- Jakie scenariusze realistycznych ćwiczeń japońsko-amerykańskich są dziś najbardziej prawdopodobne w przypadku konfliktu z Chinami?
- Czy bez Tajwanu USA i ich sojusznicy straciliby strategiczną dominację nad First Island Chain
- Jakie konsekwencje gospodarcze i polityczne poniosłaby ChRL w przypadku przejęcia Tajwanu siłą?
- Czy zastraszanie Tajwanu poprzez manewry i blokadę jest dla Pekinu bardziej opłacalne od pełnoskalowej inwazji?
Czym miałby być japońsko-amerykańskie „realistyczne” szkolenia?
First Island Chain to pojęcie geostrategiczne używane głównie w analizach wojskowych USA i Chin. Określa ono ciąg wysp i archipelagów na zachodnim Pacyfiku biegnący od Wysp Japońskich przez Okinawę i Tajwan po Filipiny, aż do północnej części Borneo. To pojęcie inaczej definiują Japonia i USA, a inaczej Chiny.
Dla pierwszych państw w praktyce pełni rolę naturalnej bariery oddzielającej wody przybrzeżne Chin (Morze Wschodniochińskie i Morze Południowochińskie) od otwartego Oceanu Spokojnego. Pekin natomiast definiuje to pojęcie jako pas terytoriów, który ogranicza swobodę operacyjną ich floty i lotnictwa, zwłaszcza okrętów podwodnych oraz grup lotniskowcowych. Jednym zdaniem: kto nadzoruje First Island Chain, ten kontroluje dostęp Chin do Pacyfiku. Dziś ta linia jest pod dominacją strategiczną USA i ich sojuszników, co rzecz jasna nie jest po myśli Chin. Nie jest zresztą linią jedyną. W geostrategii USA i Chin wyróżnia się również Drugi i Trzeci Łańcuch Wysp.
Drugi - rozciąga się dalej na wschód od Pierwszego. Obejmuje m.in. wyspy Marianów Północnych, Guam i wyspy w rejonie Mikronezji. Baza Guam (i inne) czynią tę linię strategiczną w kontroli ruchu po zachodnim Pacyfiku.
Trzeci Łańcuch Wysp działa jako „ostatnia linia strategicznej rezerwy. Jej zadaniem jest logistyczne i militarne wsparcie w razie eskalacji konfliktu w regionie Azji Wschodniej.
Wracając do japońsko-amerykańskie „realistycznych” szkoleń? Jaki miałby być ich zakres? Chodzi o ćwiczenie dokładnie tych scenariuszy, które dziś są najbardziej prawdopodobne w realnym konflikcie z Chinami. Prowadzone byłyby w realnym środowisku operacyjnym Pierwszego Łańcucha Wysp. Obejmowałyby zarówno symulację działań defensywnych, jak i ofensywnych.
Sprowadzałoby się m.in. do trenowania:
• obrony słabo zaludnionych wysp, odbijania zajętych przez przeciwnika z wykorzystaniem szybkiego przerzutu wojsk morzem i powietrzem,
• działań pod ciągłym zagrożeniem rakietowym,
• prowadzenia wojny morskiej w specyfice Łańcucha (dużo wąskich cieśnin),
• integracji dowodzenia (japońsko-amerykańskiego) w różnych scenariuszach przebiegu konfliktu z Chinami,
• działań sił sojuszniczych w warunkach wojny elektronicznej (np. zakłócania GPS itp.).
Jeśli sekretarz Hegseth mówi o konieczności „realistycznego” ćwiczenia wzdłuż Pierwszego Łańcucha Wysp, to przekaz jest oczywisty. USA nie ćwiczą już odstraszania w teorii, tylko przygotowują się do konfliktu o ograniczonej skali, mogącego wybuchnąć nagle i który nie miałby statusu formalnej wojny.
Stany Zjednoczone będą same bronić Pierwszego Łańcucha Wysp?
W grudniu Biały Dom opublikował Strategię Bezpieczeństwa Narodowego. Podkreślono w niej, że Republika Korei i Japonia winny mieć zdolność do obrony First Island Chain. Stwierdzono w dokumencie:
„Zbudujemy siły zbrojne zdolne do powstrzymania agresji w dowolnym miejscu Pierwszego Łańcucha Wysp. Jednak amerykańskie wojsko nie może – i nie powinno – robić tego w pojedynkę. Nasi sojusznicy muszą wziąć na siebie większą odpowiedzialność i więcej wydawać – a co ważniejsze, znacznie więcej robić – na rzecz wspólnej obrony. Wysiłki dyplomatyczne Stanów Zjednoczonych powinny koncentrować się na wywieraniu nacisku na naszych sojuszników i partnerów w obrębie Pierwszego Łańcucha Wysp, aby zapewnili siłom zbrojnym USA szerszy dostęp do swoich portów i innych obiektów, zwiększyli własne wydatki na obronę oraz – co najważniejsze – inwestowali w zdolności ukierunkowane na odstraszanie agresji...”
W Pierwszym Łańcuchu Wysp numerem jeden jest Tajwan. USA i sojusznicy stracą kontrolę nad Łańcuchem, gdy Tajwan z niego wypadnie. Jest jeszcze możliwość zaistnienia kilku innych sytuacji prowadzących do utraty tej dominacji. Jednak wydaje się, że jeśli w Łańcuchu może pęknąć któreś z ogniw, to byłby nim Tajwan, wskutek chińskich działań militarnych. Gdyby do tego doszło, dwubiegunowy świat miałby różne opinie: dla Zachodu byłoby to agresją, a dla Wschodu – zajęcie, w doktrynie Pekinu: zbuntowanej – wyspy byłoby przyłączeniem jej do macierzy.
Co prawda w chińskiej konstytucji nie ma zapisu o odzyskaniu zbuntowanego Tajwanu. Stanowi ona (mocno interpretacyjnie), że „państwo stoi na straży jedności i integralności terytorialnej” Chin. W tym państwie, coraz rzadziej utożsamianym w powszechnej świadomości z komunizmem, konstytucja jest ważna, ale ważniejsze jest to, co stanowi Komunistyczna Partia Chin. Jej dokumenty, uchwały, rezolucje itd. są w tej sprawie jasne: Tajwan jest częścią ChRL.
2 października 1949 r. Mao ogłosił powstanie Chińskiej Republiki Ludowej. Czy za trzy lata przestanie istnieć Republika Chińska (na Tajwanie)? Wielu analityków wskazuje: istnieje prawdopodobieństwo, że może to wydarzyć się już w 2027 r., z okazji setnej rocznicy utworzenia Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Gdyby do tego doszło, reperkusje byłyby gigantyczne. Pomińmy prognozowanie przyszłości, zobaczmy, co teraz dzieje się w sprawie tajwańskiej.
Czy Chinom opłaca się zajmować Tajwan, czy straszyć jego przejęciem?
ChRL systematycznie manewrami wojskowymi wokół Tajwanu daje do zrozumienia „buntownikom”, że nie znają oni „ani dnia, ani godziny”. W grudniu Pekin przeprowadził ćwiczenia „Misja Sprawiedliwości 2025”. To była jego odpowiedź na sprzedaż broni „made in USA” Tajwanowi za 11,1 mld USD.
Zachód i Tajwan obawiają się inwazji na wyspę. Jest również inny wariant rozwoju sytuacji. Otóż nie można wykluczyć, że Pekin zamiast zajmowania wyspy będzie dążył do wprowadzenia całkowitej blokady Tajwanu. Takie działanie byłoby poważnym ciosem dla gospodarki wyspy, a jednocześnie tańsze (finansowo i politycznie) od przeprowadzenia operacji desantowej, której skutki z pewnością byłyby ponadregionalne.
Zatem Chiny ćwicząc – straszą. Tajwan, USA, Japonię i świat. Trudno być jasnowidzem w sprawie tajwańskiej. Wiadomo, że bez amerykańskiego parasola wyspę Chińczycy mogliby zająć bez większego trudu. Teraz również, choć musiałaby poświęcić na wykonanie zadania więcej wysiłku niż przed dekadą czy dwoma. Załóżmy, że dochodzi do konfliktu o Tajwan, z tych czy innych przyczyn.
Raporty RAND i CSIS wskazują, że pełnoskalowa wojna światowa (wskutek zajęcia Tajwanu przez komunistów) jest mało prawdopodobna, choć ryzyko wzrasta wraz z zaangażowaniem USA i sojuszników. Jeśli miałoby dojść do działań militarnych, najbardziej prawdopodobny jest lokalny konflikt wokół Tajwanu. Generalnie wszystko zależy od reakcji Chin i USA w pierwszych 48–72 godzinach od podjętych działań.
Warto zastanowić się nad tym, czy Chinom opłaca się zajmować Tajwan. W sensie ideologicznym – jak najbardziej. I to byłaby bodaj jedyna korzyść, a wszystko inne skutkowałoby stratami politycznymi i ekonomicznymi.
ChRL, której gospodarka dogania amerykańską, bardziej od desantowania na Tajwan opłacalna jest strategia presji i zastraszania. Zresztą we współczesnym świecie wszyscy wszystkich straszą – to tak na marginesie. A Pekin dysponuje mocą zastraszania. To narzędzia polityczno-militarne mogące wymusić ustępstwa Tajwanu lub zwiększyć wpływ Pekinu w regionie bez ryzyka rozpętania wojny, która byłaby zdecydowanie niekorzystna dla progresu chińskiej gospodarki.
Można więc zaryzykować tezę, że dla ChRL wojna o Tajwan byłaby ekstremalnie niekorzystna. Co nie znaczy, że prawdopodobieństwo jej zaistnienia jest zerowe. Historia pokuje, że „kontynuacja polityki innymi środkami” nie zawsze jest prowadzona z uwzględnieniem logiki i rozsądku…
Polecany artykuł: