„Lubliniec” rodził się w bólu. Reforma, która na trzy lata pozbawiła wojsko zdolności do prowadzenia operacji specjalnych

Jednostka Wojskowa 4101 jest najstarszym oddziałem specjalnym Sił Zbrojnych RP. Formacja kilkukrotnie zmieniała nazwy i miejsca stacjonowania. Obecnie to Jednostka Wojskowa Komandosów z Lublińca. Na przykładzie ewolucji JW 4101 warto zobaczyć, w jakich bólach rodziły się nowoczesne siły specjalne. Dziś przeanalizujemy, dlaczego - po upadku muru berlińskiego - rozwiązano wszystkie wojskowe jednostki specjalne, by w Lublińcu powołać 1. Pułk Specjalny Komandosów.

  • W efekcie upadku muru berlińskiego rozwiązało wojskowe pododdziały specjalne by tworzyć jedną jednostkę specjalną.
  • Kadra nie chciała służyć w nowym oddziale, a wielu żołnierzy przechodziło do GROM-u.
  • W efekcie źle przeprowadzonej reformy wojsko na ponad trzy lata utraciło zdolność do prowadzenia operacji specjalnych.

Upadek muru berlińskiego w listopadzie 1989 r. zakończył podział świata na dwa przeciwstawne bloki militarne: Układ Warszawski i NATO. Przestała też grozić wojna totalna, której główną areną miała być Europa.

Poszukiwanie nowego wroga

Już w lutym 1990 r. Komitet Obrony Kraju wydał uchwałę dotyczącą nowej doktryny obronnej RP. Napisano w niej, że wojsko musi być zredukowane, powinno też mieć zadania obronne, a nie - jak wcześniej - napastnicze. To oznaczało rewolucję! Należało wypracować nową doktrynę, zmienić strukturę i szkolenie.

- Wcześniej wrogiem było NATO. Ale jak po zmianach powinniśmy traktować ZSRR i państwa Układu Warszawskiego (UW), z którymi przestały nas łączyć sojusze? Do walki z kim mieli się szkolić komandosi? Jak mieli walczyć? Jakie wykonywać zadania? Jak zdefiniować nowe zagrożenia? Jakie siły będą nam potrzebne? - przed laty dylematy z tamtego okresu wspominał płk dypl. Zbigniew Kwintal, pierwszy dowódca 1 Pułku.

W czasach UW system jednostek specjalnych ludowego WP był idealnie wkomponowany w zadania Sił Zbrojnych. W czasie wojny UW z NATO mieliśmy wystawiać „Front Polski, składający się z dwóch armii utworzonych z dywizji Pomorskiego Okręgu Wojskowego oraz Śląskiego Okręgu Wojskowego. Armię rezerwową przygotowywał Warszawski Okręg Wojskowy.

Do tej koncepcji dostosowano strukturę jednostek specjalnych. 1. Batalion Szturmowy miał działać na rzecz dowódcy frontu, na rzecz armii - 62., 56. i 48. Kompanie Specjalne, a dla dowódców dywizji pancernych lub zmechanizowanych - dywizyjne kompanie specjalne.

Działania na terenie opanowanym przez przeciwnika

W nową doktrynę należało wkomponować nową strukturę i zadania specsił. Analizowano różne koncepcje. Zwyciężyła ta, że do skutecznego działania niezbędna będzie jedna duża jednostka specjalna zajmująca się akcjami bezpośrednimi, rozpoznaniem specjalnym i działaniami niekonwencjonalnymi.

Nie było jasności, kto jest potencjalnym wrogiem Polski, nie określono też obszarów, na których komandosi mieli w przyszłości działać.

- Dlatego zdecydowaliśmy, że jeden batalion wyszkolimy do działania na kierunku wschodnim, drugi na zachodnim, trzeci - silniej uzbrojony i obsadzony żołnierzami zawodowymi - przewidzieliśmy jako batalion dywersyjny do operowania na własnym terenie, czasowo opanowanym przez przeciwnika - przekonywał płk Kwintal.

Rozkaz dotyczący rozwiązania pododdziałów specjalnych i przekształcenia - stacjonującego w Lublińcu - 1. Batalionu Szturmowego w 1. Pułk Specjalny podpisał szef Sztabu Generalnego gen. broni Tadeusz Wilecki. Nowa jednostka miała zostać powołana 15 sierpnia 1993 r. i osiągnąć gotowość do 31 października 1994 r.

- Rozkaz podpisał szef Sztabu Generalnego, ale ja byłem autorem projektu reorganizacji - przed laty ujawnił płk dypl. Jan Świeboda, który w wojsku służył 35 lat, z tego 25 zajmował się działaniami specjalnymi. W latach 1984-2003 w Sztabie Generalnym odpowiadał za przygotowanie i wykorzystanie specjednostek.

Awans za przejście do Lublińca

Gdy żołnierze rozwiązywanych jednostek dowiedzieli się, że mają trafić do Lublińca, rozpętała się burza. W wywiadzie dla wrocławskiej gazety komandosi z 62. Kompanii Specjalnej grozili nawet, że ruszą na Warszawę i spalą Belweder!

- Z perspektywy widzę, że po rozwiązaniu przełożeni nie potraktowali nas źle. W Warszawie jakoś chcieli załagodzić sytuację. Dostaliśmy schemat pustego etatu jednego z batalionów. Każdy mógł wybrać stanowisko, które by mu odpowiadało, i po prostu się tam wpisać. Ale koledzy byli obrażeni, a wielu - sfrustrowanych. Nie chcieli iść do Lublińca. Po jakimś czasie do Bolesławca przyjechał przedstawiciel pułku. Proponował przejście do nowej jednostki, ale większość z uczestników spotkania odniosła wrażenie, że wcale mu na tym nie zależy - wspominał st. chor. sztab. Grzegorz Wyrwał, który zdecydował się na służbę w Lublińcu.

Przejście do nowej formacji dawało szybką szansę na wyższy stopień.

- Praktycznie każdy, kto się zgodził na przejście, dostawał awans. Pilnie potrzebowaliśmy kadry. W batalionie służyło około 170 żołnierzy zawodowych, a pułk potrzebował ich 450. Dlatego dowódca plutonu dostawał propozycję objęcia dowodzenia kompanią, a dowódca grupy - plutonem - podkreślał płk Kwintal.

Mimo tego niewielu było chętnych na przejście. Jednym z powodów były fatalne warunki mieszkaniowe w garnizonie Lubliniec.

- Telefonicznie kontaktowałem się z dowódcami kompanii dywizyjnych. Namawiałem do przejścia. Ale przyszło zaledwie 30 ludzi - mówił pierwszy dowódca pułku.

Problem z odejściami do GROM-u

Do tego komandosi systematycznie pisali raporty o przeniesienie do nowej jednostki powstałej w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych - GROM-u.

- Z odejściami do GROM-u mieliśmy duży kłopot. Traciliśmy świetnych żołnierzy. To się ciągnęło latami. Największy problem pojawił się w 1998 r., po wspólnych ćwiczeniach z GROM-em. Jednym z podstawowych powodów były pieniądze. Rozmawiałem ze znajomym chorążym. W Lublińcu obowiązywały ogólnowojskowe uposażenia, a on po przejściu do GROM-u zarabiał tyle, co ja - wtedy major i szef sztabu. Mając takie możliwości płacowe, podkupywano nam ludzi. Wybierano najlepszych z tych, którzy chcieli odejść - opowiadał płk dypl. Bogdan Kołtuński, drugi dowódca jednostki.

Zarobki komandosów były drażliwym tematem. Najgorsze warunki płacowe obowiązywały na najniższych stanowiskach.

- W jednostce specjalnej najważniejsi są operatorzy wchodzący w skład grup specjalnych. Oni wykonują zadania w terenie. Ich szkolenie jest najbardziej mordercze, najbardziej eksploatuje organizm. Tymczasem to właśnie ci ludzie najmniej zarabiali. Dlatego niektórzy woleli uciekać do logistyki. Pieniądze były te same, a służba lżejsza - wyjaśniał płk Kołtuński.

W Lublińcu doszło nawet do takiego paradoksu, że operator w grupie specjalnej zarabiał mniej niż operator dźwigu z pododdziału logistycznego pułku. Tego pierwszego oficerowie z Departamentu Kadr MON - odpowiedzialni za przygotowanie „tabel należności” - traktowali jak niewykwalifikowanego żołnierza, a ten drugi był, według nich, specjalistą.

1 Pułk Specjalny rodził się w bólach, ale - dzięki grupie ambitnych żołnierzy - powoli osiągał kolejne zdolności. Przyspieszenie w rozwoju przyniosły misje w Iraku, a przede wszystkim w Afganistanie.

Paraliż na trzy lata

Analizując skutki reorganizacji pododdziałów specjalnych, w 2012 r. ówczesny zastępca dowódcy JW 4101, obecnie Zastępca Dowódcy Rodzajów Sił Zbrojnych, gen. dyw. dr inż. Sławomir Drumowicz ujawnił:

- Reorganizacja pododdziałów specjalnych WP przeprowadzona w 1994 r. spowodowała jednorazową utratę ok. 60 proc. posiadanego potencjału bojowego, wyrażonego liczbą wyszkolonych ludzi i posiadanego sprzętu specjalnego, na około 3-4 lata.

Tłumacząc najprościej: obiektywnie racjonalną reorganizację wojskowych specjednostek przeprowadzono w taki sposób, że przez kilka lat Siły Zbrojne RP nie miały zdolności do prowadzenia operacji specjalnych.

Portal Obronny SE Google News

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki