Komandosi z Bolesławca poszukiwali skarbów Hitlera. Co naprawdę ukryli Niemcy na Dolnym Śląsku?

2026-04-25 12:03

Żołnierze z 62. Kompanii Specjalnej WP, która stacjonowała w Bolesławcu, brali udział w jednej z najbardziej zagadkowych operacji PRL-owskich służb specjalnych – poszukiwaniach skarbów zagrabionych przez Niemców w czasie II wojny światowej. Kosztowności miały być ukryte na Dolnym Śląsku.

  • Informacja o nietypowym zadaniu pochodzi z kroniki 62. Kompanii Specjalnej.
  • Żołnierze do dziś nie opowiadają o wszystkich szczegółach, gdyż uważają, że nadal obowiązuje ich tajemnica.
  • W czasie poszukiwań korzystano ze wskazówek radiestety.

Informacja z kroniki 62. Kompanii Specjalnej

Skąd wiemy o zaangażowaniu żołnierzy jednostki specjalnej Wojska Polskiego z czasów Układu Warszawskiego w tajną operację? Z kroniki tej jednostki. W tamtych czasach nie był to dokument objęty tajemnicą, ale dostępny dla wybranych.

„Pod koniec listopada 1982 r. dwie grupy żołnierzy pod dowództwem mł. chor. Tomasza Skiwniewskiego i mł. chor. Grzegorza Wyrwała zabezpieczały rejon specjalnych prac prowadzonych przez służby Ministerstwa Obrony Narodowej w Karkonoszach. Były to zadania szczególnie odpowiedzialne i wymagały stałej czujności” – czytamy w kronice jednostki.

W kompanii operacją kierował kpt. Romuald Chwieduk, zastępca dowódcy ds. politycznych.

W kronice nie znajdziemy jednak informacji o kolejnej grupie, dowodzonej przez st. chor. sztab. Bogdana Fiałkowskiego, która operowała niedaleko Jeleniej Góry, w okolicach Sosnówki.

– Prowadziliśmy poszukiwania w pobliżu dawnego niemieckiego lotniska wojskowego. Znaleźliśmy wielką, ale pustą grotę skalną. Spokojnie mogła w niej zawrócić ciężarówka z przyczepą - wspomina Bogdan Fiałkowski.

Poszukiwanie skarbów Hitlera? To do dziś tajemnica!

Uczestnicy tamtych działań niechętnie o nich opowiadają.

– Podpisywaliśmy oświadczenia o zachowaniu tajemnicy państwowej i służbowej. Nie pytaliśmy czego szukamy. Mówiło się o skarbach albo o hitlerowskich dokumentach – wyjaśnia jeden z żołnierzy.

Jeśli był w to zaangażowany Zarząd II (wywiad wojskowy), to chyba była poważna sprawa? Zostałem oddelegowany do pomocy ppłk. Bogdanowi Chrobotowi z Zarządu II, który przyjechał do nas z Wrocławia. On miał jakieś dokumenty, które dotyczyły miejsc ukrycia. Rozkazy były jasne. A ja w ciągu wielu lat służby nauczyłem się, żeby o zbyt wiele nie pytać i niewiele pamiętać - tłumaczy Romuald Chwieduk.

Ppłk Bogdan Chrobot w 1981 r. został wyznaczony przez szefa Zarządu II Głównego Zarządu Szkolenia Bojowego WP do prac związanych z poszukiwaniem „walorów bankowych III Rzeszy”. Opracował mapy i wytypował 11 miejsc do poszukiwań.

„Złoto Wrocławia" czy „Bursztynowa Komnata"?

Czego szukano? Obecnie hipotez jest sporo. Pod koniec II wojny w rejonie Karkonoszy hitlerowcy mieli ponoć ukryć „Złoto Wrocławia”, czyli skarbiec wrocławskiego banku, kosztowności przewiezione z innych części Niemiec, nawet 80 proc. zrabowanych w czasie wojny dóbr kultury, może nawet „Bursztynową Komnatę”, do dziś cenne archiwa gestapo i niemieckiego wywiadu, wyniki badań nad „cudownymi broniami” Hitlera, w tym bronią jądrową oraz rakietami V-1 i V-2.

Dlatego niektórzy pasjonaci poszukiwań szacują, że w Sudetach może być ukrytych nawet kilkanaście transportów kolejowych kosztowności.

To rozpalało wyobraźnię nie tylko poszukiwaczy skarbów, ale i oficerów służb specjalnych PRL, później WSI, a nawet Józefa Oleksego, gdy był premierem.

Studnia jak z filmu „Pan Samochodzik"

W wykazie ppłk. Chrobota nie było Świeradowa Zdroju, którym PRL-owskie specsłużby interesowały się na początku lat 70. ubiegłego wieku. O poszukiwaniach w tych okolicach wspomina natomiast mjr Chwieduk. Pamięta poszukiwania w starej kamienicy.

– W piwnicy była ocembrowana studnia. Tuż nad lustrem wody, niewidoczne z góry, wykuto wejście w bok, do jakiegoś tunelu. Takie samo, jak w filmie „Pan Samochodzik”. Ale myśmy tam nie wchodzili – twierdzi mjr Chwieduk.

Grupa chor. Skiwniewskiego działała w pocysterskim klasztorze w Lubiążu. Potężny klasztor z licznymi podziemiami był świetnym miejscem do ukrycia skarbu. Już w czasie II wojny hitlerowcy zamienili go w składnicę dzieł sztuki i archiwaliów.

Radiesteta wskazywał miejsca kopania

W listopadzie 1982 r. do Lubiąża przyjechał mjr Jerzy Liwski z szefostwa Wojskowej Służby Wewnętrznej (WSW) z tajemniczym radiestetą, który wskazał kilka lokalizacji ukrycia skarbów. Dlatego w połowie listopada w miejscach wytypowanych przez różdżkarza poszukiwania rozpoczął pododdział z wojsk inżynieryjnych. Żołnierze dysponowali ciężkim sprzętem do robót ziemnych.

– My zajmowaliśmy się ochroną i izolowaniem terenu. W związku z tym pilnowaliśmy centrum miejscowości, a nas pilnowała WSW – opowiada żołnierz z Bolesławca.

Niespodziewanie koparka odsłoniła metalowe naczynie z 1352 monetami ze złota i srebra. Znalezisko nazwane później „Skarbem Piastów Śląskich” sprzedano, a pieniądze miały zasilić budowę Pomnika Matki Polki lub Centralnego Szpitala Klinicznego Wojskowej Akademii Medycznej.

Podobno trafiły jednak do kasy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Poszukiwanie w rejonie Samotni

Kilkadziesiąt kilometrów od Lubiąża działało ok. 10 komandosów z grupy st. chor. sztab. Grzegorza Wyrwała. Stacjonowali w „Samotni”, w jednym z najpiękniejszych zakątków Karkonoszy. Schronisko „Samotnia” leży na trasie z Karpacza na Śnieżkę, przy Małym Stawie.

Żołnierze zamieszkali w drewutni na zapleczu „Samotni”, dowódca zajął pokój na piętrze schroniska. Waldemar Siemaszko i jego żona Sylwia, którzy od 1966 r. kierowali schroniskiem, zostali powiadomieni, że w okolicy trwają ćwiczenia wojskowe.

W książce „Złoto generałów” Sylwia Siemaszko opowiada, że komandosi mieli zajęcia głównie w rejonie pobliskiego „Domku Myśliwskiego”. Jednak poszukiwacze skarbów interesowali się też pobliskim Białym Jarem, partiami podszczytowymi Śnieżki oraz Małym Stawem. Nurkowanie w nim nie przyniosło jednak żadnych efektów.

Znaleźli skład starych puszek

– Kiedyś grupa ludzi w cywilnych ubraniach przyprowadziła różdżkarza. Chodził w okolicach „Domku”. W jednym miejscu zawieszona na sznurku kulka radiestety zaczęła się ruszać. Więc cywile rozkopali to miejsce. Ale znaleźli tylko składowisko starych puszek. Potem różdżkarz wpadł do potoku, zdenerwował się i zakończył poszukiwania – w 2006 r. wspominał chor. Grzegorz Wyrwał.

Komandosi mieli obowiązek legitymować każdego, kto przebywał się w okolicach „Samotni” i „Domku Myśliwskiego”.

„Tylko mi tu kur… bez pseudonimów!”

– To był czas stanu wojennego. Więc turystyka górska została zabroniona. Dlatego schronisko było wymarłe, mieszkała tam tylko obsługa. Ale i tak całodobowo obstawialiśmy drogę na Śnieżkę. Niższych partii góry pilnowała WSW – opowiadał Grzegorz Wyrwał.

Kiedyś żołnierze Grzegorza Wyrwała zatrzymali samotnego wędrowca. Zapytany kim jest, odpowiedział, że katechetą. Ponieważ jeden z komandosów nie do końca usłyszał, to szybko odpowiedział:

„Tylko mi tu kur… bez pseudonimów!”

Po powrocie do macierzystych koszar nikt nie zadawał zbędnych pytań.

– Dowódca naszej 62. Kompanii Specjalnej, mjr Andrzej Żdan, zapytał mnie tylko czy wszystko było w porządku? Odpowiedziałem, że tak. I na tym się skończyły pytania. Nikogo z nas nie dziwił taki brak zainteresowania. Takie zasady obowiązywały w jednostkach specjalnych – opowiadał chor. G. Wyrwał.

Portal Obronny SE Google News

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki