- 18 lutego 2004 r. w Camp Charlie w Iraku miał miejsce pierwszy w historii atak samobójczy na polskich żołnierzy. W Polsce władze blokowały informacje o tym zdarzeniu.
- Dwa samochody-pułapki uderzyły w bazę, a celem terrorystów była cysterna z 700 kg materiału wybuchowego.
- Dzięki refleksowi mongolskiego sierżanta Gambolda Azaji, który unieszkodliwił drugi pojazd, uniknięto dziesiątek ofiar.
- Dowiedz się więcej o bohaterze z Mongolii i kulisach ataku, który wstrząsnął polskim kontyngentem w Iraku.
Druga zmiana Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Iraku rozpoczęła się kilkanaście dni wcześniej. Część naszych żołnierzy skierowano do Camp Charlie w Al Hillach. Tam Polacy z batalionu logistycznego oraz z 18. batalionu desantowo-szturmowego stacjonowali razem z żołnierzami z kilku państw.
Wszystko wokół zawirowało
18 lutego 2004 r., kwadrans po godz. 7, bazą wstrząsnął pierwszy potężny wybuch.
- Nie chciało mi się wstawać, byłem zmęczony po konwoju z Kuwejtu. Wróciliśmy późno, godziny spędzone w nieklimatyzowanej sanitarce jadącej po pustyni dawały się we znaki. Usiadłem na łóżku, gdy rozległ się ogłuszający huk. Błyskawicznie wskoczyłem w mundur, nałożyłem kamizelkę kuloodporną, hełm, złapałem broń i otworzyłem drzwi. Wtedy drugi raz walnęło. Wszystko wokół zawirowało, rzuciło mnie na podłogę - wspominał ppłk rez. dr Robert Bogdanik.
Lekarz służył na drugiej i ósmej zmianie misji w Iraku oraz na siódmej i jedenastej zmianie misji w Afganistanie. Gdy wyszedł na zewnątrz panowała przerażająca cisza. Spojrzał na porozrywane ściany ambulatorium i pomyślał, że bazę ostrzelano z moździerzy.
Polecany artykuł:
Atak dwoma samochodami-pułapkami
- W większości budynków w bazie powylatywały szyby i drzwi. Szkło pocięło ludzi - wspominał płk rez. Marek Sanak.
Na drugiej zmianie PKW Irak był dowódcą batalionu logistycznego. To on kierował akcją ratowniczą.
- Nie miałem pojęcia co to za atak? Rakietowy? Prowadzić akcję ratowniczą czy przygotowywać się do obrony? Przecież mógł nastąpić ciąg dalszy - mówił pułkownik.
Jak się okazało, był to zamach samobójczy. Terroryści użyli dwóch samochodów. Nafaszerowany trotylem pick-up wybił dziurę w murze ochronnym. Przez nią do środka bazy miała wjechać cysterna, w której ukryto 700 kg materiału wybuchowego. Jej eksplozja mogła zabić i ciężko ranić każdego, kto znajdował się w promieniu co najmniej kilkudziesięciu metrów. Po dwóch pojazdach samobójców pozostały tylko olbrzymie leje w ziemi. W murze granicznym powstała wyrwa długości 50 m.
Refleks mongolskiego snajpera
- Przytomność umysłu mongolskiego wartownika, sierż. Gambolda Azaji, w znacznym stopniu przyczyniła się do tego, że wszyscy żołnierze przeżyli atak - przekonywał płk Sanak.
Jak do tego doszło? Ulicą wzdłuż ogrodzenia obozowiska jeździły cywilne samochody. Gdy powietrzem wstrząsnął huk, sierż. Azaja zobaczył obłok dymu i puścił serię z karabinu maszynowego w kierunku nadjeżdżającej cysterny. Ciężarówka wyleciała w powietrze. Pozostał po niej wielki krater, a szczątki samobójców i części samochodów żołnierze znajdowali w promieniu 250 m. Wybuch był tak potężny, że na części rozniósł nawet blok silnika pick-upa.
Zabrakło opatrunków
W taki sam sposób terroryści uderzyli na włoską bazę w An-Nasiriji w listopadzie 2003 r. Zginęło wtedy 19 Włochów, a kilkudziesięciu zostało rannych.
W Al Hillach największe straty ponieśli cywile mieszkający po sąsiedzku. Zginęło sześciu ludzi, 44 zostało rannych. Eksplozja zniszczyła cztery domy Irakijczyków. Siedem kolejnych uszkodziła. Jeden znajdował się aż 300 m od miejsca ataku!
Rany odniosło 12 polskich żołnierzy. Dwóch z nich medycznie ewakuowano do Polski. Natomiast sierż. Azzaja znajdujący się na wieży wartowniczej 70 m od auta-pułapki, nie odniósł poważniejszych obrażeń.
- Po kilku godzinach opanowaliśmy sytuację. Zużyliśmy wszystkie opatrunki - relacjonował dr Bogdanik.
Bohater z Mongolii
Gambold Azzaya urodził się w 1983 r. W dzieciństwie pomagał rodzinie w hodowli bydła. W 2002 r. wstąpił do szkoły wojskowej. Po jej ukończeniu trafił do Iraku. W 2007 r. przyleciał do Polski, wtedy został odznaczony przez ministra obrony narodowej Aleksandra Szczygło.
W nagrodę za bohaterski czyn otrzymał też certyfikat uprawniający do podjęcia studiów w mongolskim Instytucie Obrony Narodowej. Awansował na oficera. Do Polski wrócił po kilkunastu latach - na specjalistyczne studia w warszawskiej Akademii Sztuki Wojennej.