Misja GROM-u w Zatoce Perskiej. Tak polscy komandosi ścigali przemytników ropy

2026-03-15 8:01

Od marca 2002 r. do marca 2003 r. w rejonie Zatoki Perskiej operował Oddział Wodny GROM-u. Nasi specjalsi działali w ramach – utworzonych pod egidą ONZ - Multinational Interception Force (MIF). Dbały one o przestrzeganie embarga na handel iracką ropą naftową. 90 procent operacji przeprowadzono od zmierzchu do świtu, często przy kiepskiej pogodzie i wysokiej fali.

  • Misja GROM-u trwała rok. Zaczęła się wiosną 2002 r.
  • W tamtym czasie tylko Amerykanie, Brytyjczycy i Polacy prowadzili działania abordażowe w Zatoce Perskiej.
  • Główne zadanie polegało na egzekwowaniu ONZ-owskiego embarga na handel ropą wydobywaną w Iraku.
  • Ta niezbyt znana misja dała początek morskim operacjom specjalnym GROM-u.

W ramach MIF służbę na wodach Zatoki Perskiej działały zespoły abordażowe z USA, Wielkiej Brytanii i Polski.

Statki handlowe pływające po Zatoce należało kontrolować. Wszystko w poszukiwaniu ropy szmuglowanej z Iraku. Czyli: błyskawicznie dostać się na obserwowany obiekt, przejąć kontrolę nad załogą, przeszukać wszystkie zakamarki, wykonać dokumentacje fotograficzną i równie szybko zniknąć.

Kontrabanda nawet do Indii i Pakistanu

Przemytnicy mieli potężną motywację finansową. Statystycznie udawała się im co druga kontrabanda. Typowy „tankowiec” był w fatalnym stanie technicznym. Chcąc uniknąć kontroli, przemytnicy pływali przy fatalnej pogodzie. Liczyli bowiem, że wtedy koalicja nie będzie ryzykować życiem żołnierzy odpowiedzialnych za nadzór nad przestrzeganiem embarga.

Zwykle próbowali przedostać się z Iraku do Emiratów Arabskich, Iranu, Indii i Pakistanu. W tamtejszych portach odbywał się przeładunek na nowocześniejsze jednostki.

Ropę szmuglowano nawet w kilkusetlitrowych kadziach. Załogi niewielkich kutrów stale kursujących między Irakiem a bezpiecznymi portami, mogły zarobić olbrzymie pieniądze. Im bliższy był początek wojny, tym ruch stawał większy. Szmuglerzy wiedzieli, że po wojnie źródełko ropy zostanie zakręcone – wyjaśnia st. chor. sztab. Mieczysław Kopacz, jeden z pierwszych instruktorów w Oddziale Wodnym GROM-u, który szkolił uczestników tej misji.

Skontrolować jak najwięcej „dałów"

Z Umm Kasr – jedynego irackiego portu pełnomorskiego - wypływały często całe armady. Przemytnicy liczyli, że siły MIF nie będą w stanie przeszukać wszystkich jednostek.

Załogi śmigłowców patrolujących Zatokę namierzały „dały” – jak nazywano jednostki przemytnicze - i naprowadzały na nie zespoły abordażowe.

Jeśli do kontroli było kilka stateczków, ustalaliśmy kolejność wejść. Głównie kierowaliśmy się zanurzeniem „dała". Im większe, tym więcej powinno na pokładzie znajdować się trefnego towaru – wspomina ppłk Andrzej Kruczyński „Wódz”, dowódca Zespołu Bojowego A z GROM-u, który dowodził w czasie drugiej zmiany misji.

Jeśli GROM-owcy i amerykańscy SEAL-si wystawili po dwa zespoły abordażowe, to w rekordowe noce można było sprawdzić dziesięć stateczków.

Baza 130 km od Zatoki Perskiej

Polacy stacjonowali w amerykańskiej bazie w Doha, niedaleko stolicy Kuwejtu. Camp znajdował się 130 kilometrów od nadbrzeżnego obozowiska, z którego wyruszały patrole morskie.

Zwykle z Doha wyjeżdżali po godz. 16. Trasę pokonywali w godzinę. W bazie na wybrzeżu czekały łodzie patrolowe Mark V. Przepakowanie dziesiątek kilogramów sprzętu zajmowało sporo czasu. Gdy zapadał zmierzch, z portu wypływały dwa lub trzy Marki V i cztery lub pięć RIB-ów.

Marki były większe, więc zapewniały wyższy komfort transportu.

Od razu zwróciliśmy uwagę na bardzo wygodne fotele. Łódź rozwijała duże prędkości, więc zderzenia z falami były jak upadek na asfalt – wspomina uczestnik misji.

Dotarcie w rejon działania trwało minimum 3 godz. Gdy Marki V podpłynęły w pobliże celu, przerzucano sprzęt na RIB-y.

Polski oficer oddaje amerykańskie odznaczenie | GARDA

Kontrola zajmowała kilkadziesiąt minut

Przechodzenie z Marka na RIB-a należało do najtrudniejszych momentów. Wielokrotnie trzeba było między nimi przechodzić z długimi tyczkami, sztywnymi drabinami lub zrolowanymi drabinkami speleologicznymi. Do tego dochodziły piły mechaniczne, broń, plecaki medyczne. Bardzo realne było zagrożenie zgnieceniem przez burty obu jednostek. I to wszystko działo się w ciemności – przekonuje Andrzej Kruczyński.

Gdy RIB przybijał do burty, specjalnymi uchwytami przyczepiano ponton do statku. Trzech ludzi ustawiało wysięgnik teleskopowy z hakiem, do którego przymocowana została drabinka sznurowa. Pierwszy specjals wchodził na statek. Zakładał zabezpieczenia utrzymujące drabinkę i ubezpieczał kolegów. To był krytyczny moment abordażu.

Każdy znał swoje zadania, miał wytyczone sektory ostrzału. Cienie rozbiegały się po pokładzie. Należało sprawdzić wszystkie pomieszczenia, jak najszybciej obezwładnić załogę, przeszukać statek i sprawdzić dokumenty.

To była ciężka robota, nieraz należało przerzucić sporo worków czy pojemników zasłaniających kontrabandę – wspomina specjals.

Wszystkim członkom załogi zakładano jednorazowe kajdanki i grupowano w jednym miejscu. Po sprawdzeniu statku jedyną osobą z wolnymi rękoma był kapitan, który po odpłynięciu GROM-owców uwalniał swoich ludzi.

Rewolucyjna „drabinka Kowalskiego"

Bardzo trudnym momentem było zejście ostatniego żołnierza. On bowiem likwidował zabezpieczenia. Z chybotliwego stateczku na kołyszącego się RIB-a schodził więc bez zabezpieczenia.

W niewielkiej odległości komandosi czekali, aż stateczek zmieni kurs o sto osiemdziesiąt stopni. Gdy potwierdzili, że przemytnicy wracają do Iraku, ruszali do kolejnego zadania.

Nie zdarzyło się, żeby jakaś załoga stawiała opór. Jednak zwykle załogi przygotowywały się do utrudniania abordażu.

Często pudła i beczki ustawiano tuż przy burtach. Utrudniało to zaczepienie haka z drabinką. Więc komandosi „opatentowali” nowe rozwiązanie. Zamiast wysięgnika z drabinką speleologiczną - stałą drabinkę, pospawaną z rurek. Jej szczyt wygięto w szeroki hak, zaostrzony na końcu, który łatwo wbijał się w pakunki.

- W porównaniu z używanymi wcześniej drabinkami sznurowymi nowy „patent” był rewelacyjny! Umożliwiał błyskawiczne wejście – opowiada uczestnik  misji.

Konstrukcja – na cześć konstruktora nazwana „drabinką Kowalskiego" - powstała w bazie w Kuwejcie.

Portal Obronny SE Google News

Wszechobecna sól

Powrót na ląd był wyścigiem ze wschodzącym słońcem. Znowu należało wszystko przepakować na Marka V. Przy nabrzeżu – na samochody. Po godz. 7 ruszali do Doha.

Po śniadaniu przychodził czas na obsługę sprzętu. Należało naładować akumulatory w radiostacjach, noktowizorach, latarkach. Szybko trzeba także czyścić broń. Słona woda dosłownie wżerała się w metal. Naoliwiony musiał być każdy element.

Woda była niesamowicie słona! Powodowała nieprzyjemne ściąganie skóry, pękanie warg. Kiedy dostała się do ust, człowiekiem szarpały wymioty. Gdy odparowała, na ubraniu zostawała warstewka żrącej soli. Kombinezony szybko nabierały specyficznego, nieprzyjemnego zapachu – wspomina ppłk Andrzej Kruczyński.

Jeśli czyszczenie sprzętu poszło sprawnie, starczało czasu na kilka godzin snu. W południe wstawali na lunch. Potem był czas sjesty i przygotowania do nocnej roboty.

Pierwsza rotacja nastąpiła jesienią 2002 r. Druga zmiana nadal zajmowała się walką z kontrabandą. Ale im bardziej zbliżała się wiosna 2003 r., tym więcej czasu specjalsi spędzali na treningach na lądzie. Coraz bardziej czuć było w powietrzu nadciągającą interwencję sił międzynarodowych, czyli atak na Irak.

Uważać na wygłodzone psy

Nad pokładem przemytnicy rozciągali drut kolczasty. To uniemożliwiało desant ze śmigłowców. Do burt dospawywali metalowe piki, na które mógł nadziać się RIB. Bardzo często zdarzały się nadpiłowane fragmenty schodów, poręczy. Szmuglerzy ostrzyli krawędzie barierek i uchwytów w miejscach, w których człowiek intuicyjnie próbował się podeprzeć. Pułapki smarowano wszelakim świństwem. Chodziło o to, żeby rany źle się goiły.

Wiele razy zetknęliśmy się z psami. Wygłodzone i systematycznie bite, instynktownie atakowały każdego, kto wchodził do ładowni – opowiada „Wódz”.

Kiedyś koledzy trafili na najnormalniejszy pancernik. Płynął, ale miał zaspawane wszystko okna i drzwi – dodaje kolejny GROM-owiec.

Oczywiście każdy zespół abordażowy miał przyrządy do pokonywania takich przeszkód. Sprawnie więc wycięli otwór, który dostali się do wnętrza.

W środku było gorąco jak w piekle, nie było czym oddychać. Dwóch naszych straciło przytomność. Medycy wynieśli ich na zewnątrz. Z chłodni zabieraliśmy bryły mięsa i chłodziliśmy się tymi mrożonkami – wspomina specjals.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki