Spis treści
Koncepcja wspólnej europejskiej obrony nie jest nowa, jej korzenie sięgają lat 50. XX wieku i nieudanego projektu Europejskiej Wspólnoty Obronnej. Przez dekady pomysł powracał w różnych formach, najczęściej w momentach kryzysu lub poczucia zagrożenia. W ostatnich latach idea zyskała na popularności w odpowiedzi na dwa główne czynniki: agresywną politykę Rosji oraz nieprzewidywalność polityki zagranicznej USA, szczególnie w okresie prezydentury Donalda Trumpa.
Zwolennicy, tacy jak hiszpański minister spraw zagranicznych Jose Manuel Albares czy unijny komisarz ds. obrony Andrius Kubilius, argumentują, że Europa musi wziąć większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo. Kubilius posunął się nawet do propozycji stworzenia stałych sił zbrojnych liczących 100 tys. żołnierzy, zarządzanych przez nową Europejską Radę Bezpieczeństwa. W tle tych dyskusji znajduje się dążenie do tzw. strategicznej autonomii, czyli zdolności UE do samodzielnego działania na arenie międzynarodowej bez oglądania się na Waszyngton.
Szef NATO studzi zapał: "Putinowi by się to spodobało"
Mimo rosnącego poparcia, koncepcja niezależnej armii europejskiej napotyka silny opór ze strony kluczowych stron. Sekretarz generalny NATO, Mark Rutte, podczas wystąpienia w Parlamencie Europejskim w Brukseli, wezwał zwolenników projektu, by „przestali marzyć”. Jego zdaniem Europa nie jest w stanie samodzielnie się obronić bez wsparcia Stanów Zjednoczonych, a próby tworzenia równoległych struktur byłyby nie tylko kosztowne, ale i niebezpieczne.
„Jeśli ktokolwiek myśli, że Unia Europejska, czy Europa jako całość, może się obronić bez Stanów Zjednoczonych, niech marzy dalej. Nie dacie rady. My nie damy rady. Potrzebujemy siebie nawzajem”.
Głównym argumentem Ruttego jest to, że tworzenie odrębnej armii doprowadziłoby do niepotrzebnego dublowania struktur i zasobów, które już istnieją w ramach NATO. Europejskie armie, zamiast się wzmacniać, zostałyby rozciągnięte i osłabione przez konieczność obsługi dwóch równoległych systemów dowodzenia i logistyki. Rutte podkreślił, że znalezienie dodatkowych żołnierzy i zasobów byłoby ogromnym wyzwaniem. Taki scenariusz, jego zdaniem, najbardziej ucieszyłby prezydenta Rosji Władimira Putina, ponieważ prowadziłby do osłabienia spójności i efektywności Sojuszu Północnoatlantyckiego.
„Myślę, że będzie dużo duplikatów i życzę wam powodzenia, jeśli chcecie to zrobić, ponieważ musicie znaleźć mężczyzn i kobiety w mundurach – oni już będą na bieżąco z tym, co się dzieje” – powiedział.
Jak dodał: „To jeszcze bardziej skomplikuje sprawę. Myślę, że Putinowi się to spodoba. Więc zastanów się jeszcze raz”.
Ogromne koszty i utrata parasola nuklearnego USA
Kolejnym argumentem przeciw jest astronomiczny koszt. Rutte oszacował, że gdyby Europa chciała działać samodzielnie, wydatki na obronność musiałyby znacznie przekroczyć nawet ambitny cel 5% PKB. Wyraził również uznanie dla Trumpa za to, że doprowadził do tego, że wszystkie państwa NATO zwiększyły wydatki na obronność do co najmniej 2 procent PKB w ubiegłym roku.
„Czy naprawdę myślisz, że Hiszpania, Włochy, Belgia i Kanada zdecydowałyby się na wzrost z 1,5 do 2 procent… bez Trumpa? Nie ma mowy” – powiedział Rutte.
Dodał, że bez Stanów Zjednoczonych obrona Europy kosztowałaby fortunę.
„Jeśli naprawdę chcecie działać w pojedynkę w Europie… zapomnijcie, że możecie to osiągnąć z 5 procentami” – powiedział Rutte. „To będzie 10 procent” – argumentował – i będzie kosztować „miliardy euro”, aby zastąpić amerykański odstraszacz nuklearny.
Co ważniejsze, oznaczałoby to utratę „ostatecznego gwaranta naszej wolności, jakim jest amerykański parasol atomowy”. Bez tego filaru bezpieczeństwo kontynentu stanęłoby pod znakiem zapytania.
„Musicie zbudować własny potencjał nuklearny – to kosztuje miliardy euro. W takim scenariuszu stracicie… ostatecznego gwaranta naszej wolności, jakim jest amerykański parasol atomowy. Powodzenia.”
W odpowiedzi Paula Pinho, główna rzeczniczka Komisji Europejskiej, stwierdziła, że nacisk polityczny powinien nadal koncentrować się na uczynieniu UE „coraz bardziej odporną” i „coraz bardziej niezależną” na „różnych frontach”, w tym w zakresie bezpieczeństwa i obrony.
„Mamy pozytywną historię do opowiedzenia, jeśli chodzi o to, jak udało nam się zmniejszyć naszą zależność od importu paliw kopalnych z Rosji” – powiedział Pinho we wtorek (27 stycznia). „Takie zależności widać również w innych obszarach: w obronności, w dostawach surowców krytycznych”.
„Staramy się robić wszystko, co konieczne, aby zmniejszyć tę zależność, ograniczyć to narażenie”.
Pinho nawiązał do przemówienia przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen wygłoszonego w zeszłym tygodniu, w którym wezwała ona do większej „ europejskiej niezależności ” w odpowiedzi na rosnącą niestabilność geopolityczną i konfrontację. Von der Leyen zapowiedziała również nową strategię bezpieczeństwa, ze szczególnym naciskiem na zacięty spór o Arktykę.
„W rzeczywistości łączymy szereg działań w jednym celu” – kontynuował Pinho. „Aby zapewnić nam stopniową niezależność”.
Nie wszyscy się zgadzają z sekretarzem NATO
Najostrzejsza reakcja na słowa M. Rutte nadeszła z Francji, gdzie zagorzali zwolennicy koncepcji „strategicznej autonomii” i preferencji „Made in Europe” skrytykowali jego myślenie.
„Nie, drogi Marku Rutte. Europejczycy mogą i muszą wziąć odpowiedzialność za swoje bezpieczeństwo. Nawet Stany Zjednoczone się z tym zgadzają. To europejski filar NATO” – napisał francuski minister spraw zagranicznych Jean-Noël Barrot na swoim koncie X.
Francuska minister sił zbrojnych Catherine Vautrin powiedziała we francuskim radiu, że „to, co widzimy dzisiaj, to konieczność utworzenia europejskiego filaru NATO”. Pomysł, aby wzmocnić Europejczyków w ramach sojuszu wojskowego, po raz pierwszy przedstawiony przez Francję kilka lat temu, jest obecnie popierany przez inne kraje, w tym Niemcy.
Benjamin Haddad, zastępca ministra ds. europejskich Francji, powtórzył to przesłanie, wskazując na fakt, że to Europa, a nie Stany Zjednoczone, jest największym darczyńcą dla Ukrainy.
„Musimy pójść znacznie dalej (przyp. red. w obronie). Nie mamy innego wyboru. Widzimy świat, który staje się coraz bardziej brutalny i brutalny. Widzimy groźby ze strony amerykańskich sojuszników wobec suwerenności Danii” – powiedział Haddad w wywiadzie dla DW.
„Czas wziąć sprawy w swoje ręce i bronić naszego bezpieczeństwa. Ale prawda jest taka: Europejczycy nie są słabi. Mamy narzędzia. Mamy instrumenty”.
Muriel Domenach, była ambasador Francji przy NATO, napisała na X, że „przy całym szacunku dla Sekretarza Generalnego NATO, to nie jest: właściwe pytanie... właściwa odpowiedź: wytykanie europejskiej słabości w celu zapewnienia sobie gwarancji ze strony USA jest przestarzałym podejściem i wysyła Rosji zły sygnał”.
Nathalie Loiseau, znana francuska europosłanka, obecna na posiedzeniu komisji, na którym przemawiał Rutte, przedstawiła bardziej dosadną ocenę.
„To był haniebny moment” – napisała Loiseau w mediach społecznościowych.
„Rutte uważa, że bycie niegrzecznym wobec Europejczyków zadowoli Trumpa. Nie potrzebujemy fanatyka Trumpa. NATO musi przywrócić równowagę między działaniami USA i Europy”.
Tymczasem Charles Michel, były przewodniczący Rady Europejskiej, wyśmiał szefa NATO za to, że podczas zeszłorocznej wojny między Izraelem a Iranem nazywał Trumpa „tatusiem”. Trump później użył tego określenia, aby bronić własnych decyzji w polityce zagranicznej.
„Drogi Marku Rutte, mylisz się. Europa obroni się sama. A Donald Trump nie jest moim tatą” – powiedział Michel. „Przyszłość Europy wymaga wizji, odwagi i przywództwa. Nie rezygnacji, poddania się i fatalizmu”.
Napięcia transatlantyckie w tle: Rola Donalda Trumpa
Debata o europejskiej armii jest nierozerwalnie związana z postacią Donalda Trumpa. Jego prezydentura, charakteryzująca się hasłem "America First", podważyła zaufanie do USA jako niezawodnego sojusznika. Trump wielokrotnie krytykował europejskich członków NATO za zbyt niskie wydatki na obronność i groził osłabieniem zaangażowania USA w Sojusz.
Napięcia osiągnęły apogeum w związku z jego żądaniami dotyczącymi przejęcia przez USA kontroli nad Grenlandią, co wywołało kryzys dyplomatyczny z Danią. Chociaż Rutte zapewniał, że Trump pozostaje zaangażowany w NATO, a spór o Grenlandię został załagodzony, incydent ten wzmocnił w Europie głosy nawołujące do uniezależnienia się od Waszyngtonu. Wielu analityków uważa, że polityka Trumpa "nieodwracalnie uszkodziła" zaufanie wewnątrz Sojuszu.
Rutte podkreślił, że zobowiązanie USA do przestrzegania artykułu piątego NATO dotyczącego wzajemnej obrony pozostaje „całkowite”, ale Stany Zjednoczone oczekują, że kraje europejskie będą nadal zwiększać wydatki na swoje siły zbrojne. „Potrzebują bezpiecznego euroatlantyckiego sojuszu, a także bezpiecznej Europy. Dlatego Stany Zjednoczone mają pełne prawo do NATO” – powiedział.
W sprawie Grenlandii Rutte powiedział, że uzgodnił z Trumpem, że NATO „weźmie na siebie większą odpowiedzialność za obronę Arktyki”, ale negocjacje w sprawie obecności USA na wyspie należą do władz Grenlandii i Danii. „Nie mam mandatu do negocjowania w imieniu Danii, więc tego nie zrobiłem i nie będę negocjował” – powiedział.
Ostra krytyka ze strony szefa NATO nie oznacza, że Sojusz sprzeciwia się wzmacnianiu europejskiej obronności. Wręcz przeciwnie, istnieje koncepcja, która mogłaby pogodzić obie wizje: rozwój silnego europejskiego filaru w ramach NATO. Taki model zakłada, że państwa europejskie zwiększają swoje zdolności obronne, inwestują we własny przemysł zbrojeniowy i zacieśniają współpracę, ale robią to w ramach istniejących struktur Sojuszu, pod wspólnym dowództwem.
Wydaje się, że jest to kierunek preferowany przez Marka Ruttego, który pochwalił europejskich sojuszników za osiągnięcie celu wydatków 2% PKB na obronność, co było w dużej mierze efektem presji ze strony Trumpa.