• Czy Biały Dom zignoruje wyraźny sprzeciw większości Amerykanów wobec wojny z Iranem?
• Czy celem USA może być przejęcie strategicznej wyspy Chark, kluczowej dla eksportu irańskiej ropy?
• Czy ograniczone siły ekspedycyjne są w stanie przeprowadzić skuteczną operację desantową bez eskalacji konfliktu?
Amerykanie są przeciwni wejściu swoich żołnierzy na terytorium Iranu
Z początkiem marca 53 proc. sprzeciwiało się działaniom militarnym USA przeciwko Iranowi. Poparcie dla nich wyraziło 40 proc. Jeszcze więcej (74 proc.) było przeciwnych temu, by USA angażowały się w wojnę z Iranem na lądzie (poparłoby taką decyzję 20 proc.).
Jeden z analityków Uniwersytetu Quinnipiac tak skwitował wyniki sondażu: „Wyborcy nie są entuzjastycznie nastawieni do ataku powietrznego na Iran, a wystawienie amerykańskich wojsk na terytorium Iranu w celu prowadzenia wojny lądowej budzi przytłaczający sprzeciw…”.
Wówczas 37 proc. respondentów pochwaliło sposób, w jaki Donald Trump sprawuje swoją funkcję prezydenta, 57 proc. wyraziło odmienną opinię.
W ostatnim sondażu Reuters/Ipsos (przeprowadzanym od 16 do 19 marca) nie odnotowano zasadniczych zmian w podejściu Amerykanów do kwestii wojny z Iranem i jej perspektyw. Przybyło chwalących politykę Trumpa (40 proc.). Wojnę akceptuje 37 proc. ankietowanych, a 59 proc. jest jej przeciwnych.
Tak w tym sondażu, jak i we wcześniejszych, wyrażane opinie w dużej mierze zależą od preferencji wyborczych respondentów. Zwolennicy Demokratów są negatywnie nastawieni do wojennej polityki Trumpa, acz 6 proc. tej grupy uważa ją za słuszną. Natomiast utożsamiający się z Republikanami w zdecydowanej większości (77 proc.) popierają obecną politykę USA względem Iranu.
Czy Biały Dom weźmie pod uwagę wyniki sondaży, niezbyt po myśli i oczekiwaniach Donalda Trumpa? Zobaczymy. Czas zdarza się, że władza – nie tylko w USA – bierze pod uwagę vox populi, głos ludu.
Czym jest 31. Jednostka Ekspedycyjna Piechoty Morskiej?
Tymczasem w ewentualnej operacji lądowej ma uczestniczyć 31st Marine Expeditionary Unit. To jedna z siedmiu stałych jednostek typu MEU w United States Marine Corps, przeznaczona do szybkiego reagowania w rejonie Indo-Pacyfiku. Jednostka stacjonuje na Okinawie. Służy w niej ok. 2,5 tys. żołnierzy. Standardowo MEU wyposażona jest w pojazdy opancerzone, artylerię, śmigłowce, a także w wielozadaniowe myśliwce V generacji o skróconym starcie i pionowym lądowaniu, czyli F-35B Lightning II.
31st MEU jest projektowana jako „force in readiness” (siła natychmiastowego reagowania) zdolna m.in. do prowadzenia operacji desantowych i specjalnych. W ostatnim przypadku – w ograniczonej skali. W innych armiach nie ma bezpośredniego odpowiednika tego rodzaju jednostki jako zintegrowanej siły ekspedycyjnej.
To, że ku Iranowi zbliża się taka siła, nie znaczy, że USA przymierzają się do szeroko zakrojonej wojny na terytorium Islamskiej Republiki Iranu. Do czegoś takiego potrzeba byłoby kilkudziesięciu takich jednostek jak ta zdążająca z Okinawy w strefę konfliktu.
Pełnoskalowa wojna w analizach think tanków o profilu militarnym jawi się jako skrajny scenariusz. Dla przykładu: w analizie RAND Corporation napisano wprost: „Stany Zjednoczone nie planują prowadzenia dużej i długotrwałej wojny lądowej w żadnym ze spornych regionów poza Półwyspem Koreańskim”.
Pewności na 100 proc., że w tych planach nic się nie zmieni, nie ma. Jest to mało prawdopodobne, ale gdyby doszło do powtórki na skalę choćby „Pustynnej Burzy”, bardzo szybko przekroczony zostałby „próg kontroli politycznej”. Ze wszystkimi tego konsekwencjami militarnymi. W tym nurcie wypowiadają się główne media amerykańskie. To po co, w takim układzie, w rejon działań wojennych Waszyngton skierował jednostkę ekspedycyjną?
USA zaryzykują desant na wyspę, z której w świat płynie irańska ropa?
„Wall Street Journal”, portale: Axios i Military.com widzą w tej decyzji dążenie do wzmocnienia sił USA, mogących chronić żeglugę, której ruch znacząco destabilizuje Iran. Między innymi, ale grupa może być skierowana do wykonania innych zadań. Na celowniku jest leżąca w Zatoce Perskiej wyspa Chark (Jazīreh-ye Khārk).
To do niej rurociągami transportowana jest ropa z lądu. To tutaj pompuje się ją na tankowce zaopatrujące przede wszystkim Chiny. To z tego portu w świat idzie 90 proc. eksportu ropy naftowej.
Wyspa jest niewielka, circa 20 km kw. powierzchni. Była już atakowana z powietrza, ale Amerykanie niszczyli tylko cele wojskowe, a nie przemysłowe. Krążą pogłoski, że Trump chciałby ją przejąć. Według Axios administracja Trumpa rozważała możliwość zajęcia wyspy już na początku marca.
Jakie obecnie plany względem Chark mają w Pentagonie i w Białym Domu, to Bóg raczy wiedzieć. Pewnikiem jest, że sama obecność ograniczonych sił zdolnych do przeprowadzenia ograniczonej operacji desantowej musi budzić obawy Teheranu. Irańscy decydenci mogą uznać taki desant na wyspę za mało prawdopodobny, gdyż groziłoby to (mniejszym lub większym) zniszczeniem infrastruktury portowej.
W Teheranie mogą zakładać, że skoro dotychczas Amerykanie ją oszczędzali, to po co mieliby ryzykować jej zniszczenie? A takie mogłyby być skutki operacji desantowej. Takie działanie wywołałoby wzrost i tak już wysokich cen ropy naftowej na dłuższy okres.
A jak zareagowałyby Chiny? Można zgadywać. Możliwości mają wiele. Podobno – wieść niesie – zaoferowały Iranowi dostawy rakiet… A co w kwestii pogłosek i przypuszczeń ma do powiedzenia Departament Wojny USA?
Nic. Nie komentuje. Przecież nie przedstawi planu działania, by media były zadowolone z siły własnego oddziaływania na aparat władzy! Jeszcze tylko kilka dni, a będzie już – mniej więcej – wiadomo, do czego potrzebna jest 31. Jednostka Ekspedycyjna Piechoty Morskiej. Spokojnie, cierpliwości...