Pasztet z korników, potrawka z kota, gulasz z psa. Ekstremalne szkolenie żołnierzy WP z czasów Układu Warszawskiego

2026-03-14 10:01

To nie jest tekst dla miłośników czworonogów oraz dla osób, które usunęły mięso ze swojego menu! Jeśli jednak chcemy poznać historię żołnierzy jednostek specjalnych Wojska Polskiego z czasów Układu Warszawskiego, nie możemy pominąć szkolenia związanego z „pozyskiwaniem pożywienia z zasobów miejscowych". Komandosi szkolili się, żeby w ekstremalnych warunkach przetrwać, jedząc cokolwiek.

  • Komandosi Wojska Polskiego z czasów Układu Warszawskiego byli szkoleni do działań za kilkaset kilometrów linią frontu, bez możliwości ewakuacji.
  • Ich trening obejmował ekstremalne warunki przetrwania, w tym pozyskiwanie pożywienia „z zasobów miejscowych".
  • Oddziały specjalne, jak 62. Kompania Specjalna, miały kluczowe zadania rozpoznawcze i destrukcyjne, działając daleko za linią frontu w potencjalnym konflikcie z NATO.
  • Dowiedz się, jak te mordercze szkolenia kształtowały żołnierzy i dlaczego ich przyjaźnie przetrwały dziesięciolecia po rozwiązaniu jednostki.

W czasie szkolenia żołnierzy jednostek specjalnych z czasów Układu Warszawskiego wielką wagę przykładano do umiejętności przeżycia w odosobnieniu. Istotnym elementem ćwiczeń było więc „pozyskiwanie żywności z zasobów miejscowych". To znaczy należało znaleźć wszystko, co nadawało się na posiłek, przyrządzić to i zjeść.

Owczarek odbijał się im czkawką

Plan użycia grup specjalnych w wypadku wojny zakładał, że po wykonaniu zadania komandosi powinni przenikać do swoich na własną rękę lub zamelinować się i przeczekać do nadejścia własnych wojsk. Zdolność do przeżycia w takich warunkach była więc kluczowa. W czasie bytowań w mieście „zasobami miejscowymi” były psy, koty, ptaki, płazy i gady.

Pieczony kot jest całkiem smaczny. Podobnie jak zupa z psa gotowana w kociołku. Raz tylko dorodny owczarek odbijał się nam czkawką. Bo to był pies zastępcy komendanta poligonu w Wędrzynie. Dla żartu koledzy przymocowali skórę z tego psiaka na drzwiach budynku „Nowego Muru” miasteczka na poligonie w Wędrzynie. Kiedy właściciel dowiedział się, że zjedliśmy jego pupila, to dostaliśmy w kość bardziej niż na prawdziwej wojnie – wspomina oficer 62. Kompanii Specjalnej z Bolesławca.

„Kot w worku" to nie przysłowie

W czasie wojny Układu Warszawskiego z NATO żołnierze tej kompanii, w kilkuosobowych grupach, mieli wykonywać zadania na głębokich tyłach przeciwnika, kilkaset kilometrów od własnych oddziałów. Ich szkolenie musiało więc odpowiadać zadaniom, do których byli przygotowywani.

Często bywało tak, że na bytowania w terenie żołnierze dostawali żywe koty w workach. I znikali na kilkanaście dni. Musieli z tych kotów przyrządzić posiłki. Osobiście uważam, że dobrze doprawiony kot jest smaczny – przekonuje mjr Edward Mroczek, jeden z dowódców 62. Kompanii Specjalnej.

Polowanie na koty nie było proste. Bezdomnych dachowców w Bolesławcu nie brakowało. Ale zwierzaki broniły się chcąc uniknąć udziału w szkoleniu specjalsów. Kiedy więc żołnierze wracali do koszar z podrapanymi rękami, wiadomo było, że „organizują” sobie żywność na ćwiczenia.

Nie jada się rudych kotów

Według sierż. Jana Kuska, kot smakuje podobnie jak królik.

Nie zauważyłem żadnej różnicy. Kiedyś na bytowaniu w Górach Izerskich przez dwa tygodnie je jadłem. A gdy wróciłem do domu, teściowa na uroczysty niedzielny obiad przyrządziła królika. Zjadłem, ale wolałbym coś innego – śmieje się Jan Kusek.

Dodaje też, że nie jadało się rudych kotów. Po zdjęciu skóry na mięsie widać ciemne plamy, przypominające wągry.

Nieprzyjemnie to wygląda, jakby był chory. Za to młody pies smakuje jak cielęcina. Ale nie lubiłem psów, bo trzeba je długo gotować – mówi Jak Kusek.

Niektórzy nie chcieli takich „specjałów” wziąć do ust. Ale wystarczyły trzy dni bytowania w terenie i wszystko smakowało – dodaje st. chor. sztab. Bogdan Fiałkowski.

"Jo tego jodł nie beda!"

Po pierwszym dniu bytowania niektórzy młodzi żołnierze wybrzydzali. Bogdan Fiałkowski dowodził grupą specjalną, w której służył żołnierz z Górnego Śląska. Mówił z silnym śląskim akcentem. Po długim zimowym marszu żołnierz jak nieżywy zaległ pod drzewem. Kolega przyniósł mu gorącą potrawkę z kota.

Jo tego jodł nie beda! – stanowczo odrzekł Ślązak.

Chor. Fiałkowski wylał więc potrawkę przy charakterystycznym drzewie, informując wybrednego żołnierza, że jedzenie będzie tam na niego czekać. Już po pierwszej nocy wygłodniały i skruszony żołnierz przyszedł do dowódcy.

Kaj leży to, co żech tego nie chcioł jeść? – zapytał.

Jak zjeść żabę?

Bogdan Fiałkowski zapamiętał też innego żołnierza.

Dostał porcję kota i pasztet z kornikami. Grzecznie zapytał, czy może zamówić dokładkę z korników, żeby nie jeść kota? Zgodziłem się – wspomina chorąży.

Bogdan był wyrozumiałym dowódca. Jak ja nie chciałem zjeść pieczonej żaby, to mi kazali zjeść surową – dodaje sierż. Jan Kusek.

Miałem żołnierza, który nazywał się Kiciński. Powiedział, że prędzej umrze, niż zje kota. Pierwszy dzień wytrzymał. Ale do jedzenia mieliśmy tylko tego kota i kompot z jodeł. Na drugi dzień wypił łyk kompotu i spróbował kota. Na trzeci dzień jadł jak wszyscy. Głodny człowiek zje wszystko. A jak nie nauczysz się na ćwiczeniach, to nie wiadomo, jak sobie poradzisz na wojnie. Nie jadałem nic brudnego, zepsutego. Ale skoro upolowaliśmy coś świeżego, to czemu nie jeść? Przecież koty i psy są popularne w menu chińskim. Podobnie jak różne robaki – przekonuje mjr Edward Mroczek.

Garda: Badania genetyczne i Wojsko Polskie

Przepis na pasztet z korników

Komandosi zbierali larwy owadów i przygotowywali z nich posiłki.

To były dodatkowe proteiny. Najprościej larwy wrzucić na rozgrzaną menażkę, trochę podsmażyć i dokładnie wymieszać z pasztetem z racji żywnościowej – podaje przepis Bogdan Fiałkowski.

Najgrubsze robaki są pod korą. Nawet nie trzeba ich smażyć. Na surowo z pasztetem i odrobiną soli też smakują dobrze – uzupełnia Edward Mroczek.

Na bytowania żołnierzom przysługiwały SPD, czyli suche porcje desantowe. Każdy mógł wziąć po trzy na dzień. Więc młodzi żołnierze pakowali je do zasobników.

Ale już po kilku godzinach marszu w śniegu wyrzucali konserwy. Przed wymarszem trzeba było bowiem zrobić selekcję i zabrać to co lekkie, a pożywne – instruuje chor. Marek Sobczyk, dowódca grupy specjalnej w 62. Kompanii Specjalnej.

Wszystko co pełza to białko

Niekiedy udało się złapać w sidła jakieś zwierzę. Gdy grupy bytowały w pobliżu wsi lub miasteczek, żołnierze zakradali się do komórek i kurników.

Jeśli w czasie działań wygospodarowali trochę trotylu, łowili ryby na „błysk saperski”. Do wody wrzucało się materiał wybuchowy. Podwodny wybuch ogłuszał ryby, wystarczyło je tylko pozbierać z powierzchni.

Płetwonurkowie kosztowali wszelkich małży i ślimaków.

Je się to, co pełza. Bo to białko. Mieliśmy spirytus do konserwowania sprzętu. Ale odkażaliśmy nim żołądki po jedzeniu tego wszystkiego – dodaje płetwonurek bojowy, mł. chor. sztab. Mieczysław Kopacz.

Pierwsze bytowania organizowano po roku służby. To był ciężki egzamin, w czasie którego „młodzi” przeistaczali się w „starych”.

Na bytowaniach odpadało najwięcej ludzi. Zajęcia w lecie były prostsze, bo wtedy las był jak szwedzki stół. Prawdziwym wyzwaniem były bytowania zimowe, które mieliśmy zwykle w lutym. Doświadczenia z pierwszego bytowania bardzo podnosiły na duchu. Człowiek umiał sobie radzić psychicznie z trudami przetrwania w nieprzyjaznych warunkach – kończy chor. Marek Sobczyk.

Portal Obronny SE Google News

Przyjaźnie na całe życie

Byliśmy zwiadem armii. Od naszej sprawności, umiejętności przetrwania i wyszkolenia mogły zależeć losy kampanii wojennej i życie tysięcy żołnierzy. Do tego się szkoliliśmy. Dziś, siedząc na kanapie albo przed komputerem, ludzie mogą się krzywić czytając o naszym szkoleniu. Ale kilka dekad temu takie były realia – podsumowuje ppłk Andrzej Żdan, jeden z twórców i najsłynniejszy dowódca 62. Kompanii Specjalnej z Bolesławca.

Jednostkę rozformowano w 1994 r. W ciągu 27 lat jej istnienia służyło tam ok. 300 żołnierzy zawodowych i 2,5 tys. służby zasadniczej.

W 2002 r. weterani zarejestrowali Stowarzyszenie Byłych Żołnierzy 62. Kompanii Specjalnej „Commando”. Prezesem został ppłk Andrzej Żdan, a liderami: st. chor. sztab. Bogdan Fiałkowski oraz chor. Andrzej Kobzda.

Co roku, w pierwszy weekend września organizują spotkanie żołnierzy służących w „62.”. Choć od rozwiązania specjednostki minęły ponad trzy dekady, to nadal melduje się na nim tłum starych komandosów.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki