- Polski Kontyngent Wojskowy w Macedonii, choć nieliczny, doświadczył tragicznych strat, stając się najbardziej krwawą misją.
- W 2003 roku, podczas rutynowego patrolu, dwóch polskich żołnierzy zginęło wskutek eksplozji miny.
- Misja miała na celu rozdzielenie walczących stron i ochronę obserwatorów międzynarodowych w powojennej Macedonii.
- Dowiedz się, jak dowódcy i koledzy ofiar poradzili sobie z traumą i kontynuowali służbę, a także co sprawiło, że ta misja była tak wyjątkowa.
Zaledwie kilka dni po zamachach terrorystycznych 11 września 2001 r. na Stany Zjednoczone, do 1. Pułku Specjalnego Komandosów (obecnie Jednostki Wojskowej Komandosów) z Lublińca dotarł rozkaz o przygotowaniu 24-osobowego kontyngentu do służby w Macedonii.
Rozdzielić Macedończyków i Albańczyków
Z rozkazu Szefa Sztabu Generalnego wynikało, że Polacy mają odpowiadać m.in. za ochronę obserwatorów międzynarodowych oraz VIP-ów odwiedzających strefę, skrytego patrolowania terenu, wyznaczania oraz zabezpieczania lądowisk dla śmigłowców oraz pozostawać w gotowości do odbijania zakładników.
Dowódcą PKW został kapitan, zastępcą - porucznik. Czteroosobowymi sekcjami działań specjalnych dowodzili oficerowie lub chorążowie.
Pierwsza zmiana rozpoczęła się 29 września 2001 r. Dowodził kpt. „Wojtek”. W Macedonii komandosi stacjonowali w dwóch miejscowościach: Kumanovo i Lipkovo. Pierwszą miejscowość zamieszkiwali Macedończycy, drugą Albańczycy. Między nimi znajdował się pas ziemi niczyjej.
Albańczycy i Macedończycy bardzo przekonująco opowiadali o zbrodniach drugiej strony, ale tam wszyscy mieli krew na rękach. Strzelaniny były na porządku dziennym. Często próbowano nas okłamywać, w sprawie tego, kto zaczynał walkę. Gdy więc dostawaliśmy sygnał o potyczkach, na miejscu szukaliśmy śladów walki: łusek, odłamków. To było niezbędne, żeby ustalić, kto jest napastnikiem, a kto ofiarą - wspomina „Łukasz”, wtedy podporucznik, dowódca sekcji w czasie pierwszej zmiany.
Ochronić „lodziarzy” z OBWE
Polacy trafili do Macedonii w kilka miesięcy po zakończeniu wojny. Wszędzie było widać ślady zaciętych walk.
Nie było jednej całej wsi. Wszędzie zniszczenia. Gdy kilka lat później trafiłem do Iraku zobaczyłem coś odwrotnego. Też dotarliśmy tam niedługo po wojnie, a jej śladów nie było. W Iraku Amerykanie uderzali precyzyjnie. Na Bałkanach trwała wojna totalna - wspomina chor. „Bącu”, dowódca jednej z sekcji w czasie pierwszej zmiany kontyngentu.
W Macedonii żołnierze z Lublińca współpracowali ze specjalsami z Niemiec, Holandii, Francji oraz Grecji.
Jednym z ich głównych zadań była ochrona obserwatorów z Unii Europejskiej oraz Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie.
Oni chodzili w charakterystycznych, z daleka widocznych białych kombinezonach. Dlatego nazywaliśmy ich „lodziarzami”. Ich było tak wielu, że nie mogliśmy z nimi jeździć po terenie. Dlatego przekazywali nam informacje w jakich rejonach będą działać, ustalaliśmy sposoby szybkiego kontaktu i rozstawialiśmy posterunki w miejscach, z których najszybciej mogliśmy dotrzeć do „lodziarzy” - wspomina „Bącu”.
Tragiczny koniec rutynowego patrolu
Drugą zmianą kontyngentu dowodził kpt. „Filip”. Jego żołnierze kontynuowali zadania poprzedników. Polacy cieszyli się szacunkiem miejscowych, ponieważ nie opowiadali się po żadnej ze stron konfliktu, równo je traktując.
Właśnie wtedy doszło do tragedii.
4 marca 2003 r. czterech Polaków wraz z miejscową tłumaczką jechało na rutynowy patrol. Zbliżał się wieczór. Tego dnia już drugi raz pokonywali tę trasę po niezbyt uczęszczanej, ale dosyć solidnej drodze w okolicach Kumanova.
Ich honker wjechał na dwie, ułożone na sobie miny przeciwpancerne. Taki sposób zakładania ładunków był często stosowany. Zdecydowanie utrudniał rozminowanie, jednocześnie wzmacniał efekt eksplozji.
Po wybuchu na moment straciłem świadomość. Oszołomiony wyszedłem z samochodu przez wyrwany dach. Odruchowo spojrzałem na zegarek, była 17.20 – opowiada dowódca patrolu, którym był – wtedy porucznik - Jacek Ś.
Siedział na przednim siedzeniu obok kierowcy i sanitariusza - „Jogiego”. Obaj nie odnieśli większych obrażeń.
Zmarli w wyniku odniesionych ran
Miny wybuchły pod tylnym lewym kołem. Po eksplozji pojazd przeleciał kilkanaście metrów i uderzył o ziemię prawym bokiem.
Było ciemno, przyświecając latarkami szukaliśmy chłopaków siedzących z tyłu. Nie było to proste, bo wybuch wyrzucił ich z honkera. Paweł i Piotr leżeli nieprzytomni. Nie dało się im pomóc – wspomina Jacek Ś.
Po ok. 20 minutach od eksplozji nieprzytomni żołnierze zostali odtransportowani cywilnymi karetkami pogotowia do lokalnego szpitala. Tam Paweł Legencki i Piotr Mikułowski zmarli w wyniku odniesionych obrażeń.
Obaj przyszli do nas w 1998 r., do zasadniczej służby wojskowej. To byli porządni faceci, bardzo się starali, zostali w jednostce na kontraktach - wspominają w Lublińcu.
Urlop w Polsce i powrót na misję
Z „Jogim” wysłano nas na kilkanaście dni do Polski, do domów. Potem wróciliśmy do Macedonii. Byłem wtedy pięć lat po szkole oficerskiej. Miałem świadomość olbrzymiego szczęścia, ale nawet przez chwilę nie myślałem o odejściu do cywila - mówi Jacek Ś.
Zdecydował o dalszej służbie w Lublińcu. Po kilku latach wyjechał na misje do Iraku, potem dwa razy do Afganistanu.
„Jogi” także pozostał w jednostce. Awansował, był na misjach w Iraku i Afganistanie. W Lublińcu przesłużył 27 lat.
Od trzech lat w Lublińcu służy brat Pawła Legenckiego.
Śmierć Pawła i Piotra była dla nas wstrząsem. Ale wzmocniła naszą determinację. Postanowiliśmy, że musimy dokończyć misję, w której życie oddali nasi koledzy. W izbie tradycji zespołu bojowego są pamiątki po tych chłopakach. Zapoznaje się z nimi każdy żołnierz trafiający do zespołu. Więc na początku dowiaduje się, że służba w jednostce specjalnej to nie tylko prestiż, ale też wielkie ryzyko - kończy „Filip”, który w Lublińcu przesłużył prawie ćwierć wieku.