• Dlaczego Iran publicznie zaprzecza istnieniu negocjacji, które według Waszyngtonu już się rozpoczęły?
• Czy pięciodniowe wstrzymanie ataków to realna próba deeskalacji, czy jedynie taktyczna pauza przed eskalacją konfliktu?
• Jak na ewentualne rozmowy USA–Iran reaguje Izrael, który zainicjował działania wojenne?
Według Donalda Trumpa są to „produktywne rozmowy”
Problem w tym, że co innego głosił Waszyngton, a co innego Teheran. Dziennik „New York Times” podkreśla, że irańscy urzędnicy publicznie zaprzeczyli, jakoby toczyły się jakiekolwiek negocjacje na temat warunków zakończenia wojny. Z kolei amerykańscy urzędnicy stwierdzili natomiast, że kontakty te są na bardzo wczesnym etapie i nie mają charakteru merytorycznego. Donald Trump uważa jednak, że po raz pierwszy od wybuchu wojny USA i Islamska Republika Iranu rozpoczęły „produktywne rozmowy”.
I dla ich podtrzymania Trump, niejako w geście tzw. dobrej woli, obwieścił, że USA powstrzymają się z zapowiadanymi atakami na irańskie elektrownie do piątku. W poniedziałek (23 marca) prezydent USA powiedział dziennikarzom: „Robimy pięciodniowy okres. Zobaczymy, jak to pójdzie, a jeśli pójdzie dobrze, to w końcu to rozstrzygniemy. W przeciwnym razie będziemy bombardować z całych sił”.
O szczegółach tych „produktywnych rozmów” Biały Dom nie wypowiada się. Wiadomo, że stronę amerykańską reprezentuje m.in. zięć Trumpa (który nabrał już doświadczenia jako mediator w negocjacjach między Ukrainą a Rosją) Jared Kushner oraz specjalny prezydencki wysłannik Steve Witkoff (też uczestniczy w rozmowach ws. zakończenia wojny na Ukrainie). Ten drugi, według mediów amerykańskich, miał się kontaktować bezpośrednio z irańskim ministrem spraw zagranicznych Abbasem Araghchim.
Kto mówi prawdę, a kto konfabuluje – trudno stwierdzić
Iran jednak nie potwierdza, by prowadził dialog dyplomatyczny z USA. Mohammad Bagher Ghalibaf, przewodniczący irańskiego parlamentu, napisał w mediach społecznościowych, że są to próby „wyjścia z bagna, w którym znalazły się USA i Izrael”. Kto mówi prawdę, a kto konfabuluje – trudno stwierdzić. W dyplomacji, szczególnie wojennej, jedno i drugie ma prawo do zaistnienia.
W dyplomacji ważką rolę pełnią mediatorzy. W tym przypadku wydaje się, że powinni być nimi przedstawiciele państw arabskich. Ci jednak, nie odżegnując się od takiej roli, stawiają sprawę jasno: jeśli Iran przestanie nas atakować, to podejmiemy się mediacji.
Z kolei Teheran nie zrezygnował z żądań wobec tych państw, by z ich terytoriów nie były prowadzone operacje wojskowe przeciwko Iranowi. I koło się zamyka. Gotowość do podjęcia się mediacji wyraziły Turcja i Pakistan. Teheran takie propozycje kwituje stwierdzeniami: „nie szukamy mediacji, która tylko usprawiedliwia amerykańskie ataki” i wskazuje, że „wszystkie takie inicjatywy powinny być skierowane do USA jako strony inicjującej wojnę”.
Tę wojnę – przynajmniej z tego, co jest wiadome – zainicjował jednak Izrael. USA – jak głoszą tzw. pogłoski – miały się przyłączyć do niej, bo Binjamin Netanjahu miał przekazać Trumpowi, że atak wywoła wewnętrzną rewolucję w Iranie, która zmiecie ze sceny politycznej rząd ajatollahów. Powtarzam informacje po amerykańskich mediach.
Jakiekolwiek próby zakończenia wojny są oczekiwane i godne pochwały
Zakładając, że toczą się jakieś „produktywne rozmowy” między USA a Iranem, to jak mogą być one postrzegane przez państwo, które zainicjowało wojnę, której skutki odczuwa nie tylko Bliski i Środkowy Wschód, ale praktycznie cały świat?
Podkreślić należy, że bez amerykańskiego wsparcia Izrael nie mógłby prowadzić wojny w takim wymiarze, jak obecnie. W izraelskich mediach sporo o tym – z przecieków od anonimowych, ale tzw. dobrze poinformowanych źródeł – że USA dążą do zakończenia wojny do 9 kwietnia. To mniej więcej zgadzałoby się z tym, co mówił Trump 1 marca, przekazując światu, że działania militarne wobec Iranu planowane są na „4-5 tygodni”. Na wszelki wypadek dodał wówczas, że „mogą trwać znacznie dłużej, jeśli będzie trzeba”.
Netanjahu i jego otoczenie konsekwentnie podkreślają, że Izrael jest gotów na zakończenie wojny i porozumienie z Iranem, o ile ten całkowicie zrezygnuje z programu jądrowego, ograniczy arsenał rakiet dalekiego zasięgu i wyrzeknie się wspierania sojuszników w rodzaju Hezbollahu, Hamasu i im podobnych.
Reasumując: jakiekolwiek rozmowy dyplomatyczne zmierzające do zakończenia tej wojny, za którą płaci nie tylko podatnik amerykański, ale także i polski, choćby za drożejącą benzynę, są godne pochwały. Czy jednak mogą szybko doprowadzić do finału oczekiwanego przez świat?
Polecany artykuł: