• Na Placu Czerwonym nie było czołgów, ale przeleciały nad nim myśliwce.
• Putin powiedział: „Zwycięstwo zawsze było i zawsze będzie nasze”.
• Rosja zaakceptowała propozycję 3-dniowego rozejmu na prośbę Donalda Trumpa.
Skromna defilada i wyjątkowo krótkie przemówienie Putina
Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, niejako z przyczyn natury obiektywnej, po bruku Placu Czerwonego nie przejechały pojazdy wojskowe. Jedyną awtomaszyną był rządowy, luksusowy, wielce podobny do Rolls-Royce’a, kabriolet marki Aurus. Jakby ktoś nie wiedział, to ta nazwa pochodzi z połączenia łacińskiego słowa „aurum” (złoto) i „Russia”. Czyli „Złota Rosja”. Jednak nie na tym całkiem niczego sobie samochodzie (w mikroprodukcji od 2018 r.) skupiała się uwaga obserwatorów uroczystości. Czekano na to, co powie prezydent Putin. Sensacji nie było.
Było o tym, że wkład ZSRR w pokonanie nazizmu, uratowanie świata przed „totalnym złem” i przywrócenie suwerenności państwom okupowanym przez Hitlera był decydujący. Kto oczekiwał, że Putin wspomni choćby zdaniem o pomocy aliantów dla Związku Sowieckiego, ten się pomylił w tych oczekiwaniach. Nadmienił, że zwycięstwo było możliwe nie tylko dzięki Armii Czerwonej, ale wszystkim ludziom radzieckim.
Parę razy podkreślił, żeby cały świat nie miał złudzeń (a szczególnie Ukraina), że „zwycięstwo zawsze było i zawsze będzie nasze”. Wskazał, że kluczem do sukcesu jest „nasza siła moralna, odwaga i waleczność, nasza jedność i zdolność do przetrwania wszystkiego”. Odkąd Moskwa prowadzi SWO (specjalną operację wojskową – po naszemu: wojnę z Ukrainą), Władimir Władimirowicz umiejętnie odwołuje się do historii i współczesności, łącząc w przemówieniach jedno z drugim.
Tym razem Putin nie wygłaszał eskalacyjnych gróźb pod adresem prawdziwych i domniemanych wrogów Rosji. Nie chwalił jądrowego arsenału Sił Zbrojnych FR. Ograniczył się jedynie do stwierdzenia, że Rosjanie stawiają czoła „agresywnej sile” wspieranej przez cały blok NATO, ale „nasi bohaterowie idą naprzód”. Za co im serdecznie podziękował. A na koniec wyjątkowo krótkiej mowy wezwał społeczeństwo do pokonywania „każdego wyzwania”, bo „naród rosyjski może wszystko wytrzymać i pokonać każdą próbę”.
Warto i należy zauważyć – nie wiadomo dlaczego nie dostrzegł tego przemawiający – że w Federacji, poza Rosjanami (80 proc.) społeczeństwa, jest jeszcze 190 innych narodów, a niektóre z nich – jak choćby Buriaci – stanowią znaczącą część sił walczących z Ukrainą.
Wspomniałem o udziale żołnierzy Szanownego Towarzysza Kim Dzong Una. Zaprezentowali swój unikatowy krok defiladowy i jeszcze bardziej niepowtarzalne „kałachy” w wersji ze stali nierdzewnej. Bez sarkazmu: nadawały niepowtarzalny blask tej paradzie.
Dla jednych był to „pokaz siły i jedności”, dla drugich – „pokaz strachu i słabości”
Oczywiście media rosyjskie przedstawiły paradę jako sukces propagandowy i dowód ciągłości historycznej w wypowiedzi Putina o „dumnym” i „spokojnym” przebiegu obchodów. Nie kryły, że tegoroczna parada jest nader skromna w swoim wymiarze, bo nie było w niej czołgów, rakiet balistycznych i tego rodzaju ciężkiego sprzętu, którym dotychczas Rosja zwykła się chwalić. Tłumaczono to „względami bezpieczeństwa”. Z czego one miały wynikać, tego już nie wyjaśniano. Akcentowano obecność sojuszników, w tym delegacji z krajów postsowieckich i partnerów takich jak Korea Północna, co – zapewne – miało wykazać, że Rosja nie jest izolowana na arenie międzynarodowej.
W mediach ukraińskich przekaz był następujący: oto takie ważne wydarzenie odbywa się w cieniu wojny z Ukrainą i obaw, że ukraińskie drony mogą zakłócić przebieg parady. Podkreśla się, że ta bojaźń zredukowała wymiar parady. Podkreślano, że wyłącznie z tego powodu Moskwa ogłosiła rozejm.
Reasumując ten wątek: dla Rosji (i jej mediów) defilada była „pokazem siły i jedności”, a dla Ukrainy (i jej mediów) – „pokazem strachu i słabości”. Trudno było oczekiwać innych ocen, gdy obie strony prowadzą szeroko zakrojoną wojnę informacyjno-propagandową.
W ramach tejże Wołodymyr Zełenski podpisał (8 maja) dekret... zezwalający Rosji na paradę i wyłączający Plac Czerwony z celów ataków ukraińskiej broni na czas wydarzenia. Miał go wydać po konsultacji z USA. Dekret obśmiał rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow, a bez rozszerzania tematu można określić taką decyzję mianem co najmniej kontrowersyjnej.
Rosja zaakceptowała propozycję 3-dniowego rozejmu (9–11 maja 2026 r.) na prośbę Donalda Trumpa. Ma on nadzieję, że zawieszenie broni potrwa on dłużej, ale Kreml już zapowiedział, że rozejm będzie trwał trzy dni i ani dnia dłużej.
Wzbogacony przebiegiem dotychczasowych rozejmów mocno wątpię, by były to trzy dni bez ani jednego incydentu, ani jednej prowokacji. Obym się mylił!