W Katowicach jedni witali Niemców, a inni do nich strzelali

Każdego roku 1 września mówi się o obronie Westerplatte i bombardowaniu Wielunia, historycy ustalają, o której godzinie III Rzesza zaatakowała Polskę. A Portal Obronny dla odmiany rozmawiał z dr. hab. GRZEGORZEM BĘBNIKIEM (IPN)o pierwszych dniach wojny w województwie śląskim, o obronie Katowic, o faktach i legendach dotyczących tego szerzej nieznanego rozdziału Września 1939.

Pomnik Harcerzy Września w Katowicach otoczony flagami. Na miniaturze dr Grzegorz Bębnik, o czym pisze SE Portal Obronny.
Autor: Andrzej Bęben / IPN

• Wcześniejsze plany obrony Górnego Śląska przekreślił rozpad państwa Czechów i Słowaków.

• Ani Niemcy, ani Polacy nie chcieli – z odmiennych powodów – doprowadzić do zniszczeń w śląskim przemyśle.

• Katowic, na miarę sił i możliwości, bronili propolscy Górnoślązacy.

Andrzej Bęben: – Od Katowic do granicy z III Rzeszą było 20 kilometrów. Niemcy weszli do Katowic 4 września. Dlaczego Wojsko Polskie wycofało się z Górnego Śląska, z Katowic, a walkę z Niemcami kontynuowali powstańcy śląscy i harcerze?

Grzegorz Bębnik: – Trzeba spojrzeć na ówczesną mapę. Po utworzeniu Protektoratu Czech i Moraw i państwa słowackiego województwo śląskie było okrążone od zachodu i od południa. W planie operacyjnym „Zachód” województwo miało być zwornikiem obrony. Temu służyła Grupa Forteczna Obszaru Warownego „Śląsk”.

Tymczasem cały ten plan zdezaktualizował się po rozpadzie Czechosłowacji. Linia konfrontacji wydłużyła się o całą niegdysiejszą granicę czesko-słowacką. Dlaczego Armia „Kraków” wycofała się z Górnego Śląska? Odpowiadam: z obawy przed okrążeniem i odcięciem, przede wszystkim odcięciem przez siły niemieckie idące właśnie z terenu Słowacji.

– Gdyby znaczące siły Armii „Kraków” zostały zamknięte w tym górnośląskim kotle, to...

– Po pierwsze: odsłonięte zostałoby całe południowe skrzydło obrony Polski. Po drugie: skutkowałoby to nieprawdopodobnymi konsekwencjami, przede wszystkim dla ludności cywilnej, która znalazłaby się razem z wojskiem w tym kotle. Po trzecie: doszłoby do zniszczeń w potencjale przemysłowym regionu. Są historycy, którzy uważają, że Armia „Kraków” wówczas wiązałaby znaczne siły niemieckie.

– Jednak w tym czasie nie zakładano, że Niemcy nas pobiją. Zakładano, że z pomocą Zachodu to my pobijemy Niemców. Po co więc doprowadzać do zniszczenia tego, co wkrótce będzie odzyskane…

– Racja. Takie rozumowanie jest doskonale widoczne w decyzjach administracyjnych. Nie są wysadzane wielkie piece, nie są zalewane kopalnie, nie są nawet w nich wyłączane pompy. To był jasny przekaz: my tu jeszcze wrócimy, więc nie ma sensu tego niszczyć.

– Zakładano, że województwo śląskie zostanie odbite, że Polska wróci po nie. Tymczasem to Niemcy wrócili do „swojego” Śląska. Na dodatek są serdecznie witani przez proniemiecką część mieszkańców Katowic. Wehrmacht witano niczym wyzwolicieli...

– I faktycznie samo zjawisko nie ogranicza się do Katowic, aczkolwiek z Katowic dysponujemy największą dokumentacją fotograficzną i stąd te Katowice są tego pewnego rodzaju symbolem. Takie sceny miały miejsce we wszystkich miastach Górnego Śląska, zarówno tej dawnej pruskiej części, jak i austriackiej. Jest cały set fotografii np. z Bielska, które było jednym z głównych centrów niemczyzny, nie tylko na Górnym Śląsku, ale w Polsce. Pochodzę z Mikołowa. Zachowało się dziesięć zdjęć ukazujących, jak 3 września przyjmowano niemieckich żołnierzy w moim mieście. Ludzie na ulicach, uniesione ręce w hitlerowskim pozdrowieniu, kwiaty, prezenty, prawda, radość, śmiech i tak dalej…

Musimy pamiętać o bohaterach | Garda
Portal Obronny SE Google News

– Ocenia się, że we wrześniu 1939 r. etniczni Niemcy stanowili ok. 7 proc. ludności województwa śląskiego. Byłoby ich ponad 200 tysięcy...

– Według ostatniego spisu powszechnego z 1931 r. było ich jeszcze mniej. Może dlatego, że wówczas pytano o używany język i na tej podstawie klasyfikowano kogoś również narodowościowo. Pod względem narodowościowym województwo śląskie było… Jakby to nazwać… Było skomplikowanym przypadkiem. Tutaj prócz etnicznych Niemców mamy bardzo dużą grupę ludności, której deklaracja narodowościowa w zależności od sytuacji przechylała się bądź na jedną, bądź na drugą stronę.

Akurat w 1939 r. ta waga przechyliła się na niemiecką stronę. Nie tylko dlatego, że było to spowodowane tym, że w naturalny sposób chciano podążać za zwycięzcą, co jest zakodowane w ludzkim charakterze. Miał na to wpływ cały bagaż rządów II Rzeczypospolitej w województwie śląskim...

– Warunki życia? Czynnik ekonomiczny?

– Zawsze podkreślam jego wagę. Od 1935 r. widać na Górnym Śląsku ożywienie gospodarcze. Widać przemijanie wielkiego kryzysu gospodarczego. Zaczyna się jakaś hossa, przybywa miejsc pracy, ale wciąż jest ich za mało. To bezrobocie ma wymiar naprawdę patologiczny. Było ono tym bardziej dotkliwe, że po drugiej stronie granicy – w Zabrzu, w Gliwicach, w Bytomiu – był deficyt rąk do pracy. To co mieszkańcy województwa śląskiego robią?

Oni znajdują pracę po drugiej stronie granicy. A to bardzo często związane było z określonym trybutem politycznym. Trzeba zapisać się do niemieckiej organizacji, dzieci trzeba posłać do niemieckiej szkoły... W każdym razie sygnał był wyraźny. Rzeczpospolita nam nie dała czegoś tak podstawowego, jak praca i możliwość utrzymania własnej rodziny, natomiast dała to III Rzesza.

To rozczarowanie gospodarczą stroną obecności Rzeczypospolitej na Górnym Śląsku ogromną rolę odegrało w życiu jego mieszkańców. To widać będzie w formularzach Deutsche Volksliste, w których była rubryka, gdzie opisywało się ewentualnie doznane prześladowania z polskiej strony. Najczęściej w tym miejscu wpisywano: „bezrobocie”.

– Volkslisty to temat na inną rozmowę. Do dziś w Polsce Ślązak-folksdojcz postrzegany jest prawie niczym hitlerowiec. Może i wśród witających Wehrmacht byli nie tylko etniczni Niemcy, ale nie można zapominać, że po wyjściu Wojska Polskiego z Niemcami walczyli i inni Ślązacy.

– Mamy do czynienia z absolutną dwoistością postaw. Kiedy jedni wychodzili na ulicę, by witać Wehrmacht, to inni z dachów strzelali do Wehrmachtu. Ponieważ operujemy na takich dokumentach, na jakich operujemy: ilu wyszło, bo po prostu chcieli się pogapić na przechodzące wojsko? A ilu rzeczywiście wyszło tam z tego absolutnego przekonania, że oto przyszli nasi, oto nadchodzi nowa rzeczywistość i teraz to my tym Polakom damy łupnia?

II Rzeczpospolita trwała na polskim Górnym Śląsku przez 17 lat. To jest czas wystarczający, żeby wyrosło nowe pokolenie i to nowe pokolenie się zsocjalizowało w polskim środowisku. Jeśli rzecz dotyczy młodzieży, to będzie to oczywiście harcerstwo, organizacje młodzieży powstańczej, rozmaite polskie patriotyczne organizacje i powiedziałbym, że to również zadecydowało o tym, że właśnie we wrześniu '39 roku mamy do czynienia z takimi wyraźnie dwiema grupami.

Jedna wita Niemców, a druga pokazuje, że nie godzi się z nową rzeczywistością. Akurat w województwie śląskim był nadmiar patriotycznych organizacji o charakterze wręcz paramilitarnym: Związek Powstańców Śląskich, Związek Powstańców Wielkopolskich, Związek Hallerczyków, Związek Peowiaków, wspomniana młodzieżówka Związku Powstańców Śląskich, czyli Organizacja Młodzieży Powstańczej… To były organizacje o charakterze paramilitarnym, mające swoje umundurowanie, ćwiczące z bronią, z apelami w wojskowym ceremoniale i tak dalej, i tak dalej.

– We Wrześniu stanowili jakąś siłę obronną?

– W obliczu coraz wyraźniej rysującej się konfrontacji polsko-niemieckiej w sierpniu członkowie tych organizacji zgłaszają gotowość do wspierania struktur siłowych RP. Trudno oszacować skalę takiego zaangażowania. Nierzadko można trafić na informacje o tym, że z tych ochotników powstało 28 batalionów.

Te szacunki po wojnie zdementował gen. Jan Sadowski, we Wrześniu dowodzący Grupą Operacyjną „Śląsk”. Potencjał kadrowy był zdecydowanie mniejszy, a militarny – idzie o uzbrojenie – sądzę, że był jeszcze mniejszy. Do tego dochodzi jeszcze nieufność zawodowych wojskowych wobec cywilów. W ich opinii nadawali się oni do służby parapolicyjnej. Oczywiście z regularnymi żołnierzami, strażą graniczną czy policją. Osobiście jestem przekonany, że zaangażowanie cywilów bardziej służyło podtrzymaniu ducha wśród nich, aniżeli rzeczywiście miało jakiś wybitny walor militarny.

– Jednak przyszło im zastąpić żołnierzy…

– Faktem jest, że kiedy WP wycofuje się drugiego, a najpóźniej trzeciego września z województwa śląskiego, cywilna samoobrona również dostaje rozkaz wycofania się. Nie wszyscy jej uczestnicy go wykonują. U podłoża leżą kwestie natury psychologicznej. Można sobie wyobrazić, że dla części samoobrony był to rozkaz nie do przyjęcia. Lata propagandy też swoje zrobiły. Było takie przekonanie, że jeśli mamy ruszyć z Górnego Śląska, to raczej po to, by dotrzeć do Opola, a nie w drugą stronę. Zostają na miejscu. Konfrontują się z twardą siłą…

– Wehrmachtu?

– Powiedziałbym: z twardą siłą faktów. Znamy kilka przypadków zachowań przywódców powstańczych. Byli bardzo zaangażowani w tworzenie tej samoobrony powstańczej. Na wieść o tym, że Wojsko Polskie się wycofuje, doznają nerwowego załamania, po prostu wycofują się w domowe zacisze i czekają biernie na rozwój wypadków. Są również tacy, którzy z pełną straceńczą determinacją gromadzą wokół siebie gotowych walczyć. Aczkolwiek jest to walka oczywiście z góry skazana na przegraną.

– Romantyczna tradycja. Harcerze kontra Wehrmacht. Legendarna obrona wieży spadochronowej w Katowicach. Gdy Niemcy ją zdobyli, to zrzucali z niej ciała harcerzy?

– Ten rozdział obrony Katowic sam w sobie jest prosty i zarazem skomplikowany. Prosty: bo doszło 4 września w godzinach porannych do otwarcia ognia z wieży. Karabin maszynowy był na pewno na wieży, co jeszcze raz dowodzi, że sprawą zajęli się amatorzy. Niemożliwe było, by zawodowy wojskowy w tak odsłoniętym punkcie ulokował kaem.

Z niego ostrzelano wkraczające do Katowic, idące od Mikołowa, oddziały co najmniej drugorzutowej 239. Dywizji Piechoty. Zaatakowani z wieży wpierw zaczęli do niej strzelać z broni ręcznej i maszynowej. Potem wytoczyli dwa działa ppanc 37 mm. Strzelali do kosza wieży, skąd szedł ogień z kaemu. Po którymś tam strzale coś miało odpaść z tej wieży. Nie wiadomo co. Czy było to ciało obrońcy, czy był to fragment konstrukcji? Ogień milknie. I tutaj praktycznie niemieckie relacje urywają się.

– Było kilka postępowań mających wyjaśnić tę zagadkę…

– Ostatnie śledztwo w latach 2005–2006 prowadziła prokurator IPN Ewa Koj. Udało się jej dotrzeć do świadków i nieznanych dotąd dokumentów. Ci świadkowie stwierdzili, że byli na wieży kilka dni po 4 września. Zeznali, że widzieli postrzelaną konstrukcję, widzieli łuski, ale nie widzieli nigdzie śladów krwi. Są zeznania pewnej pani, która stwierdziła, że jej siostra była wśród obrońców. Kiedy rozpoczął się ostrzał, ze strachu po prostu z niej zeszła. Winda już była nieczynna, więc zeszła, czepiając się elementów konstrukcji. I to, mi się wydaje, układa się w jakiś taki logiczny ciąg.

W czym rzecz? A w tym, że nie znamy ani jednego nazwiska kogoś poległego na tej wieży, zastrzelonego, zabitego, prawda? Niewykluczone jest, że kiedy rzeczywiście do wieży zaczęto strzelać z dział, to ci, którzy na niej byli, zachowali się jak ludzie. Poczuli strach, przemożny, okropny strach i najzwyczajniej ewakuowali się z tego posterunku. Zeszli, by uniknąć śmierci. I stąd może wynikać ta absolutna anonimowość obrońców katowickiej wieży spadochronowej.

– Czyli harcerze byli na niej aktywni przez kilkanaście minut?

– Może 15 minut, chyba nie dłużej. Wystarczająco długo, by powstał symbol. Przy czym tutaj trzeba powiedzieć jeszcze jedno. Nie ma wątpliwości co do tego, że walki toczyły się w samym Parku Kościuszki, gdzie do dziś stoi słynna wieża. Tam też jacyś uzbrojeni ludzie strzelali do niemieckich oddziałów. 4 września strzelano w Katowicach do Niemców także z dachów kamienic. O tym najczęściej wspominają niemieckie raporty. W południe 4 września na katowickim Rynku spotykają się niemieckie jednostki idące z kilku kierunków. I wkrótce są zmuszone kryć się po bramach, bo z przyrynkowych kamienic sypią się na nich strzały. Długo to nie trwało...

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki