Czy Rosja zaatakuje Polskę? Pułkownik Wrzeciono: „Nie sądzę, żeby Rosja przekroczyła próg otwartej wojny”

„Musimy spodziewać się hybrydowych uderzeń rosyjskimi dronami i rakietami na państwa wspierające Ukrainę” – ostrzegał 17 września premier Donald Tusk w Sejmie, wskazując na późną jesień i zimę jako krytyczny okres. „Brakuje nam podejścia, które polegałoby na przygotowaniu społeczeństwa do wczesnego rozpoznawania zagrożeń, utrzymywania stałej świadomości niebezpieczeństwa” – mówi w rozmowie z Portalem Obronnym pułkownik Artur Kazimierz Wrzeciono, były oficer służb specjalnych. I wskazuje: „Budzimy się dopiero wtedy, gdy ktoś podłoży ładunek pod tory, płonie hala albo spada dron”.

Piotr Miedziński, Portal Obronny: Czy w tej chwili Polsce grozi realnie klasyczna, otwarta wojna z Rosją?

Artur Kazimierz Wrzeciono, pułkownik w stanie spoczynku, były oficer Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Służby Wywiadu Wojskowego i Agencji Wywiadu: Nie sądzę, żeby ze strony rosyjskiej nastąpiło coś, co spowoduje przekroczenie progu otwartej wojny. To, co nas zapewne czeka w najbliższym czasie, to kontynuacja działań rosyjskich sytuowanych poniżej tego progu – działań, na które nie da się jednoznacznie odpowiedzieć. Dają one z jednej strony czas i pewien komfort niereagowania. Uznanie, że Rosja atakuje kraje NATO, oznaczałoby otwartą konfrontację. Dlatego dla państw NATO takie działania są o tyle korzystne, że pozwalają zdobyć czas i przygotować się na moment, w którym otwarta reakcja stanie się konieczna.

Rosjanie będą prawdopodobnie kontynuować właśnie tę formę, bo dla nich też jest ona korzystna. Jakiś czas temu w mediach pojawiła się informacja, że gospodarcza część administracji prezydenta Putina przygotowała dla niego scenariusze możliwych wydarzeń związanych z wojną na Ukrainie. Wśród nich najbardziej pożądany był scenariusz zdecydowanego zwycięstwa Rosji nad Ukrainą – oszacowany jednak jako mało prawdopodobny.

W drugiej kolejności wśród korzystnych rozwiązań znalazł się scenariusz, w którym Ukraina siada do negocjacji i podporządkowuje się dyktatowi rosyjskiemu pod wpływem nacisków ze strony krajów europejskich i zachodnich, bo ich społeczeństwa domagałyby się od swoich rządów, by w ten sposób zmusić Ukrainę do zakończenia wojny. Myślę, że właśnie ten scenariusz jest obecnie realizowany. Wszystkie działania Rosjan zmierzają do zniechęcenia i zmęczenia społeczeństw zachodnich – w NATO i Unii Europejskiej – tak, by na drodze demokratycznej wywierały one presję na rządzących, a ci z kolei zmusili decydentów ukraińskich do przyjęcia rosyjskich propozycji zakończenia konfliktu.

A czy wojna hybrydowa, którą Rosja już prowadzi – drony, sabotaż, dezinformacja, prowokacje graniczne – może trwać latami i stać się „nową normalnością” dla Polski i całej wschodniej flanki NATO?

Myślę, że jest duża szansa, iż w pewnym sensie już tkwimy w takiej sytuacji. Aczkolwiek wydaje mi się, że w naszym społeczeństwie wciąż przeważa nastawienie: że chociaż co jakiś czas wydarza się coś niepokojącego, ale tak naprawdę nadal jesteśmy bezpieczni. Budzimy się dopiero wtedy, gdy ktoś podłoży ładunek pod tory, płonie hala albo spada dron – bądź wręcz jest wystrzelony w naszą stronę.

Brakuje nam całościowego podejścia. Być może wystąpienie premiera Tuska w Sejmie wywoła jakąś przemianę i stanie się punktem zwrotnym, ale obawiam się, że decydenci nadal będą budzić społeczeństwo od czasu do czasu, dopiero gdy zagrożenie stanie się bardzo widoczne. Brakuje nam podejścia, które polegałoby na przygotowaniu społeczeństwa do wczesnego rozpoznawania zagrożeń, utrzymywania stałej świadomości niebezpieczeństwa i uczenia postrzegania różnych symptomów wskazujących, że lokalnie może wydarzyć się coś groźnego.

Przypomnę sytuację, gdy postronny obserwator zauważył przy fabryce dronów podpalacza i zaalarmował w ostatnim momencie, gdy ten już rozpoczynał działania. To przykład, w jaki sposób możemy się bronić. Jeśli większość z nas będzie świadoma tych zagrożeń i tego, jak się one objawiają, będziemy mogli w porę dostrzec symptomy i być może zapobiec naprawdę groźnym wydarzeniom. Oczywiście tego nie da się zastosować wobec lecących w naszą stronę dronów i rakiet. Myślę jednak, że wystąpienie premiera należy potraktować także jako swego rodzaju ostrzeżenie wobec Rosji. Jeśli takie działania były planowane, to przynajmniej na jakiś czas mogą zostać zaniechane.

Na ten etap wojny, gdzie wykorzystywane są przeciwko nam głównie narzędzia służb specjalnych, powinniśmy w naszym kraju przemyśleć sposób na wykorzystanie stosownych rezerw. Mamy całe mnóstwo emerytowanych mundurowych, w tym byłych oficerów służb i sił specjalnych, których kompetencje i potrzebę bycia przydatnym należałoby wykorzystać. Choćby w zakresie szerokiego budowania świadomości i odporności na nieoczywiste zagrożenie.

A co chciał przekazać premier Tusk?

Moim zdaniem miało ono na celu przekazanie sygnału: „Wiemy, że coś takiego planujecie. Jeśli do tego dojdzie, ogłoszę oficjalnie, że w stu procentach to byliście wy”. Wobec napastnika działającego z ukrycia i wypierającego się swoich czynów takie podejście najczęściej sprawia, że przynajmniej na jakiś czas nie podejmuje on podobnych działań. Jeśli więc w najbliższym czasie ich nie będzie, możemy spodziewać się czegoś innego.

Pamiętajmy, że Rosja prowadzi cały czas ukrytą pracę, o której nie wiemy i której nie dostrzegamy. Polega ona na przygotowywaniu różnych działań mających doprowadzić do zwycięstwa w tej wojnie. Jednym ze sposobów dojścia do tego celu może być destabilizacja społeczeństw w Europie, czyli zniechęcenie do wspierania Ukrainy i wywołanie presji politycznej, która zmusi Ukrainę do przyjęcia rosyjskich warunków.

Wróciłbym jeszcze do premiera Tuska, który mówił o „najbardziej prawdopodobnym scenariuszu” na najbliższe miesiące, wskazując na późną jesień i zimę jako okres krytyczny. Czy z Pana doświadczenia takie prognozy służb bywają zwykle ostrożne, czy wręcz przeciwnie – często nie doszacowują skali zagrożenia?

Myślę, że powinniśmy spojrzeć na to szerzej. Jeżeli premier Donald Tusk zdecydował się powiedzieć o tym publicznie, stała za tym chęć zrealizowania kilku celów. Po pierwsze – jak już wspomniałem – rzucenie w przestrzeni publicznej ostrzeżenia pod adresem decydentów rosyjskich.

Po drugie, jeśli zdecydowano się mówić o tym otwarcie, świadczy to o tym, że szacunki dotyczące możliwego ataku uznaje się za prawdopodobne, ale nie w stu procentach pewne. Gdyby były pewne, podejmowano by zupełnie inne kroki, by nas przed nim zabezpieczyć.

Po trzecie, chodzi też o budowanie świadomości zagrożenia w społeczeństwie, czyli delikatne wspomnienie, że informacja została zdobyta i jest wysoce prawdopodobna, żebyśmy byli przygotowani i nie potraktowali ewentualnego wydarzenia jako zaskoczenia. I oczywiście takie zabezpieczenie dla rządzących: „Wiedzieliśmy i ostrzegaliśmy społeczeństwo we właściwy sposób”.

Nie sądzę, by służby wywiadowcze zdobyły potwierdzenie konkretnych planów – konkretnego dnia, daty i godziny. Raczej uzyskano informacje lub zaobserwowano symptomy wskazujące, że trwają przygotowania. Taki sygnał należy traktować poważnie. Dodałbym jednak, że Rosjanie działają wielostronnie i w wielu wymiarach planują różne działania. Wcale nie jest pewne, że to jedyny kierunek, w którym chcą oddziaływać na społeczeństwa europejskie.

A czy ten stan zagrożenia, o którym ciągle dyskutujemy – politycy powtarzają, że grozi nam wojna za dwa-trzy lata – nie doprowadzi do zmęczenia społeczeństwa? Podobnie jak z Covid-19 czyli najpierw był stan obawy, a później ludzie się przyzwyczaili i zaczęli nawet negować to. Już pojawiają się wypowiedzi, że Rosja nie chce z nami wojny, bo zależy jej tylko na Ukrainie.

To jest bardzo możliwe. Myślę, że to jedno z głównych założeń takiego, a nie innego prowadzenia wojny przez Rosję. Wojna na Ukrainie miała różne etapy i oblicza.

Zanim wybuchła wojna pełnoskalowa, rozpoczęło się coś, co u nas nazywano wojną hybrydową z udziałem tak zwanych „zielonych ludzików”. Termin ten później ewoluował, ale jednym z określeń z 2014 roku była „wojna pełzająca”. Dla mnie osobiście ten termin lepiej oddaje istotę działania Rosjan. Działali wtedy wbrew oczekiwaniom, bo wszyscy spodziewali się, że wojna będzie wyglądać mniej więcej tak jak potem w 2022 roku. Tymczasem w 2014 wydarzyły się rzeczy, dzięki którym Rosja wiele zyskała terytorialnie. Podtrzymywała pewną intensywność działań na ówczesnym froncie, dbając o to, by wojna nie wygasła, a społeczeństwa zachodnie bardzo szybko przeszły nad tym do porządku dziennego.

Późniejszy wybuch pełnoskalowej wojny w 2022 roku był trochę efektem złego rozpoznania ze strony Rosji. Spodziewali się, że szybko zakończą konflikt i że na tyle zmęczyli Ukrainę i kraje zachodnie, iż im się to uda. Obecnie, pod wpływem wydarzeń na froncie i całej sytuacji międzynarodowej, znów prowadzą ją w sposób nużący dla społeczeństw zachodnich, a także dla samych Ukraińców, którzy są już bardzo zmęczeni.

Myślę, że to jedna z podstawowych strategii, która nie jest obecna stale, ale powraca. Gdy nie udaje się przeprowadzić zdecydowanych działań kończących konflikt, wraca się do systemu „pełzającej wojny”. Sam fakt jej istnienia sprawia – jak Pan słusznie zauważył – że społeczeństwa zaczynają się męczyć, przechodzą nad nią do porządku dziennego i chcą mieć już spokój. To celowe działanie ze strony Rosji.

I na sam koniec, jakie scenariusze działań Rosji wobec Polski i państw wschodniej flanki NATO uważa Pan za najbardziej prawdopodobne w najbliższym czasie?

Najbardziej prawdopodobne wydaje mi się kontynuowanie tego, co dzieje się obecnie, czyli działań poniżej progu wojny, z wykorzystaniem coraz to nowych sposobów, pojawiających się w zależności od decyzji sztabów rosyjskich i od skuteczności dotychczasowych działań. Rosjanie nie koncentrują się na kontynuowaniu jednych i tych samych metod. Pojawiają się coraz to nowe rozwiązania i sposoby, które też się zmieniają, by intensywność pozostawała na stałym poziomie, a kraje Zachodu nie znalazły skutecznego sposobu przeciwdziałania. Muszą więc być w tym względzie bardzo kreatywni.

Dlatego uważam, że należy spodziewać się nowych działań takich, z jakimi jeszcze nie mieliśmy do czynienia, a które być może zostały już przez Rosjan przetestowane. Być może będziemy mieli do czynienia również z działaniami drastycznymi, takimi jak bezpośrednie, fizyczne ataki na pojedyncze osoby. To metoda stosowana przez Rosjan od dawna w różnych sytuacjach. Dotychczas atakowali i niestety mordowali głównie swoich obywateli, byłych obywateli czy dysydentów. Teraz celem mogą być także obywatele innych państw, zaangażowani we wsparcie Ukrainy lub ważni dla obronności danego kraju. Występowały już symptomy wskazujące na to, że rosyjscy planiści mogą dojść do wniosku, iż tego typu działania jeszcze bardziej zdestabilizują poczucie bezpieczeństwa w społeczeństwach europejskich – i posunąć się właśnie do nich. Przypomnę, że na terenie naszego kraju, całkiem niedawno, zamordowano już na zlecenie Kremla rosyjskiego dysydenta.

"Putin NIE TESTUJE, Putin już ATAKUJE NATO!". Gen. Koziej OSTRZEGA przed otwartą konfrontacją