Dzieci, które przeżyły rzeź wołyńską. Z traumą do końca życia

2026-07-11 13:13

Dzieci ukrywały się w zaroślach, budach dla psów i na bagnach. Widziały, jak mordowano ich bliskich. Wielu świadków po raz pierwszy opowiadało o tym dopiero po 80 latach – przypomniała w rozmowie z Mirą Suchodolską (PAP) historyk Katarzyna Osowska-Wołos z IPN, autorka filmu dokumentalnego o zbrodni wołyńskiej „Zmarłych pogrzebać”. Dziś dla żyjących świadków eksterminacji najważniejsze jest jedno: odnaleźć i godnie pochować swoich bliskich.

Archiwalne zdjęcie grupy dzieci. Na miniaturze historyk Katarzyna Osowska-Wołos. O traumie Wołynia czytaj w SE Portal Obronny.
Autor: IPN/ Materiały prasowe

• Lęk to fundament wspomnień; u części dzieci trauma wywołała całkowite wyparcie pamięci na dekady.

• Oprawcami byli dobrze znani sąsiedzi, parobkowie czy przyjaciele domu, co dla dzieci było całkowicie niezrozumiałe.

• Większość rozmówców dokumentalistki przeżyła dzięki odwadze pojedynczych Ukraińców (Sprawiedliwych) ryzykujących tym samym swoje i życie ich rodzin.

• W PRL wszystko co dotyczyło zbrodni wołyńskiej było na indeksie cenzury.

Mira Suchodolska: – Pani rozmówcami są przede wszystkim osoby, które w czasie rzezi wołyńskiej były dziećmi. Co najbardziej uderza w ich wspomnieniach?

Katarzyna Osowska-Wołos: – Przede wszystkim strach. To uczucie powraca niemal w każdej relacji. Są osoby, które pamiętają obrazy, dźwięki, konkretne wydarzenia, ale najczęściej fundamentem tych wspomnień jest wszechogarniający lęk. Dzieci reagowały bardzo różnie i są także takie, które nie pamiętają niemal nic. Trauma wywołała u nich całkowite wyparcie wspomnień. Znam przypadek kobiety, która przez dziesięciolecia nie była w stanie przypomnieć sobie wydarzeń z dzieciństwa. Dopiero gdy syn zawiózł ją po latach na Wołyń, pamięć wróciła.

Są też osoby takie jak Irena Gajowczyk (z domu Ostaszewska), bohaterka reportażu „Kainowa zbrodnia”, która pamiętała absolutnie każdy szczegół. Każdy dźwięk, każdy obraz, każdą emocję. Na jej oczach zamordowano rodziców, rodzeństwo i sąsiadów. Sama otrzymała – od sąsiada, Ukraińca – siedem ciosów nożem w plecy i okolice obojczyka. Przeżyła cudem. Po kilkudziesięciu latach nadal potrafiła odtworzyć przebieg wydarzeń niemal minuta po minucie.

– Jak dzieci reagowały na fakt, że śmierć przychodziła często ze strony ludzi dobrze im znanych?

– Dla nich był to całkowity szok. Dorośli mogli próbować zrozumieć politykę, realia wojny czy narastające zagrożenie ze strony nacjonalistów. Dzieci tego nie rozumiały. Bardzo często znały oprawców. To byli ich sąsiedzi. Ludzie, którzy wcześniej odwiedzali ich domy, osoby, z którymi rodzice pracowali w polu. Przyjaźnili się, trzymali sobie wzajemnie dzieci do chrztu. Mali ludzie nie potrafili pojąć, dlaczego ktoś, kto jeszcze niedawno był częścią ich codziennego świata, nagle chce ich zabić. Jedna z moich rozmówczyń opowiadała, że jej ojca zamordował człowiek, który wcześniej pracował w ich gospodarstwie jako parobek. Kolegował się z jej starszym bratem, a kiedy podczas żniw szli odpocząć do domu podczas największego upału, kładli się do jednego łóżka. Ten brat błagał oprawcę, by oszczędził ich ojca i jego samego – na próżno.

– Jakie były najczęstsze strategie przetrwania?

– Najprostsze z możliwych, wynikające z instynktu. Ucieczka i ukrycie się. Dzieci wykazywały zdumiewającą dojrzałość. Wiedziały, że trzeba być cicho i nie wolno się zdradzić. Stanisław Srokowski przeżył, ukrywając się w budzie psa. Inny chłopiec w Sławentynie schował się w wysokich pokrzywach i przez wiele godzin nie wydał żadnego dźwięku, mimo że widział, jak obok Ukraińcy mordują jego ojca. Dzieci kryły się w zbożu, lasach, rowach, ziemiankach, na bagnach. Zamierały w bezruchu i trwały tam, aż wszystko się uspokoiło. Ci, którzy przeżyli, bardzo często zawdzięczali życie właśnie temu, że znaleźli kryjówkę i potrafili wytrzymać w niej wiele godzin bez ruchu.

BURZA O WOŁYŃ! Polacy nie wytrzymali. Ukraińcy przepraszają za Banderę | Komentery
Portal Obronny SE Google News

– W relacjach świadków często pojawiają się opisy wyjątkowego okrucieństwa Ukraińców.

– Tak. I trzeba o tym mówić uczciwie, ponieważ bez zrozumienia skali okrucieństwa nie sposób zrozumieć traumy ludzi, którzy to przeżyli. Charakter tej zbrodni był wyjątkowo brutalny. Bardzo często do mordów używano nie broni palnej, lecz narzędzi gospodarskich: siekier, wideł, łopat, kos, młotków czy noży. Skutkiem było cierpienie ofiar, które często nie ginęły od razu. Oprawcy pastwili się nad bezbronną ludnością. Wielokrotnie słyszałam od świadków zdania, których nie sposób zapomnieć.

Niektórzy mówili, że są wdzięczni losowi, iż ich bliscy zginęli od kuli. Dla współczesnego człowieka takie słowa brzmią szokująco, ale w ustach ludzi, którzy widzieli tortury poprzedzające śmierć, miały bardzo konkretny sens. Mówili: „byłabym szczęśliwsza, gdyby ojciec został zastrzelony” albo „dobrze, że mama zginęła szybko”. To pokazuje skalę cierpienia i poziom okrucieństwa.

– W relacjach pojawiają się też opisy zabijania całych rodzin na oczach dzieci.

– Tak, szczególnie wstrząsające są świadectwa dotyczące kobiet ciężarnych. Bardzo często pojawia się motyw rozcinania ich brzuchów, wyciągania z nich płodów. Malutkie dzieci rozbijano o mur, rozrywano, nabijano na widły. Ofiarami były wszystkie dzieci bez względu na wiek: niemowlęta, kilkuletnie maluchy i nastolatki. Podczas prac ekshumacyjnych prowadzonych przez polskich badaczy na Wołyniu odnajdywano wiele szczątków najmłodszych ofiar. W Ostrówkach zginęło około 470 osób, w tym 204 dzieci, w Woli Ostrowieckiej na około 581 osób zginęło 225 dzieci.

To pokazuje, że nie była to zbrodnia wymierzona wyłącznie w określoną grupę dorosłych mężczyzn. Celem było wyniszczenie całej społeczności, razem z kobietami, starcami i dziećmi. Właśnie dlatego część badaczy używa określenia genocidium atrox – ludobójstwo szczególnie okrutne. Okrucieństwo nie było tu skutkiem ubocznym wojny. Było cechą charakterystyczną tego ludobójstwa, określoną w dyrektywach Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Chodziło o to, by przestraszyć Polaków, aby nigdy nie wrócili na te ziemie. Świadkowie pamiętają nie tylko śmierć swoich bliskich. Pamiętają krzyki, błagania o litość, płonące domy. To są obrazy, które wracały do nich przez całe życie i których wielu z nich nie potrafiło opowiedzieć przez kilkadziesiąt lat.

– Co działo się z dziećmi, które straciły rodziców?

– Ich losy były bardzo różne. Część trafiała pod opiekę Polskiego Komitetu Opiekuńczego – charytatywnej organizacji społecznej działającej we współpracy z Radą Główną Opiekuńczą (RGO), przedwojennej jeszcze organizacji charytatywnej, której Niemcy pozwolili działać, żeby zająć się problemem ludności cywilnej. Inne dzieci znajdowały się w szpitalach, sierocińcach lub były przygarniane przez prywatne rodziny. Trzeba sobie wyobrazić skalę chaosu. Dzieci odnajdywano w lasach, na polach, przy drogach, czasem pośród spalonych zabudowań. Często dzieci trwały przy ciałach zamordowanych matek przez wiele dni. Niektóre były tak małe, iż nie znały własnego nazwiska albo nie potrafili wskazać miejscowości, z której pochodziły. Ludzie uciekający przed napadami zabierali je ze sobą, by znaleźć dla nich miejsce.

Członkowie Polskiego Komitetu Opiekuńczego jeździli po Wołyniu i zbierali dzieci pozostawione bez opieki. Trafiały one do punktów pomocowych, szpitali i sierocińców. Niektóre przechodziły prawdziwą odyseję. Najpierw szpital, potem sierociniec, następnie rodzina zastępcza, kolejna placówka, kolejna miejscowość. Franciszek Bąkowski, ocalały z Huty Pieniackiej, wspominał, że do osiągnięcia pełnoletności przeszedł przez piętnaście różnych placówek opiekuńczych.

Jednym z najbardziej znanych miejsc był sierociniec w zamku w Pieskowej Skale. Trafiały tam dzieci z Wołynia i Małopolski Wschodniej. Zachowały się ich listy do rodziców. To niezwykłe dokumenty. Część tych dzieci nie wiedziała jeszcze, że rodzice nie żyją. Pisały więc: „Mamusiu, przyjedź po mnie”, „Tatusiu, jestem grzeczny”, „Kiedy wrócimy do domu?”. Dzisiaj wiemy, że wielu adresatów tych listów już nigdy nie mogło ich przeczytać. Wielu rodziców, którzy przeżyli napad na wieś, podejmowało najbardziej dramatyczną decyzję w swoim życiu. Oddawali oni dzieci pod opiekę instytucji nie dlatego, że ich nie kochali, ale dlatego, że nie byli w stanie ich wykarmić.

– Dzieci wojny nie mogły więc liczyć na pomoc zwykłych ludzi?

– Pomimo wszystko mogły, choć warunki były bardzo trudne. Księża apelowali z ambon o przyjmowanie sierot. Wiele rodzin odpowiadało na te wezwania, brały dzieciaki do siebie, ale przy okazji rodzeństwa były rozdzielane – niewielu było stać na to, aby przygarnąć więcej niż jedno dziecko. Trzeba pamiętać, że panowała ogromna bieda, ludzie sami często nie mieli co jeść, a mimo to znajdowali miejsce dla dzieci, które straciły wszystko.

– Także po wojnie nie dostały pomocy psychologicznej?

– Nie dostały. I to jest jedna z najbardziej przemilczanych tragedii. Te dzieci widziały rzeczy, których nie powinien oglądać żaden człowiek. A później oczekiwano od nich, że po prostu zaczną normalnie żyć. Wielu moich rozmówców wspominało koszmary senne, lęk przed ciemnością, paniczny strach przed językiem ukraińskim czy odgłosami przypominającymi wydarzenia z dzieciństwa (dźwięk pożarów był jednym z tych odgłosów). Niektórzy do końca życia bali się wrócić na Wołyń. Zdarzały się również próby samobójcze. Znane są przypadki dzieci próbujących odebrać sobie życie. Taki przypadek miał miejsce w Pieskowej Skale. O tym praktycznie się nie mówi, a przecież są to konsekwencje wojny równie realne jak fizyczne rany. Dla tych ludzi wojna nie skończyła się w 1945 roku. Trwała w ich pamięci przez kolejne dziesięciolecia.

– Gdyż po wojnie nadeszły czasy PRL.

– I temat rzezi wołyńskiej zniknął z przestrzeni publicznej. Dzieci bardzo szybko dowiadywały się, że o Wołyniu nie należy mówić. Wielu świadków po raz pierwszy opowiedziało swoją historię po 70 lub 80 latach – właśnie mnie. Często ich własne dzieci słyszały te relacje po raz pierwszy w życiu.

– Czy trauma była przekazywana kolejnym pokoleniom?

– Zdecydowanie tak. Psychiatrzy mówią o traumie transgeneracyjnej obejmującej nawet trzy pokolenia. W rodzinach ocalałych często widać skutki wojennych doświadczeń. Problemy z okazywaniem uczuć, trudności w budowaniu relacji, lęki czy nadmierna ostrożność bardzo często mają swoje źródło właśnie w wojennych przeżyciach rodziców. Jednocześnie kolejne pokolenia przejęły również obowiązek pamięci. To dzieci i wnuki ocalałych dziś walczą o upamiętnienie ofiar, ekshumacje i godne pochówki. Najlepszym przykładem jest tutaj dr Leon Popek, który jest synem ocalałych z ludobójstwa, a także jednym z najlepszych badaczy tego tematu, rozumiejącym także jego dalekosiężne skutki.

– Czy obecna wojna Ukrainy w obronie przed Rosją zmieniła stosunek ocalałych do Ukraińców?

– Nie spotkałam się z nienawiścią wobec współczesnych Ukraińców. Wręcz przeciwnie. Wielu Kresowian pomagało uchodźcom po rosyjskiej agresji z 2022 roku. Jednak równocześnie pozostało poczucie krzywdy związane z brakiem grobów i nierozwiązanymi problemami historycznymi. Dla tych ludzi najważniejsze jest jedno: odnaleźć i godnie pochować swoich bliskich. Bardzo często słyszałam od nich zdanie: „Nie chcemy zemsty. Chcemy grobu”.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki