Spis treści
Zgodnie z doniesieniami amerykańskich mediów, decyzja o wysłaniu dodatkowych sił jest bezpośrednią reakcją na dynamiczną sytuację na Bliskim Wschodzie. Dziennik „Wall Street Journal” jako pierwszy poinformował, że Pentagon planuje wysłać trzy tysiące żołnierzy w rejon Zatoki Perskiej, a stosowny rozkaz jest kwestią godzin. Informacje te potwierdziła agencja Reutera, która, powołując się na dwa niezależne źródła, również napisała o „tysiącach dodatkowych żołnierzy”.
Oficjele, z którymi rozmawiali dziennikarze, zastrzegli anonimowość, podkreślili oni, że choć nie zapadła jeszcze ostateczna decyzja w sprawie wysłania wojsk lądowych bezpośrednio do Iranu, to rozmieszczenie sił szybkiego reagowania znacząco poszerza wachlarz możliwości działania dla prezydenta USA. Na ten moment nie sprecyzowano, gdzie dokładnie trafią jednostki ani kiedy dotrą do wskazanych baz w regionie.
Elita amerykańskiej armii wkracza do gry
Centralnym elementem planowanego wzmocnienia jest elitarna 82. Dywizja Powietrznodesantowa, stacjonująca na co dzień w Fort Bragg w Karolinie Północnej. Jest to jedna z najbardziej rozpoznawalnych i wszechstronnych jednostek amerykańskiej armii, stanowiąca trzon sił szybkiego reagowania (Immediate Response Force). Żołnierze tej dywizji utrzymują ciągłą gotowość bojową i są zdolni do przerzutu w dowolne miejsce na świecie w ciągu kilkunastu godzin od otrzymania rozkazu.
Spekulacje na temat możliwego wysłania dywizji w rejon konfliktu pojawiły się już na początku marca. Jak informował wówczas „Washington Post”, jednostka odwołała planowane wcześniej ćwiczenia, co analitycy zinterpretowali jako przygotowanie do potencjalnej misji bojowej związanej z eskalacją napięć z Iranem. Przerzut tej formacji jest wyraźnym sygnałem, że Stany Zjednoczone przygotowują się na różne scenariusze, włączając w to operacje wymagające błyskawicznej interwencji.
Nowe opcje dla prezydenta Trumpa i eskalacja napięć
Rozmieszczenie 82. Dywizji Powietrznodesantowej w regionie wpisuje się w szerszy kontekst eskalacji militarnej, która ma miejsce od początku wojny USA i Izraela z Iranem. Działania te dają prezydentowi Donaldowi Trumpowi większą elastyczność od możliwości zabezpieczenia kluczowej infrastruktury, jak Cieśnina Ormuz, po ewentualne ograniczone operacje lądowe. Analitycy wskazują, że choć inwazja lądowa na Iran jest ryzykowna politycznie, posiadanie w regionie tak mobilnych sił stanowi argument w ewentualnych negocjacjach lub dalszych działaniach militarnych.
Decyzja o wysłaniu spadochroniarzy następuje krótko po innych działaniach wzmacniających obecność USA w regionie. Warto przypomnieć, że w piątek 20 marca Pentagon ogłosił wysłanie na Bliski Wschód grupy uderzeniowej, w skład której wchodzą: okręt desantowy USS Boxer; licząca 2,5 tys. żołnierzy jednostka ekspedycyjna piechoty morskiej (Marines); dwa okręty towarzyszące; myśliwce F-35, pociski rakietowe i łodzie desantowe na pokładach jednostek.
Państwa Zatoki Perskiej wobec Iranu: presja na Waszyngton
Państwa Zatoki Perskiej coraz śmielej sygnalizują gotowość do przyłączenia się do działań militarnych przeciwko Teheranowi. Dziennik „Wall Street Journal” napisał, że państwa te są „coraz bliżej przyłączenia się do działań militarnych przeciwko Teheranowi w związku z irańskimi atakami w regionie”.
„New York Times” dodał, że faktyczny władca Arabii Saudyjskiej, następca tronu Mohammed bin Salman, „naciska na kontynuowanie uderzeń na Iran”. W poniedziałek „WSJ”, powołując się na arabskich urzędników, informował, że przywódcy państw Zatoki Perskiej, w szczególności Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, „namawiają prezydenta USA Donalda Trumpa, aby dokończył operację i zniszczył potencjał militarny Iranu”.
Według „NYT”, Mohammed bin Salman miał argumentować, że amerykańsko-izraelskie działania zbrojne stanowią „historyczną okazję” do zmian na Bliskim Wschodzie. Władze w Rijadzie zezwoliły ostatnio siłom amerykańskim na korzystanie z bazy lotniczej King Fahd w zachodniej części kraju, co jest znaczącą zmianą w polityce, gdyż przed rozpoczęciem wojny Arabia Saudyjska zastrzegała, że USA nie będą mogły korzystać z jej terytorium do ataków na Iran.
Minister spraw zagranicznych Arabii Saudyjskiej, Faisal bin Farhan, w czwartek po serii irańskich ataków na infrastrukturę energetyczną w Zatoce Perskiej, powiedział: „Cierpliwość Arabii Saudyjskiej wobec irańskich ataków nie jest nieograniczona”. Dodał również, że „przekonanie, iż kraje Zatoki Perskiej nie są w stanie zareagować, jest błędem”.
„NYT”, powołując się na źródła, zaznaczył, że Arabia Saudyjska „postrzega Iran jako długoterminowe zagrożenie dla państw Zatoki Perskiej, które można wyeliminować przez obalenie jego obecnych władz”. Dziennik podkreślił jednak, że Saudowie „nie chcą jednak doprowadzić do upadku irańskiego państwa, co z kolei wydaje się być celem Izraela”.
Polecany artykuł:
Chociaż Zjednoczone Emiraty Arabskie publicznie oświadczyły, że nie wezmą udziału w atakach na Iran, według ustaleń „WSJ” „trwają dyskusje na temat przyłączenia się państwa do działań wojennych”. Gazeta dodała, że władze w Abu Zabi „opowiadają się też przeciwko zawieszeniu broni, które pozwoliłoby Iranowi na zachowanie potencjału militarnego”.
Oba amerykańskie dzienniki podkreśliły, że wojna ma „ogromne konsekwencje dla gospodarek państw Zatoki Perskiej i stawia je w trudnym położeniu politycznym”. Arabskie państwa regionu „wiedzą, że nie mają dużego wpływu na decyzję USA i obawiają się, że jeśli Trump postanowi nagle zakończyć wojnę, będą musiały same stawić czoła Iranowi” – skomentował „WSJ”.
Warto również przypomnieć, że Irański Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) ogłosił w odwecie zamknięcie cieśniny Ormuz, przez którą transportowana jest większość ropy naftowej z Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Kuwejtu, co ma ogromne znaczenie dla światowej gospodarki.
Dyplomacja w cieniu konfliktu: plan pokojowy USA
Pomimo eskalacji konfliktu i wzmacniania obecności wojskowej, Stany Zjednoczone jednocześnie poszukują dyplomatycznych rozwiązań. „New York Times” podał, że USA za pośrednictwem Pakistanu przekazały Iranowi „15-punktowy plan zakończenia wojny”, powołując się na dwóch urzędników wtajemniczonych w sprawę. Według gazety, „sygnalizuje to chęć jej szybkiego zakończenia przez Biały Dom”.
Plan, według oficjeli cytowanych przez dziennik, dotyczy irańskiego programu pocisków balistycznych i programu nuklearnego – „dwóch głównych celów kampanii bombowej prowadzonej od 28 lutego przez Izrael i USA”. Obejmuje również kwestię szlaków morskich, co odnosi się przede wszystkim do blokady cieśniny Ormuz, przez którą przepływa około 20 proc. światowych dostaw ropy naftowej i gazu.
Nie jest jednak jasne, czy Izrael – prowadzący bombardowania wspólnie z USA – zaakceptował tę propozycję. Nie wiadomo również, na ile szeroko plan został rozpowszechniony wśród irańskich decydentów i czy Teheran przyjmie go jako podstawę negocjacji.
Rzeczniczka Białego Domu, Karoline Leavitt, potwierdziła, że „trwają zabiegi dyplomatyczne”, ale zastrzegła, że USA „kontynuują operację Epic Fury bez zmian, by osiągnąć cele wojskowe wyznaczone przez naczelnego dowódcę i Pentagon”.
Według „NYT”, szef sztabu armii pakistańskiej, marszałek Syed Asim Munir, „wyrósł na głównego pośrednika między Waszyngtonem a Teheranem, przy wsparciu Egiptu i Turcji, które zachęcają Iran do konstruktywnego zaangażowania”. Gazeta twierdzi, że Munir utrzymuje bliskie kontakty z irańskim Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC), co ma dowodzić, że jest wiarygodnym pośrednikiem.
Według urzędników z Iranu i Pakistanu, których cytuje gazeta, Munir zwrócił się niedawno do przewodniczącego irańskiego parlamentu i byłego dowódcy IRGC, Mohammada Baghera Ghalibafa, z propozycją, by Pakistan był gospodarzem rozmów irańsko-amerykańskich. Gazeta przypomniała, że w ubiegłym roku Munir dwukrotnie rozmawiał z Trumpem, który określił go mianem swojego „ulubionego feldmarszałka”. We wtorek premier Pakistanu, Shehbaz Sharif, napisał na profilu społecznościowym, że jego kraj „w pełni wspiera trwające wysiłki na rzecz dialogu” i jest gotów być gospodarzem rozmów.
„NYT” podkreślił zarazem, że Iran „może mieć trudności z szybką odpowiedzią na amerykańską propozycję ze względu na trudności komunikacyjne wewnątrz irańskiego reżimu”. Wyżsi rangą urzędnicy mają się też obawiać, że w razie bezpośrednich spotkań „mogą stać się celem izraelskich bombardowań”. Nie jest też jasne, „kto obecnie w Teheranie podejmuje decyzje w sprawach dyplomacji, wojny i pokoju”.
Dziennik podkreślił jednocześnie, że gotowość Białego Domu do negocjacji sugeruje, iż Trump „byłby skłonny pozostawić obecny reżim u władzy – przynajmniej na razie – w osłabionej i bardziej uległej formie”. To może być klucz do zrozumienia przyszłych kroków w tej skomplikowanej grze dyplomatycznej i militarnej na Bliskim Wschodzie.