Czy decyzje prezydenta USA przełożą się na wynik listopadowych wyborów?

Donald Trump wciąż zaskakuje. Zaproponował Chińskiej Republice Ludowej stworzenie systemu notyfikacji o ważnych incydentach związanych ze sztuczną inteligencją. Jego rząd ma się przygotowywać do sankcji na Międzynarodowy Trybunał Karny. Nadto cofnął trzem dużym redakcjom akredytacje przy Białym Domu. Przede wszystkim zastanawia się nad tym, czy „rozwalać” Iran dalszymi sankcjami, czy zawrzeć z nim porozumienie kończące wojnę. W tej ostatniej kwestii gotów jest spotkać się z prezydentem Masudem Pezeszkianem…

Donald Trump przemawia za pulpitem na tle flagi stanu Iowa. O sondażach poparcia przeczytasz na SE Portal Obronny.
Autor: Pixabay.com

• Wrześniowy sondaż Uniwersytetu Quinnipiac wskazuje na zaledwie 33 proc. poparcia dla prezydenta USA przy 59 proc. dezaprobaty.

• Propozycja złożona Chinom, by stworzyć mechanizm notyfikacji o awariach i incydentach z udziałem AI wywołała sprzeciw obawiających się nieszczerości Pekinu i wycieku technologii.

• Biały Dom przygotowuje sankcje odcinające MTK od rozliczeń dolarowych i globalnego systemu bankowego.

• Odebranie akredytacji i wstępu do Białego Domu dziennikarzom CNN, MS NOW i Politico wywołało falę zarzutów o łamanie Pierwszej Poprawki do Konstytucji USA.

• Trump głosi, że stoi przed wyborem: zniszczyć Iran czy porozumieć się z nim?

Amerykanie niezbyt cenią 47. prezydenta USA

10 września Uniwersytet Quinnipiac (prywatna uczelnia w Hamden, w stanie Connecticut) podał wyniki swojego ogólnokrajowego sondażu, dotyczące m.in. skali poparcia Donalda Trumpa w amerykańskim społeczeństwie. 33 proc. respondentów (zarejestrowanych wyborców) pochwala pracę Donalda Trumpa na urzędzie prezydenta USA. 59 proc. ma odmienną opinię, a 8 proc. nie wyraziło własnej opinii.

Z sondażu tejże uczelni przeprowadzonego 29 lipca, Trump miał jeszcze niższe notowania: miał poparcie 32 proc. wyborców, a 58 proc. wyraziło dezaprobatę (10 proc. nie miało własnego zdania). Wyniki wrześniowego sondażu są średnią z odpowiedzi na siedem pytań zadanych ankietowanym. W ani jednym popierający Trumpa nie mają przewagi nad jego krytykami. Ankieterzy zapytali o ocenę działalności Donalda Trumpa w kwestiach:

• imigracyjnych (39 proc. wyraziło poparcie, 57 proc. oceniło działalność prezydenta Trumpa w tej mierze negatywnie),

• oceny jako Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych USA (36 proc. kon tra 60 proc.),

• polityki zagranicznej (33 proc. kontra 60 proc.),

• gospodarki (32 proc. kontra 65 proc.),

• irańskiej (29 proc. kontra 65 proc.),

• wojny rosyjsko-ukraińskiej (28 proc. vs. 61 proc.),

• handlu z Kanadą (28 proc. kontra 62 proc.).

Wyników tej części wielowątkowego sondażu nie trzeba komentować.

3 listopada Amerykanie pójdą do wyborów uzupełniających i połówkowych, które zadecydują o składzie Izby Reprezentantów oraz części Senatu. W sondażu Uniwersytetu Quinnipiac Partia Demokratyczna ma 11-punktową przewagę nad Partią Republikańską.

To spora przewaga i niewiele znaków na niebie i ziemi wskazuje, by poparcie wyborców miało odwrócić się na korzyść Republikanów. Jeśli 2 listopada wygrają Demokraci, to USA czeka znacząca zmiana w układzie sił.

Dziś partia, która desygnowała Donalda Trumpa do ubiegania się o urząd prezydenta USA, ma większość w Izbie Reprezentantów (218 do 212) oraz w Senacie (53 do 47). Gdyby Demokraci osiągnęli większość w Kongresie, to rząd (administracja) prezydenta Trumpa nie mógłby swobodnie, jak to dziś dzieje się, realizować polityki legislacyjnej. Nie wchodząc w prawne szczegóły: Demokraci mogliby wetować inicjatywy ustawodawcze Białego Domu i – co wydaje się jeszcze ważniejsze – doprowadzać do korekty już wcześniej wydanych. Generalnie ujmując: wygrana Partii Demokratycznej 2 listopada będzie skutkowała radykalną zmianą sił na amerykańskiej scenie politycznej. 

Garda: Szczyt NATO w Ankarze – Portal Obronny
Portal Obronny SE Google News

Donald Trump w USA ma zdecydowanie więcej przeciwników niż zwolenników

Niektóre z ostatnich decyzji Donalda Trumpa mogą poprawić jego notowania i w konsekwencji Partii Republikańskiej, albo też je obniżyć. Nie wydaje się, by miały mieć neutralne znaczenie.

Zacznijmy od oferty złożonej Chińczykom w kwestii opracowania wspólnego mechanizmu notyfikacji o incydentach AI. Co prawda prezydent USA uważa, że określenie „wyższa inteligencja” jest trafniejsze od dziś powszechnie obowiązującego („sztuczna inteligencja”), ale nie to w propozycji złożonej Pekinowi wydaje się najważniejsze.

Ów mechanizm notyfikacyjny miałby być czymś w rodzaju tego, czym w czasie zimnej wojny była gorąca linia telefoniczna między Waszyngtonem a Moskwą. W tamtych czasach był to kanał m.in. do korygowania przypadkowych zdarzeń militarnych, które druga strona mogłaby wziąć za rozpoczęcie wojny globalnej.

Teraz idea miałaby być dostosowana do realiów świata AI. Gdyby jakiś system o strategicznym znaczeniu przez nią sterowany (takiego zastosowania AI nie należy utożsamiać z modelami językowymi w rodzaju ChatGPT czy Gemini) doznał awarii, to proponowany przez USA mechanizm informowałby, że nie jest to efekt celowego działania drugiej strony. W depeszach nie ma nic o tym, kto byłby operatorem takiego systemu. Założyć należy, że nie byłaby to „wyższa inteligencja”.

Wydaje się, że za taką inicjatywę należy się punkt dla Donalda Trumpa i jego ministrów (sekretarzy stanu). Tymczasem spotkała się ona z mocną krytyką ze strony radykalnej części Partii Republikańskiej. Nie tylko republikańscy „jastrzębie” uważają, że Chińczycy mogą skorzystać z amerykańskich rozwiązań potrzebnych do stworzenia takiego systemu i zastosować je do zupełnie innych rozwiązań, niekoniecznie z korzyścią dla USA. A ponadto – co jest podkreślane równie mocno – nie można dawać wiary w dobre intencje chińskich komunistów.

Polityka „kija”, czy prezydent USA nałoży nowe sankcje na MTK

USA i reszta świata zdążyły przyzwyczaić się do tego, że Donald Trump w realizacji swojej polityki częściej sięga po „kij” niż po „marchewkę”. Tym razem Biały Dom szykuje się do nałożenia nowych sankcji na Międzynarodowy Trybunał Karny (MTK). W czym ta instytucja „podpadła” prezydentowi USA?

Przede wszystkim w tym, że wydała nakazy aresztowania izraelskich polityków, w tym obecnego premiera Izraela Benjamina Netanjahu. Trump uważa, że skoro Izrael nie jest stroną MTK (USA również), bo nie ratyfikował Traktatu Rzymskiego, to Trybunał nie miał prawa uczynić tego, co uczynił.

Jak podał (20 września) dziennik „Wall Street Journal”, planowane sankcje zakazałyby podmiotom trzecim większości transakcji z MTK, odcinając instytucję od obrotu dolarami i globalnego systemu finansowego.

Przypomnieć należy, że pierwsze sankcje Trump wprowadził rozporządzeniem wykonawczym w czasie swojej pierwszej kadencji. Obejmowały one m.in. zamrożenie aktywów finansowych MTK zlokalizowanych na terenie USA i zakaz wjazdu do USA przedstawicieli Trybunału. 

PAP przypomina, że restrykcje mają być częścią ogłoszonej przez Marco Rubio polityki zmierzającej do „demontażu” MTK. Sekretarz stanu w lipcu zapowiadał, że w ramach kampanii przeciwko MTK może zachęcić inne państwa do wycofania się z MTK. Oczywiście przy użyciu „kija” i „marchewki”.

Donald Trump kontra trzy ważne redakcje i Konstytucja USA

W świetle wielkiej geopolityki decyzje Trumpa dotyczące świata dziennikarskiego i relacji dwustronnych jawią się jako lokalnego znaczenia. Otóż decyzją prezydenta USA (z 18 września, wykonaną dzień później) wykluczył obecność dziennikarzy CNN, MS NOW i Politico w wydarzeniach w Białym Domu, gdyż uznał, że rozpowszechniają one fałszywe wiadomości na jego temat.

A jak ta decyzja (za prezydentury Bidena też to się zdarzało) ma się do 1. poprawki do Konstytucji USA o tym, że wolność prasy w Stanach Zjednoczonych jest chroniona najwyższym prawem?

Wykluczone media zachowały się tak, jak można było się spodziewać: oprotestowały decyzję Białego Domu. W stosownym oświadczeniu CNN czytamy:

„Mamy prawo wynikające z Konstytucji Stanów Zjednoczonych do relacjonowania wydarzeń bez przeszkód i ingerencji ze strony rządu, a ten zakaz jest nielegalnym zamachem na to fundamentalne i chronione konstytucyjnie prawo. Nie damy się odwieść od naszego obowiązku rozliczania rządu i innych instytucji publicznych i będziemy nadal relacjonować działania oraz procedury tej administracji bez strachu i faworyzowania…”.

A kiedy dziennikarze mający wstęp do Białego Domu pytali (20 września) Donalda Trumpa o ocenę wykluczenia trzech redakcji w świetle Konstytucji USA, to prezydent odpowiedział, że jego decyzja nie jest pogwałceniem 1. poprawki, wskazując na... obecność innych przepytujących go dziennikarzy.

Nadto prezydenccy prawnicy tłumaczą, że dostęp dziennikarzy do Białego Domu jest przywilejem dla nich, a nie ich konstytucyjnym prawem. Jak wiadomo, z prawnikami jest tak, że jeden potrafi przedstawić coś za zgodne z prawem, a drugi to samo wykaże, iż jest odwrotnie. Sam Donald Trump wsparł swoich prawników, stwierdzając: „Nie muszę ich wpuszczać do mojego domu, do domu narodu”.

Tak czy inaczej, nie wnikając, którzy dziennikarze mogą przekraczać progi Białego Domu, jest oczywiste, że ci, których pozbawił Trump takiego przywileju, odpłacą mu się... symetrycznie.

Prezydent Trump albo „rozwali” Iran, albo zawrze z nim porozumienie

Nie czarujmy się opowieściami o tym, że politycy równą miarką traktują wszystkie media. Tak w Polsce, jak w Paragwaju, tak i w USA jedne media są „bardziej przychylne” władzy, a inne są „mniej przychylne”.

Swoją decyzją Biały Dom jasno wskazał, kogo zalicza do tej drugiej kategorii. To, komu Donald Trump udziela wywiadów, często na tzw. telefon, wskazuje, kogo Biały Dom ma za medialnego sojusznika.

Prezydent USA powiedział głównemu korespondentowi zagranicznemu Fox News, Treyowi Yingstowi, że „w niedalekiej przyszłości wydarzą się bardzo ważne rzeczy” w sprawie Iranu i że „moje pytanie brzmi: czy i kiedy wysadzę w powietrze cały kraj?”. Dziennikarz rozmawiający z prezydentem w swoim programie autorskim już na antenie Fox News powiedział, że prezydent opisał wybory, przed jakimi stoi, jako „unicestwienie Iranu, pozwolenie mu na gnicie gospodarcze lub zawarcie układu”.

Yingst zapytał Trumpa, czy byłby otwarty na spotkanie z prezydentem Iranu Masudem Pezeszkianem, w Nowym Jorku, przy okazji debaty generalnej w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ, a rozmówca odpowiedział: „prawdopodobnie”.

Wiadomo, że w tym dniu ma już zaplanowane spotkania z kilkoma przywódcami państwowymi, m.in. z premierami Wielkiej Brytanii i Japonii oraz z prezydentem Ukrainy. Co oznacza sformułowanie „prawdopodobnie”? Czy „prawdopodobnie” będzie miał czas na takie spotkanie? Można zgadywać.

„Otwartości” Trumpa nie skomentował prezydent Iranu. Natomiast zapowiedzi o „rozwaleniu całego kraju” (formułowane nie po raz pierwszy) spotkały się z ostrą kontrą sztabu generalnego irańskich sił zbrojnych. Zapowiedział on, że gdy USA wykonają nowy atak na Iran, to ten przeprowadzi „bolesny i zmasowany odwet” na amerykańskie bazy i interesy w regionie.

„Prawdopodobnie” nie dojdzie do „rozwalenia” Iranu i do wtorkowego spotkania z prezydentem Iranu, na które zapewne tenże nie ma obecnie wielkiej ochoty.

Zacząłem od sondaży. Na sondażach skończę, ale polskich. Otóż w lipcu Wirtualna Polska zleciła United Surveys by IBRiS przeprowadzenie badania na temat zaufania do Donalda Trumpa deklarowanego przez Polaków. 21,9 proc. stwierdziło, że ufa prezydentowi USA, 65,1 proc. wykazało brak takiego zaufania, a 13 proc. nie miało w tej kwestii zdania. W paru innych sondażach wyniki nie zmieniły się znacząco…

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki