- Pentagon niespodziewanie wycofuje się z planów rozmieszczenia pocisków Tomahawk w Niemczech, ujawniając obawy przed Putinem i poważne braki w arsenałach USA.
- Ta decyzja oznacza strategiczny odwrót Ameryki z Europy, pozostawiając kontynent bez kluczowego odstraszania i zmuszając do pilnej budowy własnej obrony.
- Dowiedz się, dlaczego „America First” triumfuje i jakie są brutalne wnioski dla Polski oraz przyszłości bezpieczeństwa w Europie.
Miał być potężny straszak na rosyjską agresję, ale pozostanie strategiczne rozczarowanie. Decyzja o rozmieszczeniu amerykańskich pocisków Tomahawk na terytorium Niemiec, ogłoszona z wielką pompą jeszcze za kadencji Joe Bidena, trafia właśnie do kosza. Jak donosi wpływowy portal Politico, powołując się na źródła w Waszyngtonie i Berlinie, administracja Donalda Trumpa podjęła decyzję o zablokowaniu transferu tej precyzyjnej broni dalekiego zasięgu do Niemiec.
Powody są dwa i oba obnażają obecną słabość Waszyngtonu: strach przed eskalacją ze strony Kremla oraz dramatyczne braki w amerykańskich arsenałach po wojnie z Iranem.
Nierównowaga odstraszania. Czy Pentagon boi się Putina?
Jak informuje Politico, amerykańscy urzędnicy obawiają się teg, jak Moskwa odpowie, jeśli administracja Trumpa zrealizuje plany rozmieszczenia precyzyjnych pocisków rakietowych w centrum kontynentu, twierdzą dwaj europejscy i jeden amerykański urzędnik.
Chodzi o decyzje, które zapadły jeszcze za prezydentury Joe Bidena, który ogłosiły w 2024 r. porozumienie o okresowym rozmieszczeniu w Niemczech amerykańskich rakiet dalekiego zasięgu (w tym Tomahawków, pocisków SM-6 i broni hipersonicznej) począwszy od 2026 roku.
Miało to przede wszystkim dotyczyć specjalnego batalionu US Army uzbrojonego w system rakietowy Typhoon. Może on wystrzeliwać pociski manewrujące Tomahawk a w przyszłości będzie też uzbrojony w nowy typ pocisków hipersonicznych. System ten powstał w odpowiedzi na nie przestrzeganie przez Rosję traktatów dotyczących rozmieszczenia broni balistycznej w Europie. Zapewnia on zdolności, które ze względu na traktaty nie był wcześniej rozwijane.
Jak wynika z aktualnych informacji, system Typhoon nie zostanie rozmieszczony w Europie w 2026 roku, a być może w ogóle. Rozwiała się też raczej szansa na zakup tego systemu dla Bundeswehry. Niemiecki minister obrony Boris Pistorius potwierdził, że oficjalne zapytanie o wyrzutnie Tomahawków wysłano do Waszyngtonu półtora roku temu. Odpowiedź z USA nigdy nie nadeszła, a Pistorius wprost deklaruje, że stracił już nadzieję na pozytywne zakończenie sprawy.
Polecany artykuł:
Jedna bateria systemu Typhon, czyli cztery wyrzutnie, miały pełnić rolę przejściową – do czasu, aż w ciągu najbliższych 7–10 lat powstaną europejskie zdolności w tym zakresie. W tym kontekście wspomniał o inicjatywie ELSA (European Long Range Strike Approach), w ramach której Niemcy i Wielka Brytania planują wspólny rozwój lądowych systemów rakietowych. W ubiegłym roku ten zakup wydawał się całkiem realnym rozwiązaniem pomostowym.
Głównym powodem zmiany decyzji w kwestii rakietowego odstraszania w Europie, która jak się wydaje ponad rok temu, zdaje się niechęć administracji Donalda Trumpa do „prowokowania reakcji Putina”. O jaką reakcję chodzi, trudno powiedzieć. Rosja od dawna rozmieszcza pociski tego tej samej klasy nie tylko na własnym terytorium, na przykład w Kaliningradzie, ale też na terenie Białorusi.
W zasięgu rażenia znajduje się między innymi stolica Niemiec, które obecnie nie dysponują podobną bronią. Ta nierównowaga potencjałów odstraszania miała być zniwelowana czasowo przez Amerykanów. Tak się jednak nie stanie. Nie tylko ze względu na to, że dziś Moskwa zdaje się być bliższa Waszyngtonowi niż Europa, a Niemcy w szczególności.
Amerykanie z pustymi magazynami
Szef Pentagonu Pete Hegseth wprost przyznał przed Kongresem, że pierwsze tygodnie wojny z Iranem dosłownie "przepaliły" zapasy USA. Amerykanie wystrzelili tysiące rakiet Tomahawk i Patriot, a uzupełnienie tych braków zajmie przemysłowi długie miesiące, jeśli nie lata. W tej sytuacji Pentagon opóźnia dostawy dla odbiorców zagranicznych i wycofuje się z wcześniejszych decyzji. Szczególnie gdy dotyczy to decyzji poprzedników.
Kanclerz Niemiec Friedrich Merz lakonicznie skwitował sytuację: „Amerykanie nie mają teraz wystarczająco dużo dla siebie”. Z perspektywy Berlina to jednak katastrofa.
Europejska pustka w cieniu rosyjskich rakiet
Anulowanie dostaw Tomahawków to nie odizolowany incydent, ale element szerszego i niezwykle niebezpiecznego trendu: strategicznego odwrotu Ameryki z Europy. Wiosną 2026 roku Pentagon skasował planowane rozmieszczenie 5000 amerykańskich żołnierzy w Niemczech. 4000 żołnierzy nie trafiło też do Polski w ramach rotacji. Prezydent Trump co prawda obiecał wysłanie do naszego kraju 5000 żołnierzy, ale nie wiadomo, kiedy i w jakiej formule.
Równolegle Waszyngton tnie obecność swoich myśliwców, dronów oraz jednostek marynarki wojennej na Starym Kontynencie. Naczelny Dowódca Sił Sojuszniczych NATO w Europie (SACEUR) generał Grinkevich wysyła jasny komunikat: Europa musi wziąć pełną odpowiedzialność za własną obronę. Zwiększyć swój udział w potencjale sojuszu.
Problem polega na tym, że Europa zostaje bezbronna w momencie, gdy zagrożenie ze Wschodu zdaje się rosnąć. Rosja od lat terroryzuje region pociskami Iskander (zdolnymi przenosić ładunki jądrowe) rozmieszczonymi w obwodzie królewieckim. Co gorsza, reżim Putina rozlokował na Białorusi rakiety średniego zasięgu Oresznik. Ten hipersoniczny system, używany już bojow na Ukrainie, choć z umiarkowanym skutkiem, jest w stanie uderzyć w dowolny punkt na mapie Europy w zaledwie kilka minut od odpalenia.
Wycofanie się USA z planów nasycenia Niemiec pociskami o zasięgu ponad 1600 kilometrów sprawia, że NATO traci zdolność konwencjonalnego odstraszania na średnim dystansie. Ograniczone, ponieważ są dopiero rozwijane, są też zdolności do zwalczania pocisków balistycznych, takie jak niemiecki system Arrow 3. Powstaje luka, którą Putin z pewnością dostrzeże i będzie chciał wykorzystać.
Wyścig z czasem: Czy europejski przemysł zdąży?
Dla europejskich planistów wojskowych decyzja Białego Domu to kolejny sygnał alarmowy. Niemiecka armia (Bundeswehra), która po dekadach zaniedbań desperacko próbuje się zmodernizować, nie jest w stanie zastąpić Tomahawków własnymi systemami rakietowymi systemami czy dronami. Takie rozwiązania są dopiero rozwijane.
W kuluarach NATO narasta zaniepokojenie tym, że amerykański odwrót zmusi Europę do zapełniania luk obronnych znacznie szybciej, niż jest to w stanie udźwignąć tutejszy przemysł zbrojeniowy. Przemysł, który już obecnie przyspiesza dzięki narzędziom takim jak fundusze SAFE, ale wymaga to nadal 2-3 lat.
Europejskie potęgi przemysłowo-militarne zaczynają działać na własną rękę. Paryż, Londyn i Berlin przyspieszają współpracę nad wspólnym projektem hipersonicznego pocisku dalekiego zasięgu, który miałby zniwelować dysproporcję sił między Zachodem a Rosją. Czasu jest jednak niewiele.
Sytuację pogarszają niepokojące raporty wywiadu NATO, które wskazują na podejrzaną aktywność rosyjskiej Floty Północnej. Istnieje poważne ryzyko, że Moskwa podejmuje próby potajemnego umieszczenia rakiet nuklearnych bezpośrednio na dnie morskim u wybrzeży Europy. Nie jest też tajemnicą, że Rosja jest w trudnej sytuacji i okno decyzyjne do ewentualnych działań wobec Europy zamknie się w ciągu najbliższych 2-3 lat. Zarówno ze względu na pogarszającą się sytuację w Federacji Rosyjskiej, o ile nie uda jej się przełamać impasu na Ukrainie i izolacji gospodarczej, jak też wzmacnianie obronności Europy.
Wnioski dla kontynentu – w tym dla flanki wschodniej i Polski – są bezwzględne. Decyzja Trumpa w sprawie Tomahawków to brutalny dowód na to, że w obliczu kryzysu America First staje się nadrzędną doktryną USA. Europa nie ma już czasu, musi przekształcić się w militarną potęgę zdolną do samodzielnego odstraszania, albo jej los będzie zależał wyłącznie od humoru na Kremlu i kalkulacji w Białym Domu.