Dron wystartuje za płotem. Czy polskie bazy są gotowe na „Pajęczynę”?

Operacja „Pajęczyna” pokazała, że nawet dobrze strzeżone lotnisko może zostać zaatakowane przez drony przywiezione ciężarówką i uruchomione kilka kilometrów od celu. Były dowódca NORAD gen. Glen VanHerck ostrzega, że taki scenariusz jest możliwy także w państwach NATO. Dla Polski oznacza to pytanie nie tylko o systemy C-UAS, lecz także o schronohangary, rozśrodkowanie, ochronę otoczenia Łasku, Krzesin, Powidza i Mińska Mazowieckiego oraz zdolność szybkiego odtworzenia lotów.

  • Drony nie muszą pokonywać całego systemu obrony powietrznej, jeżeli wystartują w pobliżu lotniska.
  • Samolot można wyłączyć z działań bez jego całkowitego zniszczenia.
  • Radary i efektory C-UAS nie zastąpią schronów, rozśrodkowania i ochrony terenu wokół bazy.
  • Polska skupia najcenniejsze platformy lotnicze i zapasy sojusznicze w kilku strategicznych lokalizacjach.

„Pajęczyna” przesunęła linię ataku

1 czerwca 2025 roku Ukraina przeprowadziła operację wymierzoną w rosyjskie lotnictwo strategiczne. Niewielkie bezzałogowce ukryto w konstrukcjach przewożonych ciężarówkami, dostarczono w pobliże baz i uruchomiono dopiero w rejonie celów. Według prezydenta Wołodymyra Zełenskiego wykorzystano 117 dronów i odpowiadającą im liczbę operatorów.

Nie był to klasyczny nalot.

Rosyjskie systemy obserwujące przestrzeń powietrzną nie musiały przegapić dużej formacji samolotów ani pocisków nadlatujących z Ukrainy. Środki ataku zostały wcześniej przewiezione drogami publicznymi i uruchomione z kierunków, które trudno było objąć tradycyjną obroną przeciwlotniczą.

Najważniejszym skutkiem „Pajęczyny” nie jest więc nawet liczba rosyjskich maszyn zniszczonych lub uszkodzonych na ziemi. Operacja pokazała, że geografia ataku może zostać odwrócona. Zagrożenie nie musi znajdować się setki kilometrów od bazy. Może czekać w magazynie, naczepie, kontenerze albo wynajętym budynku znajdującym się po drugiej stronie ogrodzenia.

Były dowódca US Northern Command i NORAD gen. Glen VanHerck powiedział podczas spotkania zorganizowanego przez Mitchell Institute, że podobny scenariusz jest możliwy również na terytorium Stanów Zjednoczonych.

To wszystko mogłoby wydarzyć się właśnie tutaj, w Stanach Zjednoczonych. To nie jest nowe zagrożenie. Ono istnieje tutaj już dziś.

Generał zwrócił uwagę, że Ukraina nie musiała stworzyć całkowicie nowego rodzaju broni. Połączyła dostępne technologie, skryty transport, rozpoznanie i odpowiednio opracowaną koncepcję użycia. To właśnie sposób przeprowadzenia operacji, a nie wyjątkowe parametry samych dronów, pozwolił ominąć dużą część rosyjskiego systemu ostrzegania.

W tym modelu odległość przestaje chronić bazę. Nie wystarczy także obserwować granicy państwa i możliwych kierunków nalotu. Należy zakładać, że środki ataku mogły już wcześniej znaleźć się wewnątrz kraju.

VanHerck podobne ostrzeżenie formułował również w odniesieniu do pocisków ukrywanych w kontenerach i innych zagrożeń przenoszonych cywilnymi kanałami transportowymi.

To nie jest problem tylko Indo-Pacyfiku. To realny problem tutaj, u nas. Zagrożenie istnieje już dziś. Nie jesteśmy przygotowani.

Radar patrzy daleko. Dron może być już za płotem

Klasyczna obrona lotniska jest projektowana przede wszystkim przeciwko zagrożeniom nadlatującym z większej odległości: samolotom, pociskom manewrującym, rakietom balistycznym i większym bezzałogowcom.

System ma zapewnić czas.

Radar wykrywa obiekt, stanowisko dowodzenia ustala jego tor i klasyfikuje zagrożenie, a następnie do działania kierowany jest myśliwiec albo naziemny system przeciwlotniczy. Im wcześniej cel zostanie zauważony, tym większa szansa na jego przechwycenie z dala od chronionego obiektu.

Mały dron uruchomiony kilka kilometrów od bazy odbiera obrońcy znaczną część tego czasu.

Może poruszać się na niewielkiej wysokości, wykorzystując drzewa, zabudowę, linie energetyczne i ukształtowanie terenu. Jego niewielka powierzchnia odbicia radiolokacyjnego utrudnia obserwację, a lot w otoczeniu cywilnych obiektów komplikuje identyfikację. Przeciwnik nie musi przełamywać kolejnych pięter obrony średniego i krótkiego zasięgu. Rozpoczyna misję już wewnątrz osłanianego obszaru.

Amerykańska doktryna punktowej obrony lotnisk wskazuje, że małe bezzałogowce, amunicja krążąca i inne asymetryczne środki tworzą złożony problem zarówno dla baz zagranicznych, jak i obiektów położonych na terytorium USA. Dowódca lotniska może dysponować własnymi środkami obrony, ale muszą one działać jako część szerszego systemu ochrony i zintegrowanej obrony powietrznej.

„Pajęczyna” pokazała jednak, że ochrona nie może rozpoczynać się dopiero przy wojskowym ogrodzeniu.

Gdyby środki ataku przygotowano w głębi państwa, pierwszym źródłem informacji mogliby być mieszkańcy, lokalna policja, pracownicy magazynów lub administratorzy nieruchomości. VanHerck wskazywał, że dopiero zestawienie takich sygnałów z danymi służb federalnych, wojska i wywiadu pozwoliłoby rozpoznać przygotowanie większej operacji. Jego zdaniem istniejące rozwiązania organizacyjne nie zapewniają jeszcze pełnej zdolności do szybkiego zbudowania takiego obrazu sytuacji.

W warunkach polskich problem wyglądałby podobnie.

Dowódca bazy kontroluje teren jednostki, wartowników, patrole oraz wojskowe systemy rozpoznania. Nie nadzoruje jednak wszystkich parkingów, gospodarstw, hal, lasów, działek i wynajmowanych magazynów w promieniu kilkunastu kilometrów.

Potrzebny jest mechanizm wymiany informacji z Policją, Żandarmerią Wojskową, służbami specjalnymi, administracją samorządową i operatorami infrastruktury. Podejrzana ciężarówka może nie wzbudzić alarmu, jeżeli każda instytucja zobaczy tylko pojedynczy fragment przygotowywanej operacji.

Samolotu nie trzeba zniszczyć

Dron nie musi doprowadzić do całkowitego spalenia maszyny, aby wykonać zadanie.

Niewielki ładunek może uszkodzić radar, antenę, kabinę, silnik, instalację paliwową lub powierzchnie sterowe. Samolot pozostanie na płycie lotniska, ale straci zdolność wykonywania misji. Naprawa może wymagać sprowadzenia wyspecjalizowanego zespołu, części i wyposażenia diagnostycznego.

W przypadku F-16 lub F-35 oznacza to czasowe zmniejszenie liczby maszyn dostępnych do dyżurów i operacji bojowych. Jeszcze trudniejsze może być zastąpienie samolotu tankowania powietrznego, transportowego albo wczesnego ostrzegania. Takich platform jest niewiele, a ze względu na rozmiary nie można łatwo ukryć ich w typowym schronohangarze.

Atakujący może też ominąć samoloty i uderzyć w element, bez którego nie wystartują.

Celem może stać się punkt tankowania, magazyn części, stanowisko obsługi uzbrojenia, serwerownia, wieża kontroli lotów albo sprzęt służący do przemieszczania maszyn. Nawet jeżeli uszkodzenia okażą się ograniczone, samo poszukiwanie kolejnych dronów i sprawdzanie infrastruktury może zatrzymać operacje lotnicze na wiele godzin.

Dlatego skuteczności obrony bazy nie należy mierzyć wyłącznie liczbą zestrzelonych bezzałogowców. Ważniejszym kryterium jest zdolność do dalszego generowania lotów.

Amerykańskie Siły Powietrzne tworzą wyspecjalizowane zespoły punktowej obrony i rozwijają szkolenie z wykrywania, identyfikowania oraz zwalczania dronów. Jednocześnie ćwiczenia VAPOR 26.1 objęły niekinetyczne i pasywne środki ochrony, w tym maskowanie, ukrywanie, pozorację oraz wzmacnianie obiektów.

To istotne rozróżnienie.

Aktywna obrona ma zniszczyć lub zakłócić drona. Pasywna ma sprawić, aby nawet dron, który przedarł się nad bazę, nie osiągnął oczekiwanego efektu.

Schron nie musi wytrzymać bezpośredniego uderzenia ciężkiej rakiety, aby mieć znaczenie. Może osłonić samolot przed niewielkim ładunkiem, odłamkami i obserwacją. Ściana rozdzielająca stanowiska postojowe ogranicza ryzyko uszkodzenia kilku maszyn jednocześnie. Siatka lub lekka konstrukcja nad wybranymi elementami infrastruktury może utrudnić precyzyjne trafienie dronem FPV.

Obrona kosztująca mniej od chronionej platformy nie musi być efektowna.

Musi działać.

Łask, Krzesiny, Powidz i Mińsk to różne cele

Nie ma jawnych informacji pozwalających dokładnie ocenić zabezpieczenia antydronowe poszczególnych polskich lotnisk. Nie ma więc podstaw, aby twierdzić, że polskie bazy są całkowicie bezbronne. Nie ma jednak również podstaw do założenia, że zakup systemów Wisła, Narew lub Pilica automatycznie rozwiązuje problem drona uruchomionego poza wojskowym terenem.

Łask stał się szczególnie ważny po przylocie pierwszych trzech polskich F-35A. Polska kupiła 32 maszyny, a 32. Baza Lotnictwa Taktycznego została wskazana jako macierzyste miejsce ich stacjonowania. Wraz z samolotami w jednym rejonie skupiają się piloci, technicy, sprzęt obsługowy, systemy informatyczne, części i infrastruktura potrzebna do eksploatacji najdroższej platformy polskiego lotnictwa.

Krzesiny pozostają głównym ośrodkiem operowania polskich F-16. W 2026 roku maszyny z 31. Bazy Lotnictwa Taktycznego uczestniczyły między innymi w międzynarodowym ćwiczeniu „Cobra Warrior”.

Baza została zaprojektowana z uwzględnieniem 16 żelbetowych schronów i hangarów dla samolotów, a także osłon dla personelu, wyposażenia i paliwa. To pokazuje, że fizyczna ochrona była elementem inwestycji związanych z przyjęciem F-16. Nie odpowiada jednak automatycznie na pytanie, czy liczba i rozmieszczenie osłon wystarczyłyby przy jednoczesnym zagrożeniu dronami, pociskami i działaniami dywersyjnymi.

Powidz ma inny charakter.

To węzeł transportowy i logistyczny ważny dla sił polskich oraz sojuszniczych. W maju 2026 roku zakończono tam budowę kompleksu Deployable Air Base System, przeznaczonego do przechowywania infrastruktury, pojazdów i wyposażenia umożliwiającego szybkie rozwinięcie baz lotniczych w Polsce i regionie. Obiekt ma pomieścić cztery kompletne zestawy zdolne wspierać ponad 2200 osób i różne typy statków powietrznych.

Powidz jest więc nie tylko lotniskiem. Jest magazynem zdolności potrzebnych do rozśrodkowania lotnictwa NATO.

To zwiększa jego wartość, ale także atrakcyjność jako celu. Przeciwnik nie musi niszczyć samolotów, jeżeli może uszkodzić pojazdy, systemy paliwowe, mobilne schronienia albo wyposażenie przeznaczone do uruchamiania zapasowych lokalizacji.

Mińsk Mazowiecki jest z kolei związany z eksploatacją samolotów FA-50 i pozostaje ważną bazą położoną w pobliżu Warszawy oraz głównych kierunków operacyjnych wschodniej Polski.

Cztery lotniska wymagają zatem różnych modeli ochrony. Łask i Krzesiny skupiają samoloty bojowe. Powidz jest węzłem logistycznym i miejscem przechowywania wyposażenia sojuszniczego. Mińsk Mazowiecki łączy zadania lotnictwa taktycznego z położeniem w sąsiedztwie kluczowego obszaru państwa.

Wspólne jest jedno: wszystkie mogą zostać zaatakowane środkiem, który nie przyleciał z zagranicy.

Obrona warstwowa, a nie kolejny gadżet

Najprostszą odpowiedzią na zagrożenie dronowe jest zakup kolejnego systemu C-UAS. Radaru, urządzenia zakłócającego, armaty, pocisku albo drona przechwytującego.

Każdy z tych elementów może być potrzebny. Żaden samodzielnie nie zabezpieczy bazy.

Pierwszą warstwą powinno być rozpoznanie otoczenia. Służby muszą mieć możliwość szybkiego sprawdzania nietypowej aktywności w sąsiedztwie strategicznych lotnisk: wynajmu obiektów, transportu kontenerów, długotrwale pozostawionych pojazdów i lotów cywilnych bezzałogowców.

Nie oznacza to wprowadzenia wojskowego nadzoru nad każdą miejscowością położoną przy bazie. Chodzi o stworzenie procedury, dzięki której sygnał nie utknie pomiędzy kompetencjami Policji, wojska, samorządu i służb specjalnych.

Drugą warstwą jest ochrona obwodu oraz przestrzeni na bardzo małych wysokościach. Jeden radar nie wystarczy. System powinien łączyć sensory radiolokacyjne, optoelektroniczne, radiowe i — tam, gdzie ma to uzasadnienie — akustyczne. Dane muszą trafiać do wspólnego stanowiska dowodzenia. Dopiero wtedy można odróżnić zagrożenie od ptaka, własnego bezzałogowca, samolotu cywilnego lub przypadkowego operatora.

Trzecią warstwą jest możliwość zwalczania celu. Potrzebne są zarówno środki zakłócające, jak i efektory kinetyczne. Dron autonomiczny może nie reagować na zerwanie łączności. Maszyna wykorzystująca nietypowe pasmo albo światłowód może okazać się odporna na standardowe urządzenie walki radioelektronicznej.

Czwartą jest fizyczne zabezpieczenie samolotów i infrastruktury.

Polska nie zbuduje w krótkim czasie ciężkiego schronu dla każdej maszyny. Może jednak zwiększać liczbę osłoniętych stanowisk, rozdzielać samoloty ścianami, zabezpieczać newralgiczne elementy lekkimi konstrukcjami oraz unikać skupiania całego wyposażenia i zapasów w jednym miejscu.

Piątą warstwą jest rozśrodkowanie. Lotnictwo musi regularnie ćwiczyć przenoszenie maszyn, ludzi, paliwa, amunicji i obsługi na lotniska zapasowe. Powidz oraz zgromadzone tam zestawy DABS mogą wspierać takie działania, ale sam magazyn nie tworzy odporności. Potrzebne są przygotowane lokalizacje, sprawdzone drogi przerzutu i personel zdolny działać w małych zespołach.

Ostatnią warstwą jest odtwarzanie zdolności. Baza musi mieć zespoły szybkiej naprawy nawierzchni, zapasowe źródła energii, alternatywną łączność, części zamienne i procedury pozwalające wznowić loty mimo uszkodzeń. W amerykańskiej debacie o odporności baz podkreśla się, że nawet zachowane samoloty nie wykonają zadania, jeżeli pasy zostaną zablokowane, a system obsługi przestanie działać.

Operacja „Pajęczyna” nie udowodniła, że obrona przeciwlotnicza jest niepotrzebna. Pokazała, że może zostać ominięta przez przeciwnika, który wykorzysta cywilne drogi, pojazdy i budynki.

Polskie lotniska potrzebują więc nie jednego nowego systemu, lecz programu ochrony baz. Powinien on łączyć kontrwywiad, współpracę z cywilnymi służbami, sensory, efektory, schrony, rozśrodkowanie i zdolność szybkiego odtwarzania operacji.

W przeciwnym razie najdroższy samolot polskich Sił Powietrznych może zostać zaatakowany przez bezzałogowiec, który nie przekroczył granicy państwa.

Wystartował za płotem.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki