- Dotarliśmy do filmów nagrywanych na Białorusi przez nielegalnych imigrantów.
- Polscy pogranicznicy zmagają się z pomysłowością migrantów i przemytników, którzy na różne sposoby próbują sforsować granicę.
- Od tuneli i drabin, po profesjonalne proce i drony – poznaj taktyki używane do przekraczania zapory.
- Pomimo wysiłków i kosztów, Polska nadal mierzy się z wyzwaniami wojny kognitywnej na granicy. Czy jesteśmy gotowi na nowe zagrożenia?
„Górale”. Jak pokonać zaporę górą?
Jesienią 2025 r. stosowano trzy metody pokonania zapory. Najrzadsze, bo najtrudniejsze w wykonaniu i najniebezpieczniejsze to podziemne tunele. Warto zaznaczyć, że granica jest na tyle szczelnie monitorowana i chroniona, że przemytnicy ludzi coraz częściej wykorzystują tę metodę. Jak w RMF ujawnił Czesław Mroczek, wiceminister spraw wewnętrznych i administracji, do budowy tuneli ściągnięto „kanalarzy” z Bliskiego Wschodu, którzy wykonywali takie konstrukcje do ataków Izrael.
11 grudnia 2025 r. ujawniono podkop w okolicach miejscowości Narewka. Wejście ukryto w lesie po białoruskiej stronie, 50 m od granicy. Wyjście zlokalizowano 10 m za polską zaporą. Do Polski przeszły nim 183 osoby.
Zdecydowanie popularniejsze są dwa inne sposoby pokonania płotu: górą oraz dołem. W rejonie Narewki działają - jak się je slangowo nazywa - „grupy górskie”. Pokonują płot przy pomocy rozkładanych drabin nabywanych w marketach. Przenoszeniem ich przez gęsty las zajmują się „drabiniarze”. Ponieważ sprzęt jest słabej jakości, więc często pękał pod obciążeniem dorosłego człowieka. Dlatego takie drabiny wzmacniano tyczkami z drewna mocowanymi za pomocą trytytek.
Na końcu ponad pięciometrowej drabiny mocowano wysięgnik z kilkumetrowym odcinkiem liny. Po przystawieniu do płotu najsprawniejszy z mężczyzn wspinał się na szczyt, przerzucał linę na polską stronę, na zwoje cocnertiny - górnej oraz umocowanej w połowie płotu - narzucał grubą kurtkę lub śpiwór. Dzięki wysięgnikowi i linie mógł opuścić się kilka metrów i skoczyć na ziemię. Ci o lepszej kondycji lub słabszej psychice skakali już ze szczytu płotu.
Pechowcy zaczepiali nogawkami spodni o concertinę, a siła ciężkości odwracała ich głową w dół. Tacy pechowcy, wiszący kilka metrów nad ziemią, to „nietoperze”.
Gdy pierwszy z mężczyzn znalazł się po polskiej stronie, przez szczeliny między metalowymi szczeblami płotu, podawano mu kolejne kurtki i śpiwory oraz kilkumetrową drabinę zbitą z cienkich, prostych żerdek z orzecha laskowego lub młodego buka. Ubrania należało narzucić na zwoje concertiny, a na to położyć drewnianą drabinę. To prosty, ale skuteczny sposób na pokonanie drugiej linii zapory. Za nią był już tylko gęsty las, w którym łatwo można się ukryć.
Długie, aluminiowe drabiny mają dużą wartość, dlatego żołnierze stworzyli wyspecjalizowane zespoły do odzysku porzuconego sprzętu. Uzbrojone w kilkumetrowe aluminiowe tyczki z zakończeniem w kształcie litery „S”, przeciągają na polską stronę drabiny leżące na ziemi lub oparte o płot. Takie działania to walka z czasem, ponieważ przestępcy nie raz wracali by walczyć o odzyskanie cennego sprzętu.
„Ślusarze”. Jak pokonać zaporę dołem?
Natomiast w rejonie miejscowości Czeremcha operują „ślusarze”. To przemytnicy specjalizujący się w wykonywaniu przejść u podnóża płotu. Kiedyś lewarkami rozginali sztachety. Gdy zaporę wzmocniono, lewarki zastąpiono przyrządami do cięcia metalu.
W odróżnieniu od grup „górali” bezpośrednio nadzorowanych przez białoruskie służby, „ślusarzami” dowodzi grupa Afgańczyków. Instruktorzy nie przekraczają granicy. Ich rola to nadzór nad sprawnym przepchnięciem jak największej liczby ludzi przez dziurę w płocie. Obawiając się kul gumowych i gazu łzawiącego, noszą kaski motocyklowe i grube kombinezony motocyklistów. Przekraczający granicę również są ubrani grubo, na cebulkę. Noszą solidne buty i rękawice robocze. To częściowo chroni przed drutem kolczastym.
W porównaniu z drabiną, piła mechaniczna czy szlifierka są wygodniejsze w transporcie. Łatwiej z nimi uciec. Przeszkolony człowiek potrzebuje zaledwie kilkadziesiąt sekund, żeby zrobić otwór w płocie. Jeśli tnących jest kilku, usuwają co drugi słupek, tworząc kilka linii przejścia.
W grupach „ślusarzy” są też „pilarze” (operatorzy pił), „młotowi” (wybijający przecięte lub nacięte fragmenty słupów), „tarczowi” (specjalnymi traczami osłaniający operatorów pił i „młotowych” przed gumowymi kulami lub gazem).
Taktyka działania „górali” i „ślusarzy” jest identyczna
Choć sposób pokonania głównej części zapory jest różny, to pozostała taktyka działania „górali” i „ślusarzy” jest identyczna.
Najpierw wybierają dogodne miejsce znajdujące się pomiędzy polskimi patrolami. „Pasek”, na którym operują żołnierze i strażnicy graniczny, ma zaledwie kilka metrów szerokości. Z jednej strony zamknięty jest płotem, z drugiej zwojami concertiny. Więc obrońcy muszą poruszać się tylko na otwartym, wąskim terenie. Dlatego Białorusini opracowali system izolowania miejsc nielegalnego przekraczania granicy. W odległości kilku lub kilkunastu metrów, po lewej i prawej stronie przedzierających się, stoją grupy „kamieniarzy” i „procarzy”. Interweniujących Polaków obrzucają kamieniami, strzelają do nich z proc.
Myli się ten, kto uważa, że proce to kawałki leszczyny rozwidlonej w kształcie litery „Y” z gumą z dętki rowerowej. To profesjonalne proce myśliwskie do polowania. Mają mechanizmy ułatwiające naciąganie, celowniki, magazynki. Na odległość ok. 20-40 m miotają kulkami szklanymi, ceramicznymi czy stalowymi kalibru kilku czy kilkunastu milimetrów.
Grupy „kamieniarzy” przez szczeliny w płocie przerzucają gałęzie nabite gwoździami. To prymitywne, ale bardzo skuteczne metody zatrzymania ludzi i pojazdów terenowych.
„Górale” i „ślusarze”. Taktyka na dzień i noc?
Zespoły chroniące i ułatwiające pokonanie przeszkód bywają zdecydowanie liczniejsze od grup przekraczających granicę. Nad całością czuwają Białorusini. Najczęściej chronią się za drzewami i obserwują. Czuwają nad tym, żeby imigranci nie wchodzili w „Sistiemę”. Często dotkliwie biją zawracanych przez „okna życia”. Ma to motywować do szybszego pokonywania przeszkód w czasie kolejnych prób przedarcia się na teren Unii Europejskiej. Przerzucani bowiem po kilka razy próbują przekraczać granicę.
„Górale” działają zwykle od świtu do godz. 10, a następnie między godz. 18 a 20. Natomiast „ślusarze” wolą operować głównie pod osłoną nocy.
W obu przypadkach przejście przez zabezpieczenia zajmuje wyszkolonemu mężczyźnie do dwóch minut. Szybkość ma kluczowe znaczenie. Zatrzymanie w pasie drogi granicznej kończy się powrotem na Białoruś przez „okno życia”. Natomiast gdy imigrant zostanie zatrzymany poza „paskiem” Straż Graniczna musi wszcząć długotrwałą i kosztowną procedurę formalną.
Dlatego po pokonaniu zapór każdy stara się odbiec jak najdalej w las lub zalec w terenie. Mieszkańcy Afryki są na tyle wytrzymali, że bez ruchu, w ukryciu potrafią przeczekać nawet dwie doby, by ruszyć w dalszą drogę, gdy wokół nikt już nie będzie ich szukał. Muszą dotrzeć na miejsce spotkania z „wozakami”, którzy czekają w punktach zbornych zlokalizowanych najczęściej w odległości od 5 do 25 km od granicy.
„Wozacy” i inni pośrednicy czekają w punktach zbornych
Straż Graniczna informuje, że „wozacy” i inni pośrednicy niższego szczebla to najczęściej obywatele Ukrainy, Gruzji, Białorusi, Polski i Uzbekistanu. Oprócz transportu zajmują się urządzaniem leśnych skrytek z odzieżą i żywnością. Częściej urządza się je na terenach podmokłych. Imigranci boją się wychłodzenia, przed którym przy niskich temperaturach nie ma ucieczki. Z tego właśnie powodu w zimnych porach roku, zdecydowanie maleje ilość prób pokonania granicy. Ci, którym nie udało się przejść, zimę przeczekują w białoruskich obozowiskach.
Główni organizatorzy przerzutu przebywają poza terytorium Polski. Najczęściej działają w Rosji, Białorusi, krajach arabskich oraz w państwach docelowych Unii Europejskiej. Natomiast w Polsce, między styczniem a grudniem 2025 r. SG zatrzymała około 450 osób zaangażowanych w nielegalny przerzut. Ponad 200 z nich tymczasowo aresztowano.
Psy, granaty hukowe i gumowe kule. Czego boją się imigranci?
W początkowej fazie Operacji „Śluza” w obozach uczono, jak skutecznie zadawać ciosy - nożem czy lancą - osobom w kamizelkach kuloodpornych. Filmy z takich szkoleń znaleźć można na forach imigranckich w social mediach. Z czasem zrezygnowano z tego elementu szkolenia, był bowiem niebezpieczny nie tylko dla zaatakowanego, ale i atakującego. Bezpośredni napad na obrońcę granicy pozwalał bowiem na otwarcie ognia i zranienie lub uśmiercenie napastnika.
Wicepremier i szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz powtarza, że po modyfikacji przepisów żołnierze mają jasne zasady użycia broni i pełną ochronę prawną. Dlatego nie mogą się bać zdecydowanie reagować, gdy bronią Polski.
O tym samym zapewniają również w innych miejscach. Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych (DORSZ), odpowiadające za współpracę wojska z pogranicznikami, oraz Komenda Główna SG odpowiadają twierdząco na pytanie, czy obowiązujące zasady użycia broni oraz innych środków przymusu są optymalne i adekwatne do zagrożeń dla broniących granicy.
Zasady użycia broni przez żołnierzy na granicy
Według DORSZ:
Obecnie obowiązujące na granicy państwowej zasady użycia przez żołnierzy broni oraz innych środków przymusu bezpośredniego są optymalne i adekwatne do występujących zagrożeń. Umożliwiają żołnierzom podejmowanie działań w sposób proporcjonalny do zagrożenia, przy jednoczesnym zapewnieniu bezpieczeństwa zarówno funkcjonariuszy i żołnierzy, jak i osób przebywających w rejonie granicy. Procedury przewidują możliwość użycia lub wykorzystania broni oraz środków przymusu w sytuacjach określonych przepisami, z zachowaniem zasad: konieczności, proporcjonalności i minimalizacji skutków. Aktualne regulacje prawne oraz procedury reagowania uznawane są za wystarczające do skutecznego i bezpiecznego wykonywania zadań przez żołnierzy.
Komenda Główna Straży Granicznej dodaje:
Należy podkreślić, że każde użycie środków przymusu musi poprzedzić staranna ocena sytuacji, doboru narzędzi i oceny skutków.
To, co dobrze oceniają sztabowcy, nie zawsze potwierdzają ludzie służący w linii. Dlatego zapytaliśmy KG SG oraz DORSZ, czy uprawnienia oraz środki posiadane przez żołnierzy i funkcjonariuszy działają odstraszająco na osoby popełniające przestępstwo nielegalnego przekroczenia polskiej granicy?
Pogranicznicy odpisali:
Przyjmowany tryb postępowania w zwalczaniu nielegalnej imigracji uwarunkowany jest indywidualnymi okoliczności występującymi przy każdej sytuacji przekroczenia granicy państwowej wbrew przepisom.
Nieco bardziej konkretni byli wojskowi:
Środki i uprawnienia zasadniczo wywierają efekt odstraszający oraz dyscyplinujący wobec osób dokonujących nielegalnego przekroczenia granicy. W praktyce jednak obserwujemy, że osoby te - wraz z organizatorami przerzutu – adaptują własne taktyki do środków przymusu stosowanych przez Straż Graniczną i Siły Zbrojne.
"W ocenie DORSZ, obecny system uprawnień i środków reagowania pozostaje skuteczny"
Chodzi m.in. o wspomniane już zakładanie grubej odzieży chroniącej przed gumowymi kulami czy zwiększenie odległości między „kamieniarzami” i „procarzami” a grupą torującą przejście w zaporze. Całkowicie uniemożliwia to stosowanie gazów łzawiących i bardzo mocno ogranicza skuteczność strzelb gładkolufowych.
DORSZ przekazuje również, że:
utrzymywane są mechanizmy współpracy i wymiany informacji ze Strażą Graniczną oraz służbami odpowiedzialnymi za ochronę granicy celem szybkiego identyfikowania nowych taktyk oraz oceniania efektywności stosowanych środków. Dodatkowo (w ramach tzw. oceny operacji) prowadzona jest systematyczna analiza i przegląd procedur użycia środków przymusu oraz ich zdolności do osiągania zamierzonego efektu przy jednoczesnym zachowaniu proporcjonalności i zgodności z prawem. W ocenie DORSZ, obecny system uprawnień i środków reagowania pozostaje skuteczny, proporcjonalny oraz adekwatny do skali i charakteru zagrożeń, a jego elastyczność pozwala na szybkie reagowanie na zmieniającą się sytuację na granicy państwowej.
Jak ma to rozumieć żołnierz czy funkcjonariusz stojący na granicy? W skrajnej interpretacji „proporcjonalność” oznacza, że na atak kamieniem należy odpowiedzieć kamieniem. Na ostrzał z proc - kulami gumowymi. Choć prawdopodobieństwo poważnych obrażeń po uderzeniu kamieniem czy metalową kulką wystrzeloną z procy jest zdecydowanie większe niż uderzenie gumową kulą wystrzeloną ze strzelby.
Zasady użycia broni. Czy są skuteczne?
Organizatorzy nielegalnych przerzutów doskonale znają polskie zasady użycia siły (ang. Rules of Engagement - ROE). Wiedzą też, że każde otwarcie ognia wywołuje w Polsce duże poruszenie, skutkuje zatrzymaniami i tymczasowymi aresztami dla osób, które otworzyły ogień.
Ponieważ szczegóły takich zdarzeń automatycznie obejmowane są tajemnicą śledztwa, więc ani opinia publiczna, ani broniący granic nie znają faktów. To generuje plotki i rodzi emocje. Żołnierze i funkcjonariusze obawiają się zatrzymania, aresztowania, postawienia zarzutów (to ostatnie oznacza zawieszenie w czynnościach służbowych oraz wielomiesięczne zmniejszenie uposażenia o połowę). Potężna jest też obawa przed linczem ze strony - silnych politycznie i medialnie - środowisk proimigranckich.
Być może dlatego - zagrażające życiu - ataki kamieniami czy koktajlami Mołotowa, ostrzeliwanie z proc nie jest jeszcze powodem do decyzji o użyciu ostrej amunicji. Według części proobronnych ekspertów znających realia służby na granicy, ROE powinno być zmienione. Tak aby takie ataki były traktowane jaka zagrożenie życia.
Oczywiście istnieje obawa, że zbytnia liberalizacja zasad otwarcia ognia może doprowadzić do tragedii. Dlaczego? Ponieważ na granicy codziennie czuwa kilka tysięcy ludzi w mundurach o różnym poziomie wyszkolenia i odporności psychicznej. Niektórzy z nich mogą zbyt szybko decydować się na użycie broni. Dlatego odmienne, bardziej agresywne ROE można wprowadzić wyłącznie w starannie wyselekcjonowanych pododdziałach SG i Sił Zbrojnych, np. w siłach specjalnych.
Wykorzystanie „afgańskich wniosków” do obrony granicy
Różne - w wojskach regularnych oraz siłach specjalnych - zasady użycia siły przynosiły bardzo dobre efekty np. w kontyngencie w Afganistanie. Oczywiście, ze względu odmienny mandat misji, nie da się w prosty sposób zestawić operacji pod Hindukuszem ze „Śluzą”. Ale wykorzystanie „afgańskich wniosków” do obrony granicy skutkowałoby zdecydowanie większym odstraszaniem niż obecnie.
Najprawdopodobniej jednak decydenci nie podejmą tego tematu. Wywołałby on bowiem debatę społeczną i ostrą krytykę ze strony środowisk proimigranckich. Czy ta sytuacja może ulec zmianie? Tak. W jednym wypadku, ale miejmy nadzieję, że do niego nie dojdzie: jeśli w wyniku ataku na granicy poważnie obrażenia lub śmierć poniesie nasz rodak, wtedy temat ROE wróci. Tak było po śmierci sierż. Mateusza Sitka, który poniósł śmierć w obronie granicy.
Zarówno Białorusini, jak i ich „podopieczni” wiedzą więc, że do momentu, gdy fizycznie nie zaatakują Polaków, ci nie otworzą ognia. Choć więc każdy z broniących granicy nosi karabinek kal. 5,56 lub pistolet kal. 9 mm, imigranci nie obawiają się tej broni.
Gazy łzawiące, flashbangi i strzelby gładokolufowe
Czego więc najbardziej się boją? Gazów łzawiących (ze względu na kształt nazywanych na granicy „gaśnicami”). Niestety, „gaśnice” mają zasięg rażenia ograniczony do kilku metrów.
Dokuczliwe są flashbangi, czyli granaty hukowo-błyskowe, służące głównie do rozpraszania „kamieniarzy” i „procarzy”. Choć brzmi to jak absurd - w sytuacji, gdy z białoruskiej strony trwa agresywny atak - to flashbangi rzuca się pod płot po polskiej stronie. Osłabia to oszałamiający efekt eksplozji, ale robi się tak ze względu na obawę, że zebrawszy fragmenty zdetonowanego granatu Białorusini propagandowo wykorzystają je jako dowód naruszenia granicy, czyli incydent o skali międzynarodowej.
Skuteczne są strzelby gładkolufowe z pociskami gumowymi kalibru 12/70. Trafienie taką kulą powoduje silny ból. Strach wzmagają też psy służbowe. Nie dlatego, że Muzułmanie uznają te zwierzęta za nieczyste. Ale z bardzo praktycznych powodów - interweniujący pies może dotkliwie pogryźć.
Aby ograniczyć ryzyka, przemytnicy obserwują teren po polskiej stronie za pomocą lusterek. Wybierają miejsca, w których nie widać mundurowych ze strzelbami czy psami.
Siły specjalne na granicy. Dlaczego budzą strach u imigrantów?
Atakujący polską granicę boją się również sił specjalnych. Wartowników czuwających na „pasku” wspierają bowiem funkcjonariusze z Wydziału Zabezpieczenia Działań Podlaskiego Oddziału SG oraz z Jednostki Wojskowej Komandosów z Lublińca. Taktyka specjalsów jest agresywna. Wchodząc do akcji prowadzą nawałę ogniową ze strzelb i używają granatów hukowo-błyskowych, aby jak najszybciej osiągnąć przewagę nad przeciwnikiem. Ich celami głównie są „kamieniarze”, „procarze” oraz instruktorzy. Kierujący przerzutem łatwo rozpoznać po kaskach motocyklowych.
Gdy ci, którym udało się pokonać płot, ale nie zdążyli przejść przez zwoje concertiny, zauważą zbliżających się Polaków, najczęściej sami kładą się na ziemi nie stawiając oporu. Są przeszukiwani, kajdankowani i prowadzeni do „okien życia”.
Ważnym zadaniem jest eliminowanie wspomnianych już dronów. Obserwacyjne ułatwiają nielegalne przekraczanie granicy. Ale wojsko i SG znajdują również drony transportowe o udźwigu do kilkudziesięciu kilogramów. Wykorzystuje się je do przemytu papierosów. Eksperci alarmują jednak, że po rozpoznaniu systemu polskiej ochrony, drogą powietrzną będzie można sprawnie przerzucać materiały wybuchowe i inny sprzęt do prowadzenia sabotażu i dywersji na terenie Unii Europejskiej.
Należy więc stworzyć skuteczną barierę chroniącą granicę w powietrzu. To powinien być system złożony z punktów kontrolnych wyposażonych w sprzęt do niszczenia bezzałogowców z ziemi oraz - to wniosek z wojny w Ukrainie - z dronów FPV wykorzystywanych do niszczenia dronów przeciwnika.
Olbrzymie koszty operacji. Dlaczego Operacja „Śluza” osłabia Polskę?
Znając polskie ograniczenia, nasi przeciwnicy czują się bezkarni. Po ileś razy podejmują próby naruszenia granicy. To zaś generuje olbrzymie koszty dla budżetu państwa oraz wpływa na profesjonalizm służb mundurowych.
W Podlaskim i Nadbużańskim Oddziale SG, które ochraniają granicę z Białorusią, codziennie służbę pełni odpowiednio ponad 2100 i ok. 2500 ludzi. Służą tam funkcjonariusze z jednostek SG rozsianych po całym kraju.
Siły Zbrojne chronią granicę od sierpnia 2021 r. Od tego momentu, codziennie służy tam po 5 tys. żołnierzy. Dokładne statystyki są niejawne. W tym roku w sytuacji zagrożenia mogło ich być nawet 17 tys. Tak bowiem wynika z aktualizowanej co rok decyzji ministra obrony narodowej. Jak informuje DORSZ, łączny koszt zaangażowania armii w ochronę granicy polsko-białoruskiej w latach 2021-2025 wyniósł ponad 2,66 mld zł. Największa część tej kwoty to nakłady na budowę i utrzymanie infrastruktury, m.in. obozowisk czy systemu punktów wartowniczych. Pochłonęło to 1,44 mld zł. Wynagrodzenia żołnierzy i różne dodatki służbowe - czyli koszty osobowe - wyniosły 354,5 mln zł. Pozostałe koszty operacyjne to 869,2 mln zł.
W efekcie starć z nielegalnymi imigrantami rannych i poszkodowanych zostało 23 żołnierzy. Jeden poniósł śmierć. To sierż. Mateusz Sitek, który 28 maja 2024 r. został ugodzony nożem przez napastnika znajdującego się po drugiej stronie płotu. Zmarł 6 czerwca 2024 r.
Rany i obrażenia w wyniku ataków ze strony białoruskiej odniosło 17 funkcjonariuszy Straży Granicznej.
Wygaszanie Operacji „Śluza”. Co dalej na wojnie kognitywnej?
Gdy późną jesienią 2025 r. granica została solidnie uszczelniona dzięki zaporze elektronicznej, przeciwnik wygenerował nowy etap wojny kognitywnej. Nocą 15 listopada doszło do dywersji w rejonie Garwolina. Ładunek wybuchowy uszkodził tor kolejowy na strategicznej trasie Warszawa - Lublin. Kilka dni później wicepremier i szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz, minister spraw wewnętrznych i administracji Marcin Kierwiński oraz szef Sztabu Generalnego WP gen. Wiesław Kukuła ogłosili początek wojskowej operacji „Horyzont”. Od tego momentu codziennie do 10 tys. żołnierzy ma wspierać inne służby w ochronie infrastruktury kolejowej.
Kilkuletnie przeciwdziałanie białoruskiej Operacji „Śluza” generuje olbrzymie koszty, budzi emocje, polaryzuje społeczeństwo. I - co równie ważne, a często pomijane - codziennie odciąga tysiące żołnierzy, od szkolenia przygotowującego do działania związanego z obroną Polski w czasie kryzysu i wojny. Oczywiście powinni to robić, bo taka jest potrzeba.
W takiej sytuacji najważniejsze jest to, żeby osoby podejmujące decyzje i mające wpływ na opinię publiczną, miały świadomość, że ktoś to wszystko przeciwko Polsce i Unii Europejskiej zaplanował i precyzyjnie wdraża.
Po uszczelnieniu zapory Operacji „Śluza” traci na znaczeniu, ale Europa nadal przegrywa ten element wojny kognitywnej. Czy możemy ją wygrać? Tak. Pod trzema warunkami. Po pierwsze społeczeństwa Unii Europejskiej muszą zrozumieć, że są na wojnie kognitywnej. Po drugie - Unia Europejska powinna zbudować skuteczne systemy zabezpieczenia: od fizycznych zapór chroniących granice zewnętrzne, po modyfikację systemów wsparcia socjalnego zniechęcające do imigracji na nasz kontynent. Po trzecie: przez skuteczne wsparcie społeczności zainteresowanych imigracją w ich rodzimych środowiskach.
To druga część reportażu Jarosława Rybaka z granicy. Pierwszą znajdziesz TUTAJ.