- Amerykańskie siły specjalne działały w Iraku już kilkanaście lat przed wybuchem wojny.
- Do operowania na terenie Iraku przygotowywali się też specjalsi z GROM-u.
- Przed wojną największym zagrożeniem były irackie miny oraz rakiety z głowicami z bronią chemiczną.
- Tuż przed inwazją Amerykanie zaproponowali GROM-owcom wykonanie zadania specjalnego.
Na początku 2003 r. ONZ-owska operacja Multinational Interception Force (MIF) trwała w najlepsze. Operatorzy z jednostki GROM wykonywali zadania związane z przestrzeganiem embarga na handel iracką ropą naftową.
Tymczasem coraz większymi krokami zbliżała się wojna koalicji międzynarodowej z Saddamem Husajnem. Komandosi koalicji mieli więc pełne ręce roboty zarówno w czasie prowadzenia wodnych działań w ramach MIF, jak i w samym Iraku.
Amerykańskie siły specjalne operowały na terenie imperium Husajna od zakończenia pierwszej wojny w Zatoce, czyli od wiosny 1991 r. Zielone Berety współpracowały z bojownikami kurdyjskimi. W ramach wspólnej operacji zlikwidowano m.in. bazę islamskiej organizacji terrorystycznej w północnym Iraku.
Gorąco przed wojną
Im bliżej wojny, tym bardziej intensyfikowały się działania specjalsów. Największe natężenie nastąpiło od początku 2003 r. Na terytorium Iraku działali głównie Amerykanie i Brytyjczycy Ale nie tylko oni. W styczniu 2003 r. australijski SAS prowadził tam rozpoznanie specjalne. Wiadomość tę władze Australii najpierw dementowały. Po jakimś czasie potwierdziły, że w rejon Zatoki wysłano szwadron liczący 150 ludzi. Do ich zadań należało rozpoznanie, lokalizacja i likwidacja irackiej broni. Australijczycy działali w 6-osobowych sekcjach.
Natomiast Kanadyjczycy z jednostki specjalnej wojsk lądowych JTF-2 (Joint Task Force-2) pojawili się w tym regionie w listopadzie 2002 r.
W sumie liczbę żołnierzy sił specjalnych działających w ramach operacji „Iracka Wolność”, szacuje się na 10 tys. ludzi. To o 1500 więcej niż w czasie poprzedniej wojny - „Pustynnej Burzy”.
Przed atakiem koalicji na Irak, specjalsi operowali głównie w zachodniej części imperium Saddama. Lokalizowały ukryte w wielkich ciężarówkach laboratoria z bronią masowego rażenia, wyrzutnie pocisków rakietowych ziemia-ziemia, czyli m.in. groźne rakiety scud, rozpoznawali rejony rozmieszczenia sił irackich. Żołnierze zbierali wszelkie informacje potrzebne do planowania wojny. Mierzyli głębokość brodów, sprawdzali jak grząskie są grunty. Wszystko po to, aby jednostki regularne mogły działać bez zbędnych strat.
Dzięki tajnym misjom Amerykanie odkryli m.in. doskonale zamaskowane, pustynne lotnisko i magazyny uzbrojenia.
Przygotowania do wojny na pustyni
Korzystając z przerw między operacjami na wodzie, GROM-owcy intensywnie się szkolili. Wszystko po to, aby podtrzymać nawyki z treningu w Polsce i doskonalić się w specyficznym klimacie. Zgodnie ze starą zasadą „Im więcej potu na ćwiczeniach, tym mniej krwi w boju”.
- Czym innym jest jazda samochodem w Polsce, czym innym w Kuwejcie czy Iraku – wspomina ppłk rez. Andrzej Kruczyński „Wódz” dowódca Zespołu Bojowego A z GROM-u, który trafił nad Zatokę Perską na kilka miesięcy przed wybuchem wojny.
Na Bliskim Wschodzie trzeba pamiętać, że po kilkudziesięciu minutach od zaparkowania na piasku, pojazd dosłownie zapadnie się w terenie. Brak łopaty czy linki holowniczej uniemożliwi wyjazd z takiego grzęzawiska.
Dlatego pułapka zastawiona przez komandosów może w efekcie stać się pułapką na nich samych.
GROM-owcy trenowali strzelanie w dzień, a przede wszystkim w nocy. W porównaniu z warunkami krajowymi, największą różnicę odczuwają snajperzy. Dla nich wysoka temperatura i wilgotność powietrza ma duże znaczenie.
Dziesiątki godzin spędzili na szkoleniu z taktyki nocnego działania w terenie zabudowanym i „czyszczeniu pomieszczeń”. Jak się za kilka miesięcy miało okazać, to było jedno z ich podstawowych zadań w czasie i tuż po wojnie.
Groźne miny-pułapki
Amerykanie przestrzegali przed minami. Cała granica kuwejcko-iracka usiana była polami minowymi. W bazach wojskowych sprzedawano nawet pamiątkowe pocztówki, na których uwieczniono niekończące się rzędy wystających z piasku min.
Natomiast w samym Iraku takich pól nie było. Zagrażały natomiast miny-pułapki. Niewielkie ładunki ukrywano w książkach, zabawkach, szufladach. Zabijały lub raniły żołnierzy przeszukujących pomieszczenia.
Duże pułapki ukrywano przy drogach, po których poruszały się konwoje sił koalicyjnych. Często maskowano je kamieniami, odchodami zwierząt, padliną. Zdarzało się, że miny produkowano w zakładach betoniarskich. Oblane betonem, niczym nie różniły się od zwykłego krawężnika. W nocy kilku ludzi wymieniało część przydrożnego chodnika. Gdy rankiem przejeżdżał tamtędy patrol, jeden z zamachowców przez radio uruchamiał bombę.
GROM-owcy ćwiczyli z chemikami z Czech. Panowało bowiem powszechne przekonanie, że Saddam Husajn może użyć broni chemicznej. Koalicjanci jak ognia bali się więc irackich pocisków klasy ziemia-ziemia. Wywiad donosił o prawie sześćdziesięciu wyrzutniach rakiet „Frog” oraz „Scud”.
Polecany artykuł:
Radziecki rakiety „Scud” siały strach
Pierwsze to taktyczne zestawy rakietowe, znane w Polsce jako „Łuna”. Przeznaczono je do użycia w odległości do 70 km. Składały się m.in. z wyrzutni zamontowanej na samochodzie ciężarowym, rakiety, samochodu transportowego i żurawia samochodowego. Głowica takiej rakiety mieściła w sobie ponad 400 kg materiału wybuchowego.
O wiele groźniejsze były osławione „Scudy”. To radzieckie pociski balistyczne krótkiego zasięgu. Rosjanie rozpoczęli nad nimi prace już w 1945 r. „Scud” w wersji „A” wszedł do służby w połowie lat 50. Natomiast wersję „D” wprowadzono na uzbrojenie Armii Radzieckiej w 1989 r.
Husajn dysponował wersjami „B” i „C”. W głowicę „Scuda B” można włożyć tonę trotylu, ładunek chemiczny lub jądrowy o mocy 70 kiloton. Pocisk mógł przelecieć do 300 km. Natomiast wersja „C” została wyposażona w głowicę konwencjonalną z 600 kg materiału wybuchowego i miała zasięg ponad 500 km.
- Nikt nie miał pewności, jakie głowice zamontowano w „Scudach”. Nikt też nie wiedział, gdzie rakieta spadnie. Więc jak w czasie wojny saddamowcy ją wystrzeliwali, w Kuwejcie ogłaszano alarm chemiczny. Jedna z rakiet spadła kilka kilometrów od naszej bazy. Wybuchła, a wiatr wiał w naszą stronę. Więc lepiej nie myśleć, co mogło się stać, gdyby była w niej głowica chemiczna. Gdy na początku wojny stacjonowaliśmy na statku wycieczkowym, przeleciał nad nami kolejny „Scud” – mówi ppłk Andrzej Kruczyński.
Życie w kombinezonach przeciwchemicznych
Coraz częściej ogłaszano alarmy ostrzegające przed bronią chemiczną. Na odgłos syren należało natychmiast założyć kombinezon ochronny. Żołnierze w Polsce narzekają, że w czymś takim nie da się działać. Bo człowiek szybko zalewa się potem. A co dopiero na pustyni? A tam trzeba się było przyzwyczaić do wielogodzinnego funkcjonowania w takich strojach.
Polskie kombinezony były skomplikowane w obsłudze, dlatego tuż przed wybuchem wojny, w podziękowaniu za przeprowadzenie jednej z operacji, Amerykanie przynieśli GROM-owcom swoje zapasowe kombinezony. Były o niebo lepsze. Wyposażone w specjalne wkłady z węgla drzewnego pochłaniały pot. Dawało się w nich lepiej funkcjonować. Do tego – w odróżnieniu od polskich – ubierało się je w dwie, a nie kilkanaście minut. Gdyby nastąpił niespodziewany atak, pojawiała się większa szansa na przeżycie.
Największe od Wietnamu zgrupowanie komandosów US Navy
GROM-owcy, z żołnierzami Navy SEALs oraz Special Boat Units stworzyli Special Boat Team-20. Było w nim 260 ludzi. Zespół miał do dyspozycji prawie trzydzieści pontonów RIB i kilkanaście łodzi Mark Mk V.
STB-20 był częścią Naval Special Warfare Forces Task Group. Od czasów wojny w Wietnamie było to największe zgrupowanie komandosów amerykańskiej Marynarki Wojennej, zorganizowane poza granicami Stanów Zjednoczonych.
Całością dowodził commodore Robert S. Harward. Commodore to - nie występujący w Wojsku Polskim - stopień między pułkownikiem a generałem brygady. W niektórych krajach uznawany już za pierwszy stopień generalski.
Specjalne zadanie dla GROM-u
W połowie lutego 2003 r. Amerykanin niespodziewanie pojawił się w naszej bazie. Zapytał czy na Polaków można liczyć „jakby coś poważnego było do roboty”?
- Nie wdawał się w szczegóły. Ale nie musiał. Po jego wyrazie twarzy zrozumieliśmy, że z pewnością chodzi o coś naprawdę istotnego. Okazało się, że mieliśmy wykonać operację kluczową dla przebiegu początku wojny – wspomina ppłk Andrzej Kruczyński.