„Bieszczadzki Basior 97”. Jak komandosi ćwiczyli działania specjalne na terenie Polski zajętej przez przeciwnika

2026-10-25 11:00

W latach 90. XX w. żołnierze jednostek specjalnych ćwiczyli scenariusze operacji prowadzonych na terenie Polski zajętej przez przeciwnika. Z takich szkoleń zrezygnowano, gdy Polska weszła do NATO. Ale powrócono do nich po agresji Rosji na Ukrainę. Dobrze widać to na przykładzie Jednostki Wojskowej 4101 - najstarszego oddziału specjalnego Sił Zbrojnych RP, który w tym roku obchodzi 65. rocznicę powstania.

  • W latach 90. XX w. ćwiczono scenariusze walki na terenie własnym zajętym przez przeciwnika.
  • Zrezygnowano z tego po wejściu Polski do Paktu Północnoatlantyckiego.
  • Po agresji Rosji na Ukrainę specjalsi wrócili do dawnych scenariuszy.

- Obecnie JW 4101 należy do światowej czołówki oddziałów specjalnych. Ale to rodziło się w bólu. Mijały lata, a przełożeni nie mieli pomysłu na zadania dla tej jednostki, ani gdy była 1. Batalionem Szturmowym, ani później - po przekształceniu w 1. Pułk Specjalny Komandosów - wspomina płk „Łukasz”, który w Lublińcu służył przez kilkanaście lat.

Zmiana nastąpiła dopiero po tym, gdy JW 4101 przybrała obecny kształt i stała się Jednostką Wojskową Komandosów.

- Ponieważ wszyscy mówią, że należy się uczyć z historii, warto ją przypomnieć. W 1997 r. przeszliśmy w podporządkowanie Dowództwa Wojsk Lądowych (DWLąd). Wrzucano nam wtedy bezsensowne programy strzelań i szkoleń, utrudniano prowadzenie selekcji, zlikwidowano magazyn broni armii obcych - ujawnia „Łukasz”.

Pojawiały się pomysły, żeby jeden z pododdziałów przeznaczyć tylko do działań rozpoznawczych i wyposażyć w kołowe transportery opancerzone.

- Pamiętam inspekcje z DWLąd., w których kontrolujący byli słabiej przygotowani niż podoficerowie z naszych sekcji. Najgorsze, że tym pomysłom przytakiwali niektórzy nasi oficerowie. Na szczęście to się skończyło, gdy w 2007 r. przeszliśmy w podporządkowanie Dowództwa Wojsk Specjalnych - kontynuuje oficer.

Gry terenowe pod przykrywką

Jednym z ważniejszych corocznych ćwiczeń w JW 4101 były „ćwiczenia przygodowe”. Żołnierze ćwiczyli w terenie, najczęściej w ubraniach cywilnych. Rozpoznawali teren, „niszczyli” wskazane obiekty.

- Żołnierze lubili te, owiane legendą, „przygodówki”. Z tego powodu pchali się do nas ludzie zafascynowani tajnymi działaniami. W „zwykłym” wojsku nie mieli zagwarantowanych takich wrażeń - wspomina chor. w st. spocz. Eugeniusz Kiciński, jeden z najstarszych stażem komandosów z JW 4101, który służył w Dziwnowie, a następnie w Lublińcu.

Nowego ducha do ćwiczeń przygodowych wprowadził kpt. Roman Syczewski. Trafił do Lublińca w 1988 r., służył do 1999 r. Do cywila odszedł jako dyplomowany podpułkownik.

- Kiedy został szefem Zespołu Dowodzenia Działaniami Specjalnymi (ZDDS), przyjął zasadę, że działanie i dowodzenie w czasie ćwiczeń ma być jak najbardziej realistyczne - wspominał st. chor. sztab. Grzegorz Wyrwał, wtedy podoficer specjalista w ZDDS.

Planując ćwiczenia, Roman Syczewski w stopniu zdecydowanie większym niż wcześniej oparł się na współpracy z Żandarmerią Wojskową, Policją, Nadwiślańskimi Jednostkami Wojskowymi czy Służbą Ochrony Kolei.

- Szefowie tych jednostek chętnie angażowali się w takie zajęcia, gdyż mogli sprawdzić sprawność działania swoich ludzi - wyjaśnia Roman Syczewski.

Bardzo cenna była wiedza jego zastępcy, mjr. Jarosława Studniarza, długoletniego dowódcy grupy specjalnej oraz kadrowej kompanii specjalnej.

Nowych pomysłów na szkolenie nie brakowało, ale nie nadążały za nimi przepisy. Standardowo w czasie zajęć w terenie z miejscowymi rozliczano się nieformalnie. Za użyczenie stodoły na „zadekowanie” grupy specjalnej czy podwiezienie specjalsów w określony punkt „płacono” racjami żywnościowymi czy paliwem. Przepisy nie przewidywały funduszu, który można by wykorzystać do finansowania takich przedsięwzięć. Żołnierze musieli więc kombinować i pozyskiwać „środki płatnicze” w nielegalny sposób.

Operacja „Bieszczadzki basior 97”

Dzięki pomysłowości ZDDS przeprowadzono słynne ćwiczenie „Bieszczadzki basior 97”.

- Wspólnie z mjr. Studniarzem pracę rozpoczęliśmy w połowie marca 1997 r. Planowanie trwało do końca kwietnia - wspomina ppłk dypl. w st. spocz. Roman Syczewski.

Scenariusz „Basiora-97” zakładał, że za wschodnią granicą władzę przejęli „Czerwoni”, którzy chcą odbudować utraconą pozycję mocarstwa. Pod pozorem ćwiczeń „Czerwoni” zgromadzili przy granicy z „Niebieskimi” zgrupowanie uderzeniowe. Przewidywano, że atak nastąpi w ciągu kilku dni. Prawdopodobnie przeciwnik ruszy w kierunku Przemyśla i Tarnobrzega. Jego celem będzie opanowanie części terytorium „Niebieskich” do linii Tomaszów Lubelski - Biłgoraj - Tarnobrzeg.

„Niebiescy” zarządzili mobilizację jednostek wojskowych. Zarząd Rozpoznania i Walki Radioelektronicznej skupił się na rozpoznaniu przeciwnika w strefie przygranicznej. Grupy specjalne miały m.in. dezorganizować działania „Czerwonych” oraz stworzyć dogodne warunki do natarcia własnych wojsk.

Dlatego 1 Pułk Specjalny Komandosów otrzymał zadanie przerzutu w ten rejon dziesięciu grup specjalnych. Mieli je tropić żandarmi, Nadwiślańskie Jednostki Wojskowe, sokiści, policjanci, pogranicznicy oraz Straż Przemysłowa.

Harcerze z bronią

Na początku maja 1997 r. dowódcy 10 grup specjalnych zostali wstępnie zapoznani ze scenariuszem i terenem przyszłej operacji. Ponieważ żołnierze mieli działać w ubraniach cywilnych, dostali rozkaz „wizualnego dostosowania się do specyfiki przedsięwzięcia”.

- Nie musieliśmy się golić, strzyc, należało załatwić sobie ubrania cywilne oraz ustalić „przykrywkę”, pod jaką będziemy działać. Pozostali żołnierze próbowali wypytywać, o co chodzi. Widok kilkudziesięciu coraz bardziej zarośniętych kolegów intrygował - wspomina podoficer.

Bieszczadzkie ostępy to rejon niebezpieczny. Dlatego dowódcy grup oraz ich zastępcy dostali broń i ostrą amunicję.

21 czerwca w Lublińcu ogłoszono alarm.

- Ustawieni na zbiórce nie wyglądali na żołnierzy. Mieli dłuższe włosy, brody, cywilne ubrania. Dość ciekawie prezentowała się grupa dowodzona przez ppor. „Mirasa”. Ubrani w harcerskie mundury, z gitarami „grali” obóz wędrowny - opowiada R. Syczewski.

Wszystkim odebrano dokumenty osobiste oraz pieniądze. W zamian każdy dostał oprawione w folię zaświadczenie o udziale w ćwiczeniach.

Sekcje zabezpieczające pobrały z magazynów broń i wyposażenie. Komandosi mieli je przejąć dopiero w punktach kontaktowych.

W rejon Sanoka pięć grup miało dotrzeć pod przykrywką turystów, koleją i autobusami. Ale nie z kierunku zachodniego - bo tam żandarmi byli szczególnie uczuleni na młodych mężczyzn - ale od północy lub wschodu. Po dotarciu w rejon manewrów mieli przygotować lądowiska dla śmigłowców, którymi przerzucona zostanie reszta. W Bieszczadach grupy miały operować w parach, tworząc pięć zespołów.

Ucieczka przed konnym patrolem

Przeciwnik nie próżnował. Żołnierze miejscowej Żandarmerii Wojskowej i nadwiślańczycy doskonale znali Bieszczady. Mieli więc ułatwione zadanie.

- Bardzo nas zaskoczyli nadwiślańczycy. Nie wiedzieliśmy, że mieli konny pododdział manewrowy. Samochody ciężarowe przewoziły żołnierzy i konie. Gdy dostali informację o podejrzanie wyglądających turystach, natychmiast jechali w tę okolicę i przeczesywali teren. Wspierała ich żandarmeria, ściśle współpracująca z miejscowymi komendami policji - opowiada uczestnik ćwiczenia.

3. Zespół Grup Specjalnych miał przejąć broń i wyposażenie w leśniczówce położonej niedaleko Zagórza. Jednak chcąc zwiększyć realizm, organizatorzy ćwiczenia „spalili” ten punkt kontaktowy.

Gdy więc o ustalonej godzinie do leśniczówki podszedł młody mężczyzna, zaczajeni żandarmi natychmiast go schwytali. Nawet nie zdążył powiedzieć hasła. Nie stracił jednak zimnej krwi i z kieszeni wyciągnął książeczkę wojskową. Tam wyraźnie napisano, że służbę wojskową skończył przed rokiem. Pobyt w okolicy tłumaczył zaś wędrówką po Bieszczadach. Żandarmi musieli go puścić.

- Pożyczył dokumenty od brata bliźniaka, który już zaliczył wojsko - wyjaśnia oficer.

Uwolniony natychmiast zaalarmował dowódcę o wsypie. Grupa ruszyła więc do Sanoka, gdzie przy ul. Dworcowej przygotowano zapasowy punkt kontaktowy. Gdy gospodarz usłyszał hasło, szybko oddał zdeponowane pakunki z bronią i wyposażeniem.

Komandosi mieli do wykonania różne zadania. 1. Zespół dostał rozkaz rozpoznania m.in. kopalni ropy naftowej Turze Pole, systemu jej ochrony oraz miejsca, do którego przesyłany jest wydobyty surowiec. Kolejny rozkaz dotyczył rozpoznania miejsca, w którym znajduje się jeden z magazynów ropy. Należało też ustalić, ile jej tam jest i jak najłatwiej zniszczyć obiekt.

Akcje dywersyjne i ochrona kopalni

Natomiast 2. ZGS lokalizował najlepsze miejsca na przeprawy przez rzekę San na północ od Sanoka, między miejscowościami Mrzygłód i Krzemienna.

- Mieliśmy ustalić liczbę mostów i promów oraz rozpoznać i zniszczyć przeprawę promową w Krzemiennej - wspomina komandos.

Kolejny zespół sprawdzał, gdzie w Sanoku są zakłady „Autosan”, co się w nich produkuje oraz jak są chronione. Po wykonaniu tego zadania żołnierze przeniknęli do pobliskiej wioski Trepcza, rozpoznali i zniszczyli drewniany most na Sanoczku, lewobrzeżnym dopływie Sanu.

Grupy operujące w ramach 4. Zespołu ustalały zaś, gdzie między miejscowościami Komańcza i Kulaszne są mosty drogowe i kolejowe.

- Ten zespół dostał też polecenie odnalezienia i ewakuacji dwóch lotników ukrywających się w pobliżu - wspomina uczestnik „Basiora”.

Dwie kolejne grupy skupiły się na ustaleniu liczby szybów w kopalni ropy Brylików, systemu ochrony tego obiektu oraz magazynu, do którego trafiała ropa naftowa.

- Oni dostali również nietypowe zadanie. Mieli po cichu „zaopiekować się” kopalnią Łodyna i przez dobę nie dopuścić do zniszczenia tego zakładu przez dywersantów - kontynuuje uczestnik.

Manewry zakończono 27 czerwca.

- Nasze grupy dobrze się spisały. Miałem dużą satysfakcję. Ćwiczenie zyskało uznanie u przełożonych oraz u ćwiczących żołnierzy - kończy ppłk dypl. Roman Syczewski.

Powrót do przeszłości

W latach 90. XX w. żołnierze JW 4101 bardzo solidnie przygotowywali się do możliwości operowania na terenie własnym zajętym przez przeciwnika. W rejonach, które mogły zostać oddane, organizowano ćwiczenia oraz wyjazdy, które sprawiały wrażenie wycieczek turystycznych, ale służyły rozpoznaniu terenu. Przygotowywano szczegółowe mapy, rozpoznawano istotne elementy infrastruktury, wyznaczano lądowiska.

W kancelarii tajnej jednostki systematycznie przybywało teczek z opisami rejonów będących w zainteresowaniu specjalsów.

Wszystko skończyło się wraz z przystąpieniem Polski do NATO. Stratedzy założyli wtedy, że Polsce nie grozi klasyczny konflikt zbrojny. Armia zaczęła przygotowywać się do nowych zadań: operowania w regionach odległych od Sojuszu Północnoatlantyckiego. Uważano bowiem, że terytorium państw NATO jest bezpieczne, a interwencje zbrojne trzeba będzie podejmować w rejonach zapalnych w różnych częściach świata.

Wojna hybrydowa Rosji przeciw Ukrainie rozpoczęta w 2014 r., a następnie otwarta agresja Moskwy na Kijów otrzeźwiły decydentów.

- Dlatego w 2019 r. w Dziwnowie przeprowadzono bardzo ciekawe ćwiczenie. Scenariusz opracował gen. dyw. dr inż. Sławomir Drumowicz, dowódca Komponentu Wojsk Specjalnych, wcześniej przez kilkanaście lat oficer JW 4101. Specjalsi prowadzili działania rozpoznawcze, przeciw nim działały wszystkie służby mundurowe, a weterani z 1. Batalionu Szturmowego pomagali przy przenikaniu, bytowaniu i legendowaniu ćwiczących - ujawnia płk w st. spocz. Witold Brzozowski, był szef sztabu 1. Batalionu Szturmowego.

Ćwiczenie było więc nie tylko symbolicznym powrotem do przeszłości w podejściu do zadań wojsk specjalnych, ale klamrą spinającą współczesne Wojska Specjalne z weteranami, którzy w formacjach specjalnych służyli przed dekadami.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki