Silni, zwarci, ale jeszcze nie gotowi. Czyli kto będzie walczył za Polskę?

Polska zwiększa wydatki na zbrojenia do rekordowego poziomu, podpisuje wielomiliardowe kontrakty i zabiega o stałą obecność wojsk amerykańskich na swoim terytorium. Mówiąc kolokwialnie – jesteśmy „silni, zwarci, ale jeszcze nie gotowi”. Jednocześnie jak bumerang powraca dyskusja o przywróceniu zasadniczej służby wojskowej. Najnowszy sondaż Instytutu Badań Pollster dla „Super Expressu” pokazuje, że Polacy są w tej sprawie podzieleni – za takim rozwiązaniem opowiada się 47 proc. badanych, przeciw jest 40 proc. Nikt jednak w całej tej dyskusji nie zastanawia się poważnie, jak to wszystko dobrze zorganizować logistycznie. Z drugiej strony politycy robią wszystko, żeby ludzie ignorowali obowiązki wobec państwa. Bo za jaką Polskę mieliby walczyć? Za taką, w której służba zdrowia jest niewydolna, młodzi nie mogą sobie pozwolić na własne mieszkanie, a większość społeczeństwa żyje od pierwszego do pierwszego? Politycy konsekwentnie ignorują te kwestie, oczekując patriotycznego zrywu w razie W.

W ostatnich latach Polska stała się jednym z liderów NATO pod względem wydatków obronnych. Budżet przekraczający 4% PKB, zakupy nowoczesnych systemów uzbrojenia, takich jak czołgi Abrams i K2, systemy Patriot czy samoloty F-35, a także udział w inicjatywach europejskich, w tym mechanizmach takich jak SAFE wszystko, to buduje obraz państwa poważnie traktującego swoje bezpieczeństwo. Przynajmniej w teorii.

Na poziomie deklaracji Polska jest dziś „silna, zwarta i prawie gotowa”. Politycy różnych opcji politycznych prześcigają się w zapewnieniach o wzmacnianiu armii i zwiększaniu zdolności obronnych. Jednak użytniwnicy platformy X dawniej Twitter, co chwila widzą przepychanki i złośliwe komentarze polityków, którzy już rządzli i który rządza teraz i sobie wytykają, kto co kupił, kto był pierwszy, kto zrobił więcej dla wojska, kto dbał/dba lepiej o bezpieczeństwo Polski. W tle pojawia się jednak coraz częściej pytanie znacznie mniej wygodne: kto będzie obsługiwał ten sprzęt i kto będzie gotów stanąć do walki? 

Nowoczesna armia nie funkcjonuje bez odpowiednio licznego i zmotywowanego personelu. Nawet najbardziej zaawansowany technologicznie sprzęt wymaga wyszkolonych operatorów, logistyków, techników i dowódców. Tymczasem Polska, podobnie jak wiele krajów europejskich, mierzy się z kryzysem demograficznym. Malejąca liczba urodzeń oznacza, że potencjalna baza rekrutacyjna kurczy się z każdym rokiem. Coraz mniej młodych ludzi oznacza nie tylko problemy dla rynku pracy czy systemu emerytalnego, ale również dla zdolności obronnych państwa.

Dlatego też debata o przywróceniu zasadniczej służby wojskowej nie jest przypadkowa. Jest symptomem głębszego problemu czyli rosnącej luki między ambicjami militarnymi państwa a realnymi zasobami społecznymi. Na początku czerwca podczas podczas posiedzenia sejmowej komisji obrony wiceszef MON Stanisław Wziątek przekazał, że liczba 300 tys. żołnierzy zawodowych w Siłach Zbrojnych RP zostanie osiągnięta do 2039 r. Wraz z żołnierzami rezerwy (200 tys.) łączna liczba żołnierzy Wojska Polskiego ma wynieść do tego czasu 500 tys. Tak zakłada też Program Rozwoju Sił Zbrojnych RP - opracowywany przez MON raz na kilka lat niejawny dokument, w którym wyznacza się najważniejsze kierunki rozwoju Wojska Polskiego. W grudniu ub.r. wicepremier, szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz podpisał program na lata 2025–2039. Odległość tego terminu wzbudziła zaniepokojenie niektórych posłów podczas posiedzenia komisji. Wziątek wyraził jednak przekonanie, że proces ten nabierze tempa i pułap 500 tys. uda się osiągnąć wcześniej.

Budowa tak dużej liczebności Sił Zbrojnych stawia pytanie, czy znajdą się chetni? Prognozy demograficzne nie zostawiają złudzeń nasze społeczeństwo się starzeje i nas ubywa. Według najnowszych danych i prognoz, liczba ludności Polski w 2026 roku nadal się zmniejsza. Na koniec pierwszego kwartału 2026 roku populacja Polski liczyła 37,281 mln osób, co oznacza spadek o około 155 tys. w porównaniu z rokiem poprzednim. Tempo ubytku rzeczywistego wskazuje, że na każde 10 tys. mieszkańców ubyło 14 osób. Prognozy Eurostatu sugerują, że do 2030 roku populacja kraju może spaść do poziomu 36,7 mln. Długoterminowe symulacje GUS są jeszcze bardziej alarmujące, wskazując, że w 2060 roku Polska może liczyć zaledwie 30,9 mln mieszkańców.

Główną przyczyną tego zjawiska jest ujemny przyrost naturalny, czyli przewaga liczby zgonów nad liczbą urodzeń. W okresie od stycznia do marca 2026 roku przyrost naturalny wyniósł minus 54,5 tys. Spadek liczby ludności postępuje szybciej, niż zakładały to wcześniejsze prognozy, co zmusza do rewizji strategii w wielu obszarach funkcjonowania państwa. Kluczowym czynnikiem wpływającym na depopulację jest utrzymujący się od ponad trzech dekad niski poziom dzietności. Aby zapewnić stabilny rozwój demograficzny, współczynnik dzietności powinien wynosić co najmniej 2,1. Tymczasem w Polsce już w 1990 roku spadł on poniżej tej wartości, a w ostatnich latach notuje historycznie niskie poziomy. Dane za 2025 rok pokazują spadek współczynnika dzietności do poziomu 1,068.

Wszyscy dystkutują ale nikt nie chce podjąc się działania

W związku z problemami demograficznymi, dużymi ambicjami militarnymi oraz zagrożeniem ze strony Rosji co jakiś czas powraca temat przywrócenia zasadniczej służby wojskowej. W niedawnym wywiadzie na antenie RMF FM wiceminister obrony narodowej Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, pytana o możliwość odwieszenia poboru, powiedziała: „Ja bym tego nie wykluczała”. Zauważyła przy tym, że coraz więcej młodych ludzi, w szczególności kobiet, wykazuje zainteresowanie służbą w armii. Dodała również: „Bardzo chciałabym, żeby w najbliższym czasie Wojsko Polskie doczekało się pierwszej kobiety w stopniu generała”. Podkreśliła, że chciałaby być adwokatem kobiet w wojsku.

Również wojskowi (nie tylko emerytowni) coraz mocniej wyrażają potrzebę odwieszenia poboru i budowania rezer. Generał broni rezerwy Jarosław Gromadziński, prezes Defence Institute w wywiadzie dla Defence24 pt: „Nie patrzmy na system rezerw jako na fabrykę mięsa armatniego”. Gen. Gromadziński o gotowości Polaków do obrony", mówił,

"Rząd przyzwyczaił nas do ogłoszenia wielkich projektów, ale nie wytłumaczył jak w praktyce chce to zrobić. Poprzedni rząd również ogłaszał zwiększenie armii, ale za tym szły konkretne projekty, jak choćby Dobrowolna Zasadnicza Służba Wojskowa, wprowadzono masowy dostęp do wojska, dużo szkoleń. Były błędy, bo niepotrzebnie stawiano na ilość, kosztem jakości, ale za deklaracjami szły czyny. Coś się działo. Za tym szło zwiększanie etatów w wojsku. Obecny rząd też twierdzi, że buduje większą armię, ale fakty przeczą tym deklaracjom".

„Rzeczpospolitej” pisała, że przywrócenie zasadniczej służby wojskowej to już nie kwestią czy, ale kiedy. Jak zwracno uwage w tekście w wojnie pełnoskalowej rezerwiści stanowią aż czterech na sześciu żołnierzy. Tym samym obecna liczba 216 tys. żołnierzy, co przy systemie opartym na ochotnikach jest liczbą niewystarczającą w razie rosyjskiej agresji.

Jak mówił szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Bartosz Grodecki na niedawno zroganizowanej konferencji "Rezerwy Osobowe Sił Zbrojnych RP – doświadczenia, wyzwania i kierunki rozwoju" w Pałacu Prezydenckim:

"Doświadczenia współczesnych konfliktów pokazują, że skuteczny system rezerw to nie tylko ewidencja osób mogących zostać powołanych do służby. To przede wszystkim wiedza o kwalifikacjach, kompetencjach i rzeczywistej dostępności zasobów osobowych państwa oraz zdolność ich wykorzystywania tam, gdzie są najbardziej potrzebne. Budowanie rezerw osobowych jest w istocie budowaniem odporności państwa. Dotyczy nie tylko zdolności sił zbrojnych do rozwinięcia i prowadzenia działań obronnych, ale również zapewnienia ciągłości funkcjonowania administracji publicznej, ochrony zdrowia, infrastruktury krytycznej, gospodarki oraz systemu ochrony ludności.Chcemy dziś rozmawiać o rezerwach XXI wieku. Systemie nowoczesnym, opartym na rzeczywistej wiedzy o potencjale osobowym państwa, zdolnym do równoważenia potrzeb militarnych i niemilitarnych oraz odpowiadającym wyzwaniom współczesnego środowiska bezpieczeństwa".

Z kolei jak mówił zastępca Szefa BBN gen. bryg. rez. Miroslaw Bryś na niedawno zroganizowanej konferencji "Rezerwy Osobowe Sił Zbrojnych RP – doświadczenia, wyzwania i kierunki rozwoju" w Pałacu Prezydenckim:

"Dzisiaj spotykamy się na konferencji dotyczącej rezerw osobowych SZ RP. W międzyczasie pojawił się szereg artykułów, wystąpień i publikacji na temat powrotu do „poboru” i odwieszenia zasadniczej służby wojskowej. Wiele traktowało o zasobach rezerw osobowych. Jednak gros z nich opisało rezerwy osobowe jako zagadnienie wyłącznie wojskowe. To bardzo wąskie spojrzenie. Nie patrzy na problem przez pryzmat bezpieczeństwa gospodarczego, demograficznego, finansowego, kulturowego Polski. A doświadczenia z wojny rosyjsko-ukraińskiej wskazują, że powinniśmy patrzeć na rezerwy osobowe jako rezerwy strategiczne dla państwa. I kluczowe pytanie, które dziś powinniśmy sobie zadać, brzmi nie tyle „jak dużo ludzi możemy powołać do wojska”, a „kogo możemy powołać”, „kiedy możemy to zrobić” i „jakie będą skutki decyzji dla funkcjonowania państwa”".

Rzeczpospolita w niedawnym tekście pt: "Coraz więcej sygnałów o powrocie poboru. Armia szykuje się na wielkie zmiany" zwróciła się o komentarz do MON i Sztabu Generalnego jeśli chodzi o koszty jakie by się wiązały z przywróceniem zasadniczej służby wojskowej. MON i Sztab Generalny nie udostępniły konkretnych wyliczeń kosztów, informując jedynie, że analizowane są różne scenariusze i istnieją niejawne plany. W 2026 roku na obronność planowane jest ok. 200 mld zł, z czego spora część idzie już na świadczenia dla żołnierzy zawodowych, WOT i dobrowolnej służby (ponad 5 mld zł rocznie). Dodatkowy pobór oznaczałby dalsze miliardowe wydatki, w tym na bazę szkoleniową, oraz koszty ekonomiczne związane z wyjęciem ludzi z rynku pracy.

W wywiadzie dla Defence24 generał Gromadziński mówił:

"Rząd buduje półmilionowa armię – 300 tys. w aktywnej służbie i 200 tys. rezerwistów. To ja mam pytanie, jak jest możliwe, że rząd chce budować półmilionową armię, a pieniądze w budżecie przeznacza na 2026 rok na poziomie 3 tysiące etatów żołnierzy aktywnej rezerwy? Mało tego, w poprzednim roku, 2025, było 30 tys. Ponadto, jeżeli porównamy rok 2025 do 2026, zmniejszono średnioroczne etaty o 14 tys".

Pobór tak czy nie?

Jak pokazuje niedawny sondaż Instytutu Badań Pollster dla „Super Expressu” - zrealizowane w dniach 30.06–01.07.2026 roku metodą CAWI na próbie 1042 dorosłych Polaków - Polacy w sprawie poboru są podzieleni. Za takim rozwiązaniem opowiada się łącznie 47 proc. badanych, przeciw jest 40 proc. Na pytanie: „Czy w Polsce powinien zostać przywrócony obowiązkowy powszechny pobór do wojska?” 19 proc. badanych odpowiedziało „zdecydowanie tak”, a 28 proc. „raczej tak”. Łącznie daje to 47 proc. poparcia dla tego rozwiązania. Przeciwko przywróceniu obowiązkowego poboru opowiada się 40 proc. ankietowanych. Odpowiedź „raczej nie” wskazało 21 proc. respondentów, natomiast „zdecydowanie nie” — 19 proc. Jednocześnie aż 13 proc. badanych przyznało, że nie ma w tej sprawie wyrobionego zdania.

Większość bardziej szczegółowych sondaży pokazuje, że to starsi Polacy są znacznie bardziej przychylni przywróceniu zasadniczej służby wojskowej, podczas gdy młodsi raczej się jej sprzeciwiają. Dla wielu młodych Polaków służba wojskowa nie jest już oczywistym obowiązkiem ani zaszczytem, lecz jedną z wielu dostępnych opcji – często mało atrakcyjną. Państwo, które chce budować silną armię, musi w końcu odpowiedzieć na fundamentalne pytanie: dlaczego młody człowiek miałby chcieć służyć?

Jak słusznie zauważył generał Gromadziński we wspomnianym wywiadzie:

"W czasach PRL-u brano obywatela do armii na dwa lata, półtora roku lub rok, przeszkalano i wyrzucano. Człowiek nie miał więzi z państwem, to nie była armia społeczna, armia obywatelska. Program Powszechnej Służby Państwu, polega na tym, iż budujemy więź pomiędzy obywatelem, a państwem. To obywatel wybiera formę służby państwu. Jako szeregowy powinien służyć 10 lat w systemie, z możliwością specjalizacji i awansu, ale jeśli tego nie chce, trafia do rezerwy. W tym celu należy powołać osobną Armię Rezerwową. Mamy armię zawodową, która na pewnym poziomie ma zabezpieczyć Państwo, ale przecież wojnę wygrywają rezerwy. A te rezerwy musimy szkolić nie masowo, a strukturalnie. Musimy powołać Armię Rezerwową, z bazą, z numerem, z przydziałem mobilizacyjnym. Jak młody człowiek idzie na szkolenie, na trzy miesiące, między liceum, a studiami, robi przeszkolenie, przez 10 lat ma przydział do konkretnego batalionu rezerwowego, w konkretnej brygadzie i tam co roku odbywa szkolenie rezerwistów. W tym samym składzie".

Na ten moment żadna z głównych partii nie przedstawia w tej sprawie jasnej, przekonującej wizji, a społeczeństwo pozostaje podzielone. Temat najprawdopodobniej zaostrzy się przed przyszłorocznymi wyborami.

Nim pójdziemy w kamasze - sprawdzmy czego ludzie się obawiają

W tych wszystkich dyskusjach często zapomina się o kilku fundamentalnych sprawach. Przede wszystkim o tym, że społeczeństwo się zmienia. Obecni decydenci – zarówno polityczni, jak i wojskowi oraz eksperci – to w większości osoby po pięćdziesiątce, które wywodzą się z zupełnie innej epoki i patrzą na rzeczywistość inaczej niż młodzi. Mają oni utrwalone schematy myślenia jeszcze z czasów PRL-u, kiedy służba wojskowa była oczywistością. Wielu z nich z łezką w oku wspomina czasy „Zety”, nawet jeśli spotkali się tam z poniżającą „falą”.

Oczywiście dzisiejsze Wojsko Polskie to nie to samo co armia peerelowska – sporo się zmieniło. Jednak część mentalności i podejścia do żołnierza pozostała po staremu. Mimo rosnącego zainteresowania wojskiem (choć bywają też okresy odpływu, m.in. z powodów politycznych), nie widać masowej chęci wstępowania do armii. Społeczeństwo jest raczej otwarte na przeszkolenie wojskowe, o czym świadczy popularność programu „wGotowości” do tej pory wzięło w nim udział 18 tys. osób. To dobry wynik, zwłaszcza że są to szkolenia całkowicie dobrowolne. Polacy, jak powszechnie wiadomo, nie lubią, gdy państwo im coś każe i zmusza.

O zagrożeniu ze Wschodu mówi się od lat, ale politycy powtarzają te ostrzeżenia tak często, że wiele osób zaczyna się do nich przyzwyczajać. Wszyscy ostrzegają, że wojna może przyjść za 2–3 lata, podczas gdy Rosjanie od 4 lat nie są w stanie pokonać Ukrainy i borykają się z ogromnymi problemami: brakami paliwa przy tym rosnącym niezadowoleniem społecznym z tego powodu, gigantycznymi stratami na froncie i pogarszającą się sytuacją gospodarczą. W tym kontekście atak na NATO wydaje się mało realny – zwłaszcza że Sojusz również intensywnie się przygotowuje. Warto też pamiętać, że ewentualna przyszła wojna będzie wyglądała zupełnie inaczej niż obecny konflikt w Ukrainie.

Niedawny sondaż Instytutu Badań Pollster, przedstawiony podczas pierwszych Warszawskich Targów Obronnych w centrum Expo XXI, pokazał wyraźnie, że trzy największe zagrożenia, których obawiają się Polacy w ciągu najbliższych pięciu lat, nie są bezpośrednio związane z wojną.

  • Znaczący wzrost bezrobocia (60% wskazań wysokiego prawdopodobieństwa): To największa obawa Polaków. Strach przed utratą pracy jest bardziej dotkliwy niż lęk przed atakiem militarnym. Wskazuje to, że bezpieczeństwo ekonomiczne jest dla obywateli absolutnym priorytetem. W kontekście niestabilnej sytuacji gospodarczej i rosnących kosztów życia, które w innych badaniach również plasują się wysoko, ta obawa jest w pełni uzasadniona.
  • Niekontrolowana migracja (57%): Drugie miejsce na liście lęków pokazuje, że kwestie społeczne związane z migracją są postrzegane jako bardzo realne wyzwanie. Nie chodzi tu o samą obecność cudzoziemców, ale o poczucie braku kontroli nad procesami migracyjnymi i ich potencjalne skutki dla spójności społecznej, rynku pracy czy wydolności usług publicznych.
  • Kryzys gospodarczy (54%): Ta obawa jest naturalnym uzupełnieniem lęku przed bezrobociem. Polacy boją się recesji, dalszego wzrostu inflacji i ogólnego pogorszenia koniunktury, co bezpośrednio wpłynęłoby na ich status materialny i jakość życia.

Te trzy najpoważniejsze obawy tworzą spójny obraz lęku o byt materialny i stabilność społeczną. Pokazuje to, że uwaga Polaków skupia się na zagrożeniach, które mogą dotknąć ich osobiście i w najbliższej przyszłości. A dopiero na piątym miejscu jest atak hybrydowy lub militarny na któryś z krajów bałtyckich (52%), który wymusi pewnie działania na poziomie politycznym w ramach NATO być może wsparcie wojskowe.

Prawdopdobne  Ani tak, ani nie Nieprawdopodobne
Znaczący wzrost bezrobocia 60% 23% 17%
Niekontrolowana migracja 57% 25% 18%
Kryzys gospodarczy 54% 28% 18%
Duży cyberatak paraliżujący kraj 52% 31% 17%
Atak hybrydowy lub militarny na któryś z krajów bałtyckich 52% 31% 17%
Kryzys energetyczny 50% 31% 19%
Ataki terrorystyczne 44% 33% 23%
Agresja militarna wojsk z Rosji lub Białorusi 37% 35% 28%
Bankructwo Skarbu Państwa 20% 29% 51%
Wojna nuklearna 14% 32% 54%

Dlaczego byt materialny i stabilność społeczną wygrywa z obawą przed atakiem militarnym?

Utrata pracy, rosnące ceny w sklepie czy widok kolejek w urzędzie pracy to doświadczenia osobiste, namacalne i bezpośrednie. Wielu Polaków pamięta wysokie bezrobocie z lat 90. i początku XXI wieku dla nich nie jest to teoria, lecz żywa pamięć i realna trauma pokoleniowa. Atak militarny, mimo że potencjalnie o wiele straszniejszy w skutkach, dla większości społeczeństwa pozostaje zagrożeniem abstrakcyjnym i hipotetycznym. Przyzwyczailiśmy się już do widoków na Ukrainie, kiedy one jeszcze w 2022 roku, budziły obawy dziś spowszechniały mimo iż wojna jest tuż za miedzą, a rakiety i drony wlatywały w nasz obszar. 

Czołg na granicy jest obrazem z telewizji, podczas gdy pusty portfel jest rzeczywistością odczuwaną w domu. Paradoksalnie, choć zarówno zagrożenia ekonomiczne, jak i militarne są w dużej mierze poza kontrolą jednostki, lęki ekonomiczne wydają się znacznie bliższe. Człowiek ma poczucie – choćby iluzoryczne – że może się na nie przygotować: oszczędzać, szukać dodatkowej pracy, podnosić kwalifikacje. Wobec ataku militarnego jednostka jest natomiast całkowicie bezsilna i zdana wyłącznie na działania państwa oraz sojuszników. Skupienie się na lękach ekonomicznych staje się więc także formą koncentracji na tych problemach, na które – w odczuciu człowieka – ma on chociaż pozorny wpływ.

Na razie mamy jeszcze aprobatę społeczeństwa by wydawać duże środki na obronność ale kiedy pojawi się kryzys gospodarczy, kiedy ceny wszystkiego zaczną rosnąc, a ludzie zaczną mieć mniej w portfelach, to pytanie brzmi czy będziemy tak chętnie chcieli by pieniądze szły na czołgi, samoloty, rakiety, a nie na służbę zdrowia, pomoc dla tych najbardziej potrzebujących czy sprawne państwo. 

Patriotyzm bez treści. A państwo w kryzysie

W oficjalnym dyskursie często pojawia się pojęcie patriotyzmu. Organizowane są uroczystości, kampanie społeczne, wydarzenia historyczne. Problem polega na tym, że patriotyzm coraz częściej ma charakter symboliczny, a nie realny. Państwo nie buduje trwałego poczucia wspólnoty poprzez same deklaracje. Patriotyzm nie powstaje w próżni – jest efektem zaufania obywateli do instytucji, poczucia sprawiedliwości społecznej i przekonania, że państwo działa na rzecz swoich obywateli.

Samo to, że w niedawnym sondażu Instytutu Badań Pollster z czerwca na potrzeby Warszawskich Targów Obronnych w pytaniu "Czy w Twojej opinii służby cywilne jak policja, straż pożarna czy służba zdrowia są wystarczająco przygotowane na ewentualny kryzys bezpieczeństwa, taki jak blackout, skażenie czy atak dronów?" aż 70% badanych odpowiedziało - nie, pokazuje bardzo poważny kryzys zaufania do służb. Tylko 30% ankietowanych odpowiedziało tak. Tak druzgocący wynik nie bierze się znikąd. Jest on pokłosiem wieloletnich procesów, doświadczeń i zaniedbań, które ukształtowały obecne postrzeganie instytucji państwowych.

Przez dekady sfera obrony cywilnej była systematycznie marginalizowana. Pierwsza od lat ogólnopolska inwentaryzacja schronów pokazała brutalną prawdę: wiele z nich istniało tylko na papierze, a w rzeczywistości były to zalane piwnice lub ruiny. To symbol szerszego problemu czyli lat zaniedbań w strategicznym myśleniu o bezpieczeństwie ludności. W świadomości społecznej utrwalił się obraz "państwa z tektury", które może i wygląda dobrze w oficjalnych dokumentach, ale w praktyce okazuje się słabe i niezdolne do realnego działania. Historycznie, niska wiara w instytucje jest w Polsce zjawiskiem długotrwałym, zakorzenionym w naszej kulturze i doświadczeniach historycznych, co dodatkowo utrudnia budowę zaufania.

Mimo iż rząd przyjął Program Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej na lata 2025-2026, przeznaczając na niego dziesiątki miliardów złotych i planowane są dalsze, jeszcze większe inwestycje w latach 2027-2031, opiewające na ponad 100 mld zł, które mają być przeznaczone na budowę i modernizację schronów, zakupy sprzętu i szkolenia. To jest jednak nadrabianie wieloletnich zaległości bagatelizowany przez rządzących i będzie to proces długotrwały i kapitałochłonny. Kryzys zaufania jest równie groźny jak braki w sprzęcie. Bez wiary obywateli we własne państwo, nawet najlepsze plany i najnowocześniejszy sprzęt mogą okazać się niewystarczające. 

Tymczasem kolejne afery, takie jak głośne przypadki uprzywilejowania elit – choćby sprawa „saloniku VIP” w szpitalu – podważają jeszcze bardziej to zaufanie. Tworzą obraz państwa nierównego, w którym dostęp do usług publicznych zależy od pozycji i wpływów. Trudno oczekiwać gotowości do poświęceń od obywateli, którzy czują, że system nie traktuje ich uczciwie.

Musimy pamiętać, że bezpieczeństwo narodowe nie ogranicza się do armii. To również sprawnie działające państwo, które zapewnia obywatelom podstawowe usługi. W Polsce tymczasem narasta kryzys w kilku kluczowych obszarach. Służba zdrowia od lat zmaga się z niedofinansowaniem, brakami kadrowymi i rosnącymi kolejkami. System ochrony zdrowia, zamiast być elementem stabilności, staje się źródłem frustracji i poczucia zagrożenia.

Rynek mieszkaniowy jest coraz mniej dostępny dla młodych ludzi. Wysokie ceny nieruchomości i kredytów powodują, że wielu z nich odkłada decyzję o założeniu rodziny lub rezygnuje z niej całkowicie. Rynek pracy również nie sprzyja stabilizacji. Umowy czasowe, presja kosztowa i niepewność zatrudnienia w czasach AI sprawiają, że młode pokolenie funkcjonuje w warunkach ciągłej niepewności. Więc jak państwo chce sprawić by nagle ludzie za takie państwo walczyli? Oczywiście możemy zmusić obywateli pod groźbą użycia siły i wysłać ich do walki, ale co to będzie za armia?

Wiemy jak to wygląda na Ukrainie, gdzie to społeczeństwo walczy a politycy w Kijowie i oligarchowie są w uprzywilejowanej pozycji. A przeciętny Ukrainiec od lat walczy na froncie, bez szans na rotację i w obawie przed śmiercią z powodu dronów. Jak powszechnie wiadomo elity zawsze zadbają o siebie, a to realnie społeczeństwo walczy. 

Kto będzie walczył za Polskę?

To pytanie nie dotyczy wyłącznie liczby żołnierzy czy systemu rekrutacji. Dotyczy kondycji całego państwa i społeczeństwa. Gotowość do obrony kraju nie wynika wyłącznie z obowiązku prawnego. Jest efektem poczucia wspólnoty, zaufania do instytucji i przekonania, że państwo jest warte obrony. Jeśli młody człowiek nie ma dostępu do mieszkania, stabilnej pracy i sprawnej opieki zdrowotnej, trudno oczekiwać, że będzie gotów poświęcić się dla państwa, które nie zapewnia mu podstawowych warunków życia.

Przykład Ukrainy pokazuje, że wielu mężczyzn uciekło by nie zginać na froncie czy zostać okaleczonym do końca życia. Wielu powie, że są tchórzami, nie wypełnili swojego obowiązku wobec państwa. Ale teraz się zastanówmy, kto z nas naprawdę byłby gotowy walczyć? Wojna to nie gra komputerowa, tutaj nie da się powrócić do życia czy odzyskać zdrowia. Wielu tych Ukraińców zostanie tutaj gdy wojna się kiedyś skończy, bo stworzyli sobie tutaj nowe życie i nie chcą wracać do miejsca, gdzie ich standard zostanie obniżony. Tutaj niektórzy już się ustatkowali, a tam by musieli zacząć wszystko od początku. Jakie im państwo ukraińskie daje perspektywy? Oczywiście wszyscy nie wyjechali z Ukrainy ale młodzi, którzy mają szansę opuścić ten kraj, to wyjeżdżają. Zostaną starsi i okaleczeni weterani oraz iluzja, że Europa odbuduje Ukrainę. 

Tymczasem my dyskutując o potrzebie ponownego poboru, i ogromnych wydatkach na zbrojenia, a nie zastanawiamy się jak naprawić wiele problemów, które trawią nasze państwo. I to wielu przypadkach bardzo podstawowych, które nawet sama konstytucja gwarantuje. My nawet samą dyskusję o poborze zaczynamy nie od tej strony co trzeba, czyli stworzenia programu, który nie będzie bezsensownym czasem spędzonym na kopaniu okopów, bieganiu po poligonie czy ścieleniu w odpowiedni sposób łóżka. Nie ma także dyskusji, jak odbudować miejsca gdzie ludzie byliby skoszarowani. A to pochłonie kolejne miliony złotych. Czy nas stać? Operacja szpej przebiega powoli, ekwipunku odpowiedniego brakuje, a jak jest, to pozostawia wiele do życzenia, bo potrafi być zużyty mocno albo pamiętający dawne czasy. Logistyka także nie jest przygotowana na nagłe przybycie ludzi, których przecież trzeba wyżywić. Ogólnie jest problem, miną lata nim będziemy naprawdę przygotowani solidnie na powrót zasadniczej służby wojskowej. 

Niemcy, którzy powinni być dla nas pewnym punktem odniesienia to rozumieją. I nim zaczną ściągać ludzi badają ile osób jest chętnych wysyłając kwestionariusze do wypełnienia. W czerwcu ministerstwo Obrony ogłosiło, że w tym roku wpłynęło już około 38 500 wniosków Bundeswehry, co stanowi wzrost o około 24 procent w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Liczba nowych rekrutów wzrosła o 13 procent, do około 11 000. W ramach tzw. Nowej Służby Wojskowej, w której zainteresowane osoby mogą zobowiązać się na okres do dwóch lat, na rok 2026 zaplanowano około 10 000 poborów.

Według ministerstwa, nowo wprowadzony proces rejestracji wojskowej również okazuje się skuteczny. Do połowy czerwca wysłano około 298 200 listów, z czego mniej więcej połowa została skierowana do mężczyzn zbliżających się do pełnoletności. Około 96 procent z nich wypełniło obowiązkowy kwestionariusz w terminie. W przypadku pozostałych czterech procent rozpatrywane jest obecnie postępowanie administracyjne w sprawie wykroczeń. Ponad co piąty mężczyzna wyraził zainteresowanie służbą w siłach zbrojnych

Jednakże po zmianach od tego roku, zauważono także, że nastąpił znaczny wzrost liczby wniosków o odmowę służby wojskowej ze względu na sumienie, mających na celu uniknięcie służby wojskowej w przypadku kryzysu lub stanu wyjątkowego. Do końca maja Federalny Urząd ds. Rodziny i Społeczeństwa Obywatelskiego uznał już prawnie 2667 wniosków o odmowę służby wojskowej ze względu na sumienie. Oczekuje się, że liczba ta osiągnie w tym roku najwyższy poziom od 2011 roku. W między czasie tego wszystkiego Niemcy starają się odbudować, to co zostało zniszczone po zawieszeniu służby wojskowej i przejścia w armię zawodową. 

Politycy natomiast robią wszystko, byśmy nie byli gotowi do obrony. Nie ma budowania wspólnoty, jest natomiast państwo partii X i partii Y, a nawet państwo partii Z. Zamiast wspólnoty są podziały i tworzenie coraz większej polaryzacji. Bo przecież ściana wschodnia to zaścianek, a zachodnia to brukselsko-niemieccy agenci do tego jeszcze tęczowi. Państwo nawet nie wysila się by pomóc tym najbardziej potrzebującym, co chwila słyszymy o aferach, słabości państwa w wielu obszarach cytując klasyka żyjemy w "państwie teoretycznym". Samo to, że do problemów natury kryzysowej jak powodzie, wichury itp. wysyłamy wojsko czyli Wojska Obrony Terytorialnej zamiast budować solidną Obronę Cywilną pokazuje jak my myślimy, potrafimy militaryzować społeczeństwo zamiast budować solidne fundamenty społeczne w postaci, które właśnie w takich sytuacjach powinny działać. 

Oczywiście wydajemy te miliardy na zbrojenia, chwalimy się, wojsko zamienia stary sprzęt na nowy. Robimy wszystko żeby do wojny nie doszło i żeby przeciwnik bał się nas zaatakować zbrojąc się po zęby. Jednak zanim zaczniemy wydawać jeszcze większe pieniądze na obronność i zmuszać społeczeństwo do służby wojskowej, warto najpierw zbudować fundamenty takiego państwa, które naprawdę chcielibyśmy bronić.

Bez tego, państwo będzie tylko teoretyczne. Będziemy mieli ludzi, którzy nie tylko będą robić wszystko by się wykręcić od służby wojskowej ale także zrobią wszystko by uciec z kraju ogarniętego wojną, bo liczy się nie państwo, obywatelstwo czy rząd ale liczy się by ocalić życie i być bezpiecznym. Obecnie politycy robią wszystko by ludzie nie chcieli za kraj walczyć, bo po co? Co ludzie z tego będą mieli? Kolejne podatki, pensję minimalną czy brak własnego konta, to już lepiej wyjechać. Politycy, urzędnicy czy eksperci powinni mieć to na uwadzę nim zaczną kreślić nowe wizję. 

POWSZECHNA SŁUŻBA WOJSKOWA - DOBROWOLNA CZY OBOWIĄZKOWA? DEBATA SUPER EXPRESSU