W czasie Warszawskich Targów Obronnych odbył się panel pt: "Kolekcjonerstwo broni. Czy to dobra inwestycja?". W którym wzieli udział:
- Marek Janczak, współtwórca kanału Ostry Gwint.
- Leszek Erenfeicht, zastępca redaktora naczelnego Strzał.pl
- Ppłk w st. spocz. Michał Sitarski „Królik”, redaktor naczelny magazynu Frag Out!
Moderatorem był Łukasz Warzecha.
Paneliści rozpoczęli dyskusję od omówienia motywacji, jakimi kierują się osoby decydujące się na pozwolenie kolekcjonerskie. Wskazano, że dla wielu jest to po prostu najwygodniejsza droga do posiadania własnej broni bez konieczności wiązania się ze strukturami sportowymi. Ppłk w st. spocz. Michał Sitarski „Królik” zauważył:
„Nie chcę robić sportu, bo mam awersję do zrzeszania się w klubach sportowych, mam awersję do PZSS-u, nie chcę startować w żadnych zawodach, to pójdę do Leśnego, czy pójdę do Braterstwa EU, zrobię sobie kolekcję i będę miał święty spokój. Zapłacę 10 zł rocznie, 50 zł rocznie, będę miał darmowy dostęp do strzelnicy.”
Sitarski podkreślił jednak, że prawdziwych pasjonatów z wielkimi, unikalnymi zbiorami jest stosunkowo niewielu, a większość z nich woli pozostać w cieniu. Leszek Erenfeicht zgodził się z tą tezą, dodając, że często wynika to z cech osobowościowych, a sama pasja jest dla nich wystarczającym celem. Ponadto Erenfeicht zwrócił uwagę na bogactwo kolekcji ukrytych poza głównymi ośrodkami miejskimi:
„Możemy sobie wyobrażać, bo jesteśmy w Warszawie, w stolicy, że te kolekcje to są, że tak powiem, jakby to powiedzieć, bardzo bogatych ludzi, jak kolekcjonerów zegarków. Powiem tak, na prowincji to czasem są tak znakomite kolekcje, tak bogate, że czasami naprawdę jak spoglądam i zazdroszczę i jestem po prostu w szoku coś takiego istnieje”
Polecany artykuł:
Marek Janczak potwierdził, że niektórzy kolekcjonerzy potrzebują czasu, by dojrzeć do pokazania się publicznie, wspominając początki ich wspólnego kanału „Ostry Gwint”, gdzie Adrian początkowo występował w kominiarce.
Moderator Łukasz Warzecha płynnie przeszedł do kolejnego tematu – tzw. „magicznej granicy” 50 sztuk broni, powyżej której polskie prawo nakłada obowiązek utworzenia specjalnego magazynu broni. Ppłk Michał Sitarski ostro skrytykował ten przepis, wykazując jego nielogiczność:
„Ten przepis jest, jak się w to wczytać, wyjątkowo idiotyczny. Dlatego, że masz 49 sztuk broni i możesz je sobie trzymać w szafie u siebie w domu, w szafie u rodziców, część w pracy. Ponieważ trzeba pamiętać o jednej rzeczy: nie ma żadnego obowiązku zgłaszania miejsca przechowywania broni. Jedyne co się zgłasza policji, to jest miejsce stałego pobytu i jego zmianę. Więc możesz sobie to trzymać albo w domu w trzech szafach, albo jedna szafa u ciebie, druga u rodziców, trzecia gdzieś tam. I teraz przekraczasz te magiczne 50 sztuk [...] i nagle musisz wziąć magazyn broni, mimo że w żadnym z tych miejsc nie masz tych 50 sztuk na raz. Co więcej, nawet jak już je masz w tych trzech szafach w domu i masz 54 sztuki, już masz ten magazyn broni, to nie możesz tej broni powiesić sobie na ścianach w tym magazynie broni. One muszą być w magazynie broni spełniając odpowiednie normy, zamknięte w szafach”.
Sitarski dodał, że przez to w Polsce niemożliwe jest legalne stworzenie klasycznego pokoju na broń (gun room), gdzie karabiny eksponuje się na ścianach. Wskazał również prosty sposób na obejście tego limitu: przepisanie części broni na żonę, która także posiada pozwolenie sportowo-kolekcjonerskie, co pozwala na przechowywanie do 98 sztuk w jednej szafie bez konieczności odbioru magazynu przez straż pożarną czy inne służby.
W kwestii kosztów samych egzemplarzy kolekcjonerskich, Marek Janczak uspokoił, że próg wejścia nie zawsze musi być wysoki. Jako przykład podał sytuację sprzed kilku lat:
„Jeżeli chodzi o koszty samego kolekcjonowania, to powiem tak: próg wejścia nie jest tak wysoki, jak komuś mogłoby się wydawać. Jeszcze kilka lat temu można było kupić, załóżmy, kolekcjonować międzywojenne pistolety Service Pistols, czyli te pistolety, które były na uzbrojeniu armii europejskich [...] jedna sztuka kosztowała poniżej 1000 zł. [...] Kilka lat temu był wielki wysyp właśnie pistoletów maszynowych [...] i w niektórych sklepach dawało się kupić na przykład pumpiczkę, czyli czeski SA-24, w moim akurat przypadku nówkę sztukę z magazynu, w stanie magazynowym, za 300 zł.”
Z kolei Michał Sitarski przypomniał, jak szybko potrafią rosnąć ceny rzadkich lub modnych modeli, podając przykład subkarabinka AKS-74U (tzw. „Suchara”), którego cena w ciągu pięciu lat skoczyła z 3 500 zł do nawet 15 000 zł za egzemplarz.
Dalsza część dyskusji dotyczyła niuansów, które decydują o wartości danego egzemplarza. Sitarski przytoczył historię rynku karabinków M16 A1, ostrzegając przed uleganiem panice zakupowej:
„Przez długi czas na internecie wisiała oferta na M16 A1, ale US Government Property, czyli ten rzadszy, ten wytworzony dla armii. Bo te tak zwane 'malaje', które są M16 A1 w różnym stanie kosztują po 4000 zł plus minus. To jest taki sam M16 jak ten US Government, tyle tylko, że nie ma tego napisu bo to jest egzemplarz na eksport. [...] Ale te US Governmenty są bardziej cenione [...] kosztował 24 000. Aż do momentu, kiedy jedna z firm ściągnęła chyba siedem egzemplarzy M16 US Government w stanie rewelacyjnym trzeba było zapłacić za niego 9000 i następnego dnia po tym, jak te M16 pokazały się na stronie, tamten Hydramatic pokazał się za 12 000. Czyli do czego zmierzam? Zmierzam do tego, że czasami nie ma sensu się napalać na kupno czegoś już tu, zaraz, teraz, bo więcej nie będzie. Bo bardzo często, w większości przypadków, więcej będzie.”
Eksperci zgodzili się, że cena rzadkich unikatów bywa całkowicie umowna. Jako przykład podano brytyjski karabinek L85 A1 (SA80). W prywatnych rękach cywilnych w Europie znajdują się prawdopodobnie tylko trzy sztuki. Gdyby ten egzemplarz trafił na rynek z ceną 200 000 zł, o jego zakupie decydowałaby wyłącznie czysta kalkulacja kupującego: albo płaci wygórowaną kwotę, albo traci jedyną szansę na posiadanie tego modelu.
Zapytani przez Łukasza Warzechę o to, czy broń można traktować jako realną inwestycję finansową, paneliści wyrazili odmienne opinie. Marek Janczak uważa, że jak najbardziej jest to możliwe, choć wymaga to chłodnej kalkulacji, odrzucenia emocji i stosowania zasad podobnych do rynku dzieł sztuki czy aut zabytkowych. Zdecydowanie odmienne stanowisko zajął Michał Sitarski, wskazując na gigantyczną barierę, jaką stanowią przepisy eksportowo-importowe, uniemożliwiające swobodne przenikanie się rynków europejskiego i amerykańskiego. Sitarski zobrazował to przykładem strzelby SPAS 12:
„Dobry SPAS u nas z dodatkami to jest kwestia 15-17 tysięcy złotych. W Stanach Zjednoczonych taki SPAS zaczyna się od 5000 dolarów, z jednym małym zastrzeżeniem: on musi być zarejestrowany w Stanach. I co z tego, że ja mam ładnego SPAS-a, którego kupiłem dużo taniej, wystawiam go, u nas nie ma zainteresowania, zainteresowanie byłoby ze Stanów i zapłaciliby mi więcej. Jak nie mogą go kupić, bo go nie ma w Stanach? Bo mówimy o broni tak zwanej zbanowanej w Stanach. [...] Niestety ten rynek europejski i amerykański się nie przenikają tak, jak byłoby bardzo fajnie i zdrowo.”
Najlepszym przykładem spekulacji i dominacji emocji nad logiką okazał się rynek pistoletów Vis wz. 35. Choć wyprodukowano ich łącznie ponad 300 tysięcy sztuk (w tym około 50 tysięcy sztuk wersji przedwojennej), polscy kolekcjonerzy wykazują wobec nich ogromny sentyment narodowy. Doprowadza to do sytuacji, w której ceny na krajowych aukcjach sięgają absurdalnych poziomów. Leszek Erenfeicht i Michał Sitarski celnie to skomentowali:
„Ludzie dostają naprawdę kompletnego szmergla na sam widok Visa. To jest bardzo fajny pistolet, który właściwie niczym specjalnym się nie wyróżnia, poza tym, że nasz ci on. W związku z tym ludzie są w stanie płacić za te Visy w dziadowskim stanie, poskładane, niezgodne numerycznie, jakieś w ogóle niewyobrażalne pieniądze. Ja tego zupełnie nie rozumiem"
Polecany artykuł:
Sitarski dodał:
„Jatimaticów masz 400 i za Jatimamica płacisz za nówkę blaszkę 12 000, a jak ostatnio zobaczyłem na jakiejś aukcji, w pięknym stanie, bo jest dwóch chętnych, w pięknym stanie polski Vis z kaburą – 50 koła! Logicznie na to spoglądając, jest to niewytłumaczalne, ale tutaj nie gra logika, tutaj gra emocja. Tylko że widzisz, ta emocja gra, jak ty go kupujesz. Bo się napalisz, chcesz, sprzedasz nerkę swoją, żony i jeszcze dzieci na części i kupisz za to sobie tego Visa"
Podsumowując wątek inwestycyjny, Sitarski stwierdził, że traktowanie kolekcjonerstwa jako czystej lokaty kapitału na przyszłość go nie przekonuje, chyba że mówimy o szybkiej odsprzedaży z zyskiem – co jednak jest bliższe handlowi niż idei kolekcjonowania.
Na zakończenie Michał Sitarski podał jako ciekawostkę przykład z rodzimego rynku – karabinki FB Grot. Fabryka Broni „Łucznik” Radom wypuściła limitowaną serię „pierwszej setki Grotów” na stulecie niepodległości, które kosztowały po 12 000 zł i posiadały specjalne grawerunki oraz certyfikaty. Okazuje się jednak, że z tej puli trzy sztuki (egzemplarze przeznaczone pierwotnie dla mediów) nie otrzymały żadnych oznaczeń ani certyfikatów, co paradoksalnie czyni je najbardziej unikalnymi i poszukiwanymi egzemplarzami kolekcjonerskimi w całej serii.