escape) przygotowujących do przetrwania w terenie, unikania schwytania, oporu w niewoli i ucieczki na terenie opanowanym przez przeciwnika.
To wszystko dodatkowo kosztuje. Płaci się kryptowalutami lub poprzez hawalarzy. U niektórych z zatrzymanych w czasie rewizji znajdowano bardzo duże ilości gotówki. Można domniemywać, że to osoby obsługujące Hawalę.
To pierwsza część reportażu Jarosława Rybaka z granicy polsko-białoruskiej. W niedzielę, 18 stycznia opublikujemy drugą.