• Czy rozszerzenie formuły o państwa-obserwatorów zwiększy legitymizację i skuteczność Rady?
• Na ile deklaracje finansowe i wysłanie sił policyjnych/przedstawicieli państw przekładają się na realną odbudowę Strefy Gazy?
• Czy współpraca Rady Pokoju z ONZ rzeczywiście pozwoli uniknąć konfliktu interesów i zapewni efektywność działań?
Biały Dom wyciągnął wnioski z wcześniejszych kontrowersji
W styczniu, podczas forum w Davos, ogłoszono powołanie Rady Pokoju. Wtedy wiele państw odebrało ją jako próbę stworzenia alternatywy dla Organizacji Narodów Zjednoczonych. Pojawiły się pytania: kto za to zapłaci, po co to w ogóle jest i dlaczego Trump ma być jej dożywotnim szefem?
W czwartek (19 lutego) w Waszyngtonie doszło do pierwszego posiedzenia Rady w nowej formule, bo zaproszono nań także państwa-obserwatorów (m.in. Polskę). W sumie w inauguracyjnych obradach uczestniczyli reorezentanci 49 krajów.
Zdaniem analityka Ośrodka Studiów Wschodnich (OSW) Andrzeja Kohuta jest to sygnał, że Biały Dom wyciągnął wnioski z wcześniejszych kontrowersji. Ekspert uważa, że rozszerzenie formuły mogło „otworzyć ścieżkę dla państw, które do tej pory nie zdecydowały się na członkostwo w Radzie, ale mogłyby się na nie zdecydować, bądź pozostaną jeszcze przez jakiś czas obserwatorami”. Ten szerszy format – stwierdził w rozmowie z PAP analityk OSW – przełożył się „na większą międzynarodową legitymizację” projektu.
Amerykanie wyraźnie zaakcentowali też, że Rada działa na podstawie mandatu ONZ i chce z nią współpracować. Tematem numer jeden była sytuacja w Strefie Gazy. Kohut podkreślił, że „od początku intencją amerykańskiej administracji było to, żeby wykorzystać mandat ONZ dla powstania Rady Pokoju, która ma wspierać odbudowę Strefy Gazy i proces pokojowy na tym terytorium”. Zaznaczył, że w zamyśle Waszyngtonu Rada „mogłaby posłużyć również do rozwiązywania innych konfliktów”.
Tę myśl w czwartek publicznie wyraził sekretarz stanu Marco Rubio. Wskazał, że konflikt w Strefie Gazy obnażył niewydolność istniejących instytucji międzynarodowych i wymagał bardziej nieszablonowego podejścia. Według administracji USA właśnie taką alternatywę ma stanowić Rada Pokoju.
Jest za wcześnie na ocenę skuteczności projektu
Podczas spotkania padły konkretne deklaracje:
• 9 państw (m.in. Kazachstan, ZEA, Arabia Saudyjska) ma przeznaczyć łącznie 7 mld dolarów na pomoc humanitarną dla Gazy.
• 5 krajów (w tym Indonezja, Albania i Kosowo) zapowiedziało wysłanie wojsk i sił policyjnych.
• USA mają wzmocnić fundusz pomocowy dla realizacji planu Trumpa względem Strefy Gazy kwotą 10 mld dolarów.
Jednak eksperci pozostają ostrożni. Andrzej Kohut zastrzegł, że jest za wcześnie na ocenę skuteczności projektu. „Być może będziemy musieli poczekać do następnego spotkania Rady i zobaczyć, czy w międzyczasie dołączy do niej więcej państw, a także czy Rada będzie się regularnie spotykać, czy też może będzie to jednorazowa PR-owa impreza. Trudno to na tym etapie przesądzić”.
Sceptycyzm pobrzmiewa też w Europie. Większość przywódców europejskich państw członkowskich NATO uważa, że Rada może nie przetrwać końca kadencji Trumpa. W rozmowie z PAP Daniel Kochis z konserwatywnego amerykańskiego think tanku Hudson Institute ocenił, że Rada „raczej nie przetrwa dłużej niż do końca kadencji administracji Trumpa i jako taka jest formatem, który należy monitorować, ale do którego nie należy dołączać”.
Zauważa się, że uczestnictwo w pracach Rady wyraziło więcej państw niż było to widoczne jeszcze przed inauguracyjnym posiedzeniem. Za pozytyw można uznać to, że oficjalnie położono mocniejszy akcent na współpracę z ONZ i konkretne deklaracje finansowe. Realna trwałość i skuteczność tej inicjatywy dopiero się okaże w praktycznej realizacji 20-punktowego planu Donalda Trumpa (Comprehensive Plan to End the Gaza Conflict).
Kilka zdań komentarza
Bez owijania w bawełnę. Sceptycyzm wielu europejskich państw wobec Rady Pokoju Trumpa w dużej mierze wynika z percepcji rządu i prezydenta USA, nie tylko z samego formatu Rady. To sprawia, że inicjatywy Donalda Trumpa od razu budzą sceptycyzm, nawet wtedy, gdy są dopiero zwerbalizowane, a nie zmaterializowane.
W Europie zasadniczo styl uprawiania polityki przez Trumpa postrzegany jest co najmniej jako nieprzewidywalny, a jego samego – jako polityka skłonnego do wydawania nagłych i często zmiennych decyzji.
Zatem nie ma się co dziwić, że w Unii Europejskiej Rada postrzegana jest jako projekt niestabilny, obarczony wieloma ryzykami. Nawet jeśli jej cele są godne poparcia, bo ukoronowaniem działania Rady ma być trwały pokój w Strefie Gazy. Gdyby inicjatywa wyszła od przywódcy bardziej akceptowalnego dla europejskich elit, reakcja byłaby znacznie łagodniejsza. Jednak utworzył ją Donald Trump, a nie Joe Biden...
Polecany artykuł: