- Prezydent USA Donald Trump przyznał, że wojna z Iranem i wzrost cen ropy przyczyniły się do porażki Republikanów w wyborach do Kongresu, jednak nie żałuje ataku i zapowiedział współpracę z Demokratami, ale z możliwością weta.
- W obliczu eskalacji, USA prowadzą tajne, ograniczone ataki na Iran (m.in. na wyspę Keszm), a Izrael ostrzega przed irańską bronią chemiczną, choć ta informacja budzi sceptycyzm wśród części amerykańskich urzędników.
- Iran, pod wodzą nowego, jastrzębiego ministra obrony, przygotowuje się na potencjalne wznowienie działań wojennych i odbudowę arsenału, jednocześnie angażując się w dialog i regionalne inicjatywy pokojowe, mediowane przez Katar.
- Trump ogłosił zakończenie pomocy wojskowej dla Izraela do końca 2026 roku, co było postulowane przez premiera Netanjahu, jednak budzi obawy izraelskiego wojska ze względu na trwające konflikty w regionie.
Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump przyznał w nocy z wtorku na środę (3 na 4 listopada), że wojna z Iranem miała wpływ na przegraną Republikanów w wyborach do Kongresu. W rozmowie z dziennikiem „Wall Street Journal” prezydent stwierdził: „Iran był jednym z czynników”, pytany o słabe wyniki jego partii. Pomimo tego, Trump oświadczył, że nie żałuje zaatakowania Iranu i „zrobiłby to ponownie”. Według prezydenta, to wzrost cen ropy naftowej, a nie sama wojna, stanowi największy polityczny balast dla jego administracji. Konflikt z Iranem doprowadził do wzrostu cen benzyny i oleju napędowego, co wywołało niezadowolenie amerykańskich wyborców.
Trump nie zakwestionował wyników wyborów do Kongresu, gratulując Demokratom na antenie Fox News i przyznając, że „wykonali dobrą robotę i pracowali nad tym ciężko i długo”. Zapowiedział, że zaakceptuje wyniki głosowania. Jednocześnie zadeklarował, że liczy na współpracę z Demokratami, ale w razie potrzeby zamierza korzystać ze swojego „prawa weta”. Prezydent powiedział: „Myślę, że będziemy współpracować z Demokratami i bardzo dobrze się z nimi dogadywać. Jeśli tak się nie stanie, będziemy wobec nich bardzo twardzi, a oni będą bardzo twardzi wobec nas”. Nie odpowiedział jednak na pytanie, z którymi konkretnie Demokratami byłoby mu łatwo współpracować.
Donald Trump przekazał również, że nie zamierza przeprowadzać zmian personalnych w swojej administracji. Wyraził przekonanie, że wyniki wyborów do Kongresu nie świadczą o niezadowoleniu Amerykanów z jego prezydentury. „Nie odbieram tego jako ciosu wymierzonego we mnie” – powiedział Trump. Dodał także: „Mamy najlepsze dwa lata w historii prezydentury, jeśli chodzi o gospodarkę i wszystkie działania, które podjęliśmy”.
Eskalacja napięć z Iranem: Doniesienia o broni chemicznej i tajne ataki
Sytuacja wokół Iranu pozostaje niezwykle napięta. We wtorek prezydent USA Donald Trump oświadczył w rozmowie z dziennikiem „Financial Times”, że USA nie planują w najbliższym czasie uderzenia na Iran. Wcześniej prasa spekulowała, że amerykański rząd rozważa wznowienie działań bojowych po wyborach połówkowych do Kongresu. Trump zasugerował w wywiadzie telefonicznym z „FT”, że jest zadowolony z obecnej sytuacji w trwającym od lutego konflikcie, oceniając, że „wydaje się, że dostajemy wszystko, czego chcemy”.
Mimo tych deklaracji, portal Axios podał w poniedziałek, że w amerykańskiej administracji rozważane są trzy scenariusze działań. Pierwszy plan zakłada zawarcie porozumienia dyplomatycznego, drugi wariant przewiduje wznowienie działań bojowych, a trzecia opcja to utrzymywanie maksymalnej presji gospodarczej na Irańczyków. Każdy z tych wariantów jest popierany przez różne obozy urzędników w administracji Trumpa, co świadczy o wewnętrznych podziałach co do dalszej strategii. Według „NYT” amerykańskie dowództwo opracowało plan uderzeń, które mogłyby rozpocząć się już w środę, jeśli Trump wyda odpowiedni rozkaz.
Tymczasem, według źródeł dziennika „Wall Street Journal”, siły amerykańskie zaatakowały w poniedziałek irańską wyspę Keszm. Gazeta oceniła to jako kolejny atak o ograniczonej skali, potajemnie przeprowadzony przez Waszyngton w ostatnich tygodniach. Niektórzy urzędnicy określili te ataki jako działania o charakterze obronnym, mające uniemożliwić Iranowi swobodne atakowanie statków handlowych przepływających przez cieśninę Ormuz. Co istotne, w przeciwieństwie do wcześniejszego etapu wojny, Stany Zjednoczone nie informowały publicznie o przeprowadzanych atakach. Urzędnicy, cytowani przez „WSJ”, wskazują, że USA celowo utrzymują te działania w tajemnicy, „aby nie sugerować zamiaru wznowienia zakrojonych na szeroką skalę operacji zbrojnych”.
Zapytany w poniedziałek (2 listopada), czy rozważa atak na Iran po wyborach śródokresowych, Trump odpowiedział: „Nie”. Przedstawiciele administracji poinformowali jednak, że prezydent nadal bierze pod uwagę wszystkie dostępne możliwości, co pozostawia otwartą furtkę dla dalszych działań.
Dodatkowym elementem eskalacji są doniesienia wywiadu Izraela, który przekazał USA, że Iran rozważa użycie broni chemicznej. „New York Times” napisał we wtorek, że doniesienia te wywołały podziały w administracji USA. Część urzędników podejrzewa, że premier Izraela Benjamin Netanjahu próbuje w ten sposób skłonić prezydenta Donalda Trumpa do wznowienia wojny z Iranem. Izrael miał w ostatnich dwóch tygodniach ostrzegać amerykańskie służby wywiadowcze przed groźbą użycia przez Iran broni chemicznej i zalecać traktowanie tego zagrożenia jako bardziej pilnego niż irański program nuklearny.
Izraelski wywiad twierdzi, że Teheran intensywnie pracuje nad możliwością umieszczania broni chemicznej w rakietach lub przemycania jej na terytoria innych państw. Według informacji Izraela, potencjalnym środkiem przenoszenia takiej broni mogłyby być również drony. Wyniki swoich ustaleń strona izraelska miała też przekazać innym państwom Zatoki Perskiej. Jednakże, według jednego z regionalnych urzędników, z którymi rozmawiał „NYT”, izraelskie służby nie przedstawiły dowodów na poparcie tej tezy, a rządy państw regionu uznały ostrzeżenia za niewiarygodne.
Część amerykańskich urzędników również podejrzewa, że Netanjahu próbuje w ten sposób doprowadzić do wznowienia intensywnych ataków na Iran. Inni uważają jednak, że zagrożenia nie należy lekceważyć. „NYT” podkreślił, że choć amerykańskie służby wywiadowcze co do zasady zgadzają się, że Iran rozwija broń chemiczną, to różnią się jednak w ocenie tego, czy Teheran zdecydowałby się jej użyć. Iran zaprzecza posiadaniu takiej broni. W 2003 roku przyznał, że rozwijał zdolności chemiczne podczas wojny z Irakiem w latach 80., ale zapewnił, że później je zlikwidował. Podczas wojny iracko-irańskiej wojska ówczesnego przywódcy Iraku Saddama Husajna używały broni chemicznej przeciwko Iranowi, zabijając w ten sposób tysiące osób. Według irańskich szacunków około 100 tys. żołnierzy i cywilów przez kolejne dziesięciolecia zmagało się z kłopotami zdrowotnymi, które były konsekwencją tych ataków. Niektórym amerykańskim urzędnikom obecne ostrzeżenia mają przypominać błędne oceny wywiadu USA dotyczące irackiej broni masowego rażenia, które poprzedziły inwazję w 2003 roku.
Iran zmienia strategię obronną: Nowy minister obrony i groźby pod adresem USA
Iran zaś komunikuje, że chce zakończyć wojnę poprzez dialog, ale jednocześnie przygotowuje się do wojny, o czym świadczy wybór nowego ministra obrony. Teheran zakłada, że po wtorkowych wyborach USA mogą znów zaatakować, zanim zaprzysiężony zostanie nowy Kongres – ocenia magazyn „Foreign Policy”. W ubiegłym tygodniu do Teheranu przybyli wysocy rangą przedstawiciele władz Arabii Saudyjskiej, Pakistanu i Turcji na obrady, w których wziął udział prezydent Iranu Masud Pezeszkian i członkowie krajowej rady bezpieczeństwa (SNSC). Po spotkaniu wydano komunikat, w którym delegacje zadeklarowały wolę kontynuowania dialogu na rzecz regionalnego „pokoju i dobrobytu” – relacjonuje magazyn. Oświadczenie nie zawierało konkretów, miało jednak być jasnym sygnałem, że Iran nie chce eskalować napięć na Bliskim Wschodzie.
Rozmowy w Teheranie poprzedziło inne wydarzenie, które wskazuje na to, że Iran przygotowuje się również na wznowienie operacji wojennych. Nowym ministrem obrony został Mehrdad Akhlaghi, którego kariera i doświadczenie predestynują go do podjęcia się takiego wyzwania – ocenia „FP”. Wybór Akhlaghiego wskazuje bowiem na zmianę strategii z defensywnej na ofensywną. Nowy minister ma za sobą karierę w firmie Shahid Bagheri Industrial Group odpowiedzialnej za irański program rakiet balistycznych. Następnie stanął na czele ciała kontrolującego program rakietowy kraju – Aerospace Industries Organization, po czym został szefem Organizacji Przemysłu Obronnego nadzorującej całą produkcję broni i sprzętu wojskowego – wylicza magazyn.
Zadaniem Akhlaghiego będzie szybka odbudowa potencjału wojskowego Iranu, a zwłaszcza rezerw rakiet i dronów. A to oznacza – komentuje „FP” – że irańskie siły zbrojne przygotowują się do zaatakowania krajów Zatoki Perskiej, jeśli wojna wybuchnie znowu z pełną mocą. Nowy minister oznajmił w przemówieniu, że „jeśli (przyp. red. prezydent USA Donald) Trump zrzuci choć jedną bombę, jego żołnierze opuszczą region w pozycji leżącej”. Magazyn zwraca uwagę, że wpływy Akhlaghiego wykraczają poza jego resort oraz regularną armię i sięgają SNSC, gdzie wiele do powiedzenia ma też establishment związany z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej.
W ocenie „FP” władze Iranu obserwują uważnie zarówno wybory do Kongresu w USA, jak i sytuację w Izraelu po wyborach do Knesetu i starają się przygotować na różne scenariusze. Jednym z nich jest wznowienie ataków na pełną skalę przez USA. Niepewność co do planów Trumpa oraz tego, jaki rząd powstanie w Izraelu „jest osią strategicznych kalkulacji Iranu”. Teheran przygotowuje się na najgorszy scenariusz, w którym dyplomacja nie tylko nie odniesie sukcesu, ale nawet nie dostanie szansy na sukces – podsumowuje magazyn.
Iran i USA pozostają dalekie od osiągnięcia porozumienia kończącego konflikt – powiedział we wtorek agencji Reutera wysoki rangą irański urzędnik. W tym samym czasie Katar zintensyfikował działania mediacyjne między Teheranem a Waszyngtonem, aby ograniczyć napięcia i zapobiec eskalacji. Według irańskiego źródła, mediatorzy „intensywnie pracują” nad zbliżeniem stanowisk stron. Rozmówca Reutersa zastrzegł jednak, że Teheran nie zaakceptuje „nadmiernych żądań” USA i oczekuje spełnienia swoich warunków, w tym dotyczących cieśniny Ormuz. Ostrzegł również, że Iran odpowie na ostatnie amerykańskie uderzenia na swoje terytorium. Rzecznik katarskiego MSZ Madżed al-Ansari poinformował, że zarówno Iran, jak i USA analizują obecnie propozycje przedstawione przez mediatorów. Źródło zaznajomione z przebiegiem rozmów przekazało Reutersowi, że odpowiedzi z Teheranu i Waszyngtonu spodziewane są w ciągu najbliższych 36 godzin.
Prezydent Iranu Masud Pezeszkian oświadczył we wtorek, że najwyższy duchowy i polityczny przywódca kraju Modżtaba Chamenei dał mu mandat na podjęcie w rozmowach z USA tematów uznawanych dotąd za tabu. Dodał, że wznowienie działań wojennych na Bliskim Wschodzie nikomu nie przyniesie korzyści. Pezeszkian wypowiadał się podczas posiedzenia jego gabinetu, dzień po ataku sił amerykańskich na irańską wyspę Keszm – podała AFP. Prezydent podkreślił, że rząd Iranu zabiega o rozwiązanie konfliktu z Waszyngtonem „na drodze dialogu”. Resort spraw zagranicznych Kataru, który odgrywa rolę mediatora w wojnie między USA i Izraelem a Iranem, zakomunikował, że pracuje nad „ostateczną formą tymczasowego porozumienia między stronami”; żywi też nadzieję, że „nadal istnieje szansa na zawarcie takiej umowy”.
Przewodniczący parlamentu Iranu i jeden z głównych negocjatorów irańskich Mohammad Bagher Ghalibaf ocenił, że w kwestii ewentualnego porozumienia „piłka jest teraz po stronie Stanów Zjednoczonych”. Zastrzegł jednak, że Teheran zachowuje prawo do „stanowczej i racjonalnej odpowiedzi” na amerykańskie ataki. Dzień wcześniej szef irańskiej dyplomacji Abbas Aragczi poinformował, że toczą się „bardzo intensywne” rozmowy pokojowe.
Koniec miliardowej pomocy dla Izraela: Kontrowersyjna decyzja Trumpa i obawy Tel Awiwu
W walce na Bliskim Wschodzie nastają także zmiany względem Izraela. Prezydent USA Donald Trump zapowiedział we wtorek zakończenie pomocy wojskowej dla Izraela z końcem 2026 roku. O rezygnacji z tego wsparcia od blisko roku mówi premier Benjamin Netanjahu, jednak izraelscy wojskowi ostrzegają, że choć ta decyzja jest konieczna, obecnie byłby to najgorszy moment na taki krok. Na podstawie porozumienia zawartego w 2016 roku USA przekazują Izraelowi rocznie 3,8 mld dolarów, w tym 3,3 mld na zakup amerykańskiego uzbrojenia i 500 mln na obronę przeciwrakietową. Nie wiadomo jednak, w jaki sposób zapowiedź Trumpa zostanie zrealizowana, skoro porozumienie obowiązuje do 2028 roku, a wypłata przewidzianych w nim środków zależy od decyzji Kongresu.
Według izraelskich mediów, przedstawiciele ministerstw obrony i finansów oraz armii nie wiedzieli, że pomoc może zakończyć się już w 2026 roku. Spodziewali się jej stopniowego ograniczania, co od miesięcy zapowiadał Netanjahu. We wrześniu 2025 roku premier przedstawił wizję Izraela jako „super-Sparty” – państwa zdolnego do funkcjonowania mimo międzynarodowej izolacji, zwłaszcza w dziedzinie zbrojeń. W styczniu 2026 roku zapowiedział całkowitą rezygnację z amerykańskiej pomocy wojskowej w ciągu dekady. Koncepcja ta jest odpowiedzią na rosnącą izolację międzynarodową Izraela, związaną przede wszystkim z wojną w Strefie Gazy. W obawie przed ograniczeniami dostaw broni rząd zapowiedział pod koniec 2025 roku przeznaczenie około 110 mld dolarów w ciągu 10 lat na rozwój krajowego przemysłu.
Rezygnacja z amerykańskich dotacji miałaby, według izraelskich komentatorów, ograniczyć presję Waszyngtonu na Izrael w sprawie działań wojskowych m.in. w Strefie Gazy i Libanie oraz przemocy żydowskich osadników na okupowanym Zachodnim Brzegu. Izraelscy wojskowi obawiają się ograniczenia dostaw amerykańskiego uzbrojenia z tego powodu od 2023 roku, czyli początku wojny z Hamasem w Strefie Gazy. Jeden z wysokich rangą urzędników, cytowany przez dziennik „Kalkalist” 18 października, ostrzegł, że Izrael będzie musiał „padać na kolana i błagać” o broń. Wojskowi przyznawali na łamach gazety, że uniezależnienie się od amerykańskiej pomocy jest konieczne, ale trwająca wojna w regionie sprawia, że to najgorszy moment na taki krok.
Portal Ynet oceniał w styczniu, że Netanjahu próbuje uprzedzić decyzję Waszyngtonu, gdzie sprzeciw wobec finansowania Izraela narasta zarówno w lewicowym skrzydle Partii Demokratycznej, jak i w trumpowskim ruchu MAGA. Komentatorzy różnią się w ocenie kosztów zakończenia amerykańskiej pomocy. We wtorek Ynet zacytował wysokiego rangą urzędnika ministerstwa finansów, który ostrzegł, że utrata dwóch lat wsparcia oznacza 8 mld dolarów, które trzeba będzie pokryć z podatków. Z kolei w styczniu „Jediot Achronot” oceniał, że izraelska gospodarka może sobie pozwolić na rezygnację z corocznej pomocy, stanowiącej około 0,5 proc. PKB, pod warunkiem zachowania dostępu do amerykańskiej broni i technologii.
Rezygnacja ze stałej pomocy może jednak zmniejszyć gotowość USA do udzielania Izraelowi dodatkowego wsparcia. W ciągu dwóch lat wojny w Strefie Gazy Waszyngton przekazał mu łącznie około 22 mld dolarów, w tym ponad 14 mld dodatkowej pomocy wojennej. Kwota ta odpowiadała blisko jednej czwartej kosztów wojny. Bez amerykańskiego wsparcia Izrael musiałby podnieść podatki, zwiększyć zadłużenie lub bardziej ograniczyć wydatki publiczne – oceniał „Kalkalist”. Mimo rozwiniętego przemysłu technologicznego i zbrojeniowego Izrael nadal zależy od USA, jeśli chodzi o dostawy m.in. myśliwców, samolotów tankujących i śmigłowców. Trump zapowiedział wprawdzie dalszą sprzedaż amerykańskiego uzbrojenia, ale nawet finansowanie zakupów z własnych środków nie gwarantuje zgody Waszyngtonu na dostawy, zwłaszcza po zmianie administracji w Białym Domu.
Netanjahu nie zamierzał nigdy całkowicie rezygnować z amerykańskiego wsparcia, chciał jedynie zastąpić je szerszą współpracą w zakresie zakupów uzbrojenia, wspólnych inwestycji i rozwoju technologii. Według izraelskich mediów oba kraje prowadzą od maja rozmowy o nowym porozumieniu na 10 lub 20 lat. „Trzy lata wojny w Strefie Gazy i nieustanne obrazy zabitych cywilów, a także wspólna, nieudana wojna z Iranem wyrządziły Izraelowi ogromne szkody” – napisał we wtorek komentator Ynetu Nadaw Ejal. Ocenił, że „stawką są bliskie relacje z amerykańskimi instytucjami wojskowymi i przemysłem zbrojeniowym. Mimo to wielu Izraelczyków nadal nie rozumie, jak bardzo negatywnie Netanjahu jest postrzegany przez Amerykanów”. Izrael jest historycznie największym odbiorcą amerykańskiej pomocy – według „Kalkalista” w latach 1946-2024 otrzymał około 330 mld dolarów, w tym 86 mld pomocy cywilnej. Wsparcie wojskowe wzrosło po wojnie Jom Kipur w 1973 roku, a po zawarciu izraelsko-egipskiego traktatu pokojowego w 1979 roku nabrało stałego charakteru.