Polscy żołnierze w Iraku. Zapomniany atak, który mógł zabić dziesiątki. „Wszystko wokół zawirowało”

2026-02-21 8:01

To był pierwszy w historii samobójczy atak na bazę polskich żołnierzy. W kraju przeszedł bez większego echa, bo władze blokowały informacje o tym, że polskich żołnierzy wysłano na prawdziwą wojnę. Po ataku poległych i rannych moglibyśmy liczyć w dziesiątkach, ale bazę uratował mongolski sierżant pełniący służbę na wieży wartowniczej. Dziś warto przypomnieć wydarzenia z 18 lutego 2004 r., do jakich doszło w Camp Charlie w irackim Al Hillach. Po latach podobnie atakowano polskie bazy w Afganistanie.

  • 18 lutego 2004 r. w Camp Charlie w Iraku miał miejsce pierwszy w historii atak samobójczy na polskich żołnierzy. W Polsce władze blokowały informacje o tym zdarzeniu.
  • Dwa samochody-pułapki uderzyły w bazę, a celem terrorystów była cysterna z 700 kg materiału wybuchowego.
  • Dzięki refleksowi mongolskiego sierżanta Gambolda Azaji, który unieszkodliwił drugi pojazd, uniknięto dziesiątek ofiar.
  • Dowiedz się więcej o bohaterze z Mongolii i kulisach ataku, który wstrząsnął polskim kontyngentem w Iraku.

Druga zmiana Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Iraku rozpoczęła się kilkanaście dni wcześniej. Część naszych żołnierzy skierowano do Camp Charlie w Al Hillach. Tam Polacy z batalionu logistycznego oraz z 18. batalionu desantowo-szturmowego stacjonowali razem z żołnierzami z kilku państw.

Wszystko wokół zawirowało

18 lutego 2004 r., kwadrans po godz. 7, bazą wstrząsnął pierwszy potężny wybuch.

- Nie chciało mi się wstawać, byłem zmęczony po konwoju z Kuwejtu. Wróciliśmy późno, godziny spędzone w nieklimatyzowanej sanitarce jadącej po pustyni dawały się we znaki. Usiadłem na łóżku, gdy rozległ się ogłuszający huk. Błyskawicznie wskoczyłem w mundur, nałożyłem kamizelkę kuloodporną, hełm, złapałem broń i otworzyłem drzwi. Wtedy drugi raz walnęło. Wszystko wokół zawirowało, rzuciło mnie na podłogę - wspominał ppłk rez. dr Robert Bogdanik.

Lekarz służył na drugiej i ósmej zmianie misji w Iraku oraz na siódmej i jedenastej zmianie misji w Afganistanie. Gdy wyszedł na zewnątrz panowała przerażająca cisza. Spojrzał na porozrywane ściany ambulatorium i pomyślał, że bazę ostrzelano z moździerzy.

Atak dwoma samochodami-pułapkami

- W większości budynków w bazie powylatywały szyby i drzwi. Szkło pocięło ludzi - wspominał płk rez. Marek Sanak.

Na drugiej zmianie PKW Irak był dowódcą batalionu logistycznego. To on kierował akcją ratowniczą.

- Nie miałem pojęcia co to za atak? Rakietowy? Prowadzić akcję ratowniczą czy przygotowywać się do obrony? Przecież mógł nastąpić ciąg dalszy - mówił pułkownik.

Jak się okazało, był to zamach samobójczy. Terroryści użyli dwóch samochodów. Nafaszerowany trotylem pick-up wybił dziurę w murze ochronnym. Przez nią do środka bazy miała wjechać cysterna, w której ukryto 700 kg materiału wybuchowego. Jej eksplozja mogła zabić i ciężko ranić każdego, kto znajdował się w promieniu co najmniej kilkudziesięciu metrów. Po dwóch pojazdach samobójców pozostały tylko olbrzymie leje w ziemi. W murze granicznym powstała wyrwa długości 50 m.

Refleks mongolskiego snajpera

- Przytomność umysłu mongolskiego wartownika, sierż. Gambolda Azaji, w znacznym stopniu przyczyniła się do tego, że wszyscy żołnierze przeżyli atak - przekonywał płk Sanak.

Jak do tego doszło? Ulicą wzdłuż ogrodzenia obozowiska jeździły cywilne samochody. Gdy powietrzem wstrząsnął huk, sierż. Azaja zobaczył obłok dymu i puścił serię z karabinu maszynowego w kierunku nadjeżdżającej cysterny. Ciężarówka wyleciała w powietrze. Pozostał po niej wielki krater, a szczątki samobójców i części samochodów żołnierze znajdowali w promieniu 250 m. Wybuch był tak potężny, że na części rozniósł nawet blok silnika pick-upa.

Zabrakło opatrunków

W taki sam sposób terroryści uderzyli na włoską bazę w An-Nasiriji w listopadzie 2003 r. Zginęło wtedy 19 Włochów, a kilkudziesięciu zostało rannych.

W Al Hillach największe straty ponieśli cywile mieszkający po sąsiedzku. Zginęło sześciu ludzi, 44 zostało rannych. Eksplozja zniszczyła cztery domy Irakijczyków. Siedem kolejnych uszkodziła. Jeden znajdował się aż 300 m od miejsca ataku!

Rany odniosło 12 polskich żołnierzy. Dwóch z nich medycznie ewakuowano do Polski. Natomiast sierż. Azzaja znajdujący się na wieży wartowniczej 70 m od auta-pułapki, nie odniósł poważniejszych obrażeń.

- Po kilku godzinach opanowaliśmy sytuację. Zużyliśmy wszystkie opatrunki - relacjonował dr Bogdanik.

Polski oficer oddaje amerykańskie odznaczenie | GARDA

Bohater z Mongolii

Gambold Azzaya urodził się w 1983 r. W dzieciństwie pomagał rodzinie w hodowli bydła. W 2002 r. wstąpił do szkoły wojskowej. Po jej ukończeniu trafił do Iraku. W 2007 r. przyleciał do Polski, wtedy został odznaczony przez ministra obrony narodowej Aleksandra Szczygło.

W nagrodę za bohaterski czyn otrzymał też certyfikat uprawniający do podjęcia studiów w mongolskim Instytucie Obrony Narodowej. Awansował na oficera. Do Polski wrócił po kilkunastu latach - na specjalistyczne studia w warszawskiej Akademii Sztuki Wojennej.

Portal Obronny SE Google News

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki