Na wzór Zielonych Beretów. Jak „Lubliniec” nawiązywał pierwsze kontakty z NATO?

Pierwsza delegacja polskich wojskowych poleciała do amerykańskiej bazy Zielonych Beretów pod koniec 1994 r. Na ich wzór planowano przekształcić Jednostkę Wojskową 4101 - ówczesny 1. Pułk Specjalny - w nowoczesny oddział specjalny. JW 4101 jest najstarszym oddziałem specjalnym Sił Zbrojnych RP; w tym roku obchodzi 65. rocznicę powstania. Warto więc przypomnieć, jak budowano pierwsze relacje z sojusznikami z NATO.

  • W 1994 r. rozpoczęto tworzenie nowoczesnej wojskowej jednostki specjalnej na wzór amerykańskich Zielonych Beretów.
  • Wspólne ćwiczenia udowodniły, że Polacy dorównują sojusznikom ogólnym wyszkoleniem, maja tez bezpieczniejsze procedury skoków spadochronowych.
  • Nasi specjalsi odstawali w kwestiach procedur i wyposażenia, eliminacja zapóźnień zajęła ponad dekadę.

1. Pułk Specjalny powołano, ale w Sztabie Generalnym nie zdążono jeszcze wypracować koncepcji jego użycia i zasad współdziałania z jednostkami regularnymi.

- Dlatego zaczęliśmy opracowywać je sami, opierając się na doświadczeniach innych armii. Najbardziej odpowiadały mi rozwiązania amerykańskie. Dzięki materiałom z wywiadu znałem dobrze strukturę, zadania i system szkolenia ich sił specjalnych - w 2010 r. przekonywał płk dypl. Jan Świeboda, który w latach 1984-2003 w Sztabie Generalnym zajmował się jednostkami specjalnymi.

To on postanowił, że wzorem dla nowej formacji będą US Special Forces Groups, czyli popularne Zielone Berety.

Pierwsze wizyty i sprawdziany na poligonie

- Wzorowaliśmy się na Amerykanach i bardzo zależało nam na kontaktach zagranicznych - mówił płk dypl. Bogdan Kołtuński, dowódca 1. Pułku, który uczestniczył w pierwszej oficjalnej polskiej wizycie wojskowej w amerykańskich siłach specjalnych.

Pod koniec 1994 r. wysłano tam cztery osoby. Delegacja wizytowała bazę 10. Grupy Zielonych Beretów, która w swojej strukturze miała trzy bataliony; dwa stacjonowały w USA, a trzeci w Niemczech.

Amerykanie byli w miarę otwarci na przekazywanie wiedzy.

- Mówili o strukturze i zadaniach. Strzelaliśmy z ich broni, oglądaliśmy wyposażenie. Chciałem nawet skoczyć ze spadochronem, ale przełożeni mi zabronili. Gdyby doszło do wypadku, byłby problem z przetransportowaniem mnie do kraju - wspominał płk Kołtuński.

Kilka miesięcy później z Fort Carlson w Kolorado przylecieli żołnierze kompanii „C” z 10. Grupy. W lipcu 1995 r. wraz z 30 komandosami z Lublińca brali udział w ćwiczeniach „Dwa Orły 95”. Te manewry zorganizowano na poligonie w Wędrzynie.

Scenariusz nawiązywał do sytuacji z wojny na Bałkanach. Ćwiczący działali na pograniczu fikcyjnych krajów, gdzie zostali wysłani przez Radę Bezpieczeństwa ONZ w celu egzekwowania zawieszenia działań wojennych.

Grupa specjalna dowodzona przez ppłk. Leszka Ligowskiego wspólnie z ekipą kpt. Anthony'ego Dilla z 10. Grupy przeprowadziła desant spadochronowy, rozpoznała miejsca kolejnych zrzutów i zabezpieczyła je.

Słabość Amerykanina wzmocniła Polaków

- Pierwszy raz mieliśmy coś zrobić z ludźmi, o których wiedzieliśmy, że to światowa czołówka. Mieliśmy więc olbrzymie kompleksy, ale w czasie marszu jeden z Amerykanów zemdlał. Zapewne przypadkowo, ale nas to bardzo podbudowało - przekonywał ppłk Ligowski.

Do tego w czasie strzelania i skoków okazało się, że Polacy nie muszą mieć kompleksów. Amerykanie z polskich karabinków AKMS strzelali gorzej niż Polacy z ich M16.

- Przekonaliśmy się, że u nas szkolenie spadochronowe prowadzimy lepiej. Skuteczniej potrafiliśmy wykorzystać parametry amerykańskich spadochronów, które nam udostępnili - przekonywał ppłk Ligowski.

Skoki spadochronowe prowadzone wspólnie z Amerykanami dawały naszym komandosom najwięcej wiary w siebie.

- Nasz sposób szkolenia zapewniał większe bezpieczeństwo podczas lądowania. My szkoliliśmy żołnierzy tak, żeby ustawiali się z wiatrem. Lądujemy prosto na złączone, lekko ugięte nogi, a wytraceniu energii służył głęboki przysiad połączony z przewrotem w przód. Amerykanin ląduje tak, jak go spadochron niesie: przodem, bokiem, tyłem - opowiadał chor. Eugeniusz Kiciński, instruktor spadochronowy.

Sojusznicy z nawykami z pola walki

Polaków zdziwiło także to, że sojusznicy wykorzystują każdą okazję do podnoszenia umiejętności.

- Na lotnisku w Rudnikach jest pas betonowy, jednak pilot Herculesa nie chciał na nim lądować. Wybierał podłoże trawiaste, kilkadziesiąt metrów obok pasa, bo w realnych działaniach częściej z takim miałby do czynienia. Oni zawsze wszystko robili na bojowo - wspomina chor. Kiciński.

Najważniejszym ćwiczeniem w 1997 r. był „Sztylet 1” („Dagger 1”), prowadzony wspólnie z GROM-em oraz 10. Grupą. W 1998 r. kontynuowano je w ramach manewrów „Sztylet 2”.

- Współdziałaliśmy z GROM-em na zasadach takich, jak w USA współdziałają Zielone Berety z jednostką Delta. Mówiąc najprościej, rozpoznawaliśmy i izolowaliśmy obiekty, do których wkraczali GROM-owcy - wspominał płk Kołtuński.

Z Walijczykami po angielsku

W sierpniu 1999 r. w Bieszczadach zorganizowano ćwiczenia „Artystyczny Ułan”. Specjalsi z Lublińca ćwiczyli wtedy wspólnie z 21 SAS(R) - jednostką rezerwową brytyjskich sił specjalnych - oraz z GROM-em.

- To było pierwsze duże ćwiczenie międzynarodowe, które samodzielnie organizowaliśmy. Odstawaliśmy wyposażeniem, ale nie wyszkoleniem. Bardzo dużą pomocą służył nam płk Holey, dowódca 21. Pułku. Poznaliśmy angielskie procedury, pracowaliśmy na dokumentach NATO - wspominał płk Bogdan Kołtuński.

Polacy chcieli się wtedy sprawdzić w praktycznej znajomości języka angielskiego.

- Najlepiej mówiący kolega poszedł posłuchać, o czym mówią, żeby potem jakoś zagadać. Wrócił przerażony, że ni w ząb nie rozumie! A oni między sobą mówili po walijsku. Dopiero w oficjalnych sytuacjach przechodzili na angielski - opowiadał uczestnik ćwiczeń.

Polacy i Brytyjczycy wykonywali wspólne zadania. Razem bytowali i mieli dotrzeć do bieszczadzkiej Birczy, w pobliżu której znajdowało się małe lotnisko wybudowane do obsługi rządowego ośrodka wypoczynkowego w Arłamowie. Komandosi zabezpieczali lądowisko, a w nocy naprowadzali na nie transportowe brytyjskie Herculesy.

W styczniu 2000 r. cztery sekcje specjalne ćwiczyły w Lublińcu z komandosami z 10. Grupy. Polacy poznawali m.in. amerykańskie zasady zrywania kontaktów ogniowych, opanowywania budynków oraz ratowania pilotów strąconych na terytorium przeciwnika.

Po roku w jednostce znowu pojawiły się Zielone Berety. Amerykanie uczyli zjazdów na „szybkiej linie” i czarnej taktyki.

Mniejsza urazowość niż u Amerykanów

Olbrzymim rozmachem charakteryzowały się międzynarodowe ćwiczenia „Strong Resolve”, przeprowadzone w 2002 r. W tych natowskich ćwiczeniach brało udział kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy z 14 państw. Manewry prowadzono w Polsce i Norwegii oraz na Bałtyku.

Na tych ćwiczeniach Amerykanie skakali z samolotów An-26, korzystając z polskich spadochronów z egzotyczną dla nich „stabilizacją”. Któryś z naszych komandosów stwierdził, że samolot leci z prędkością 320 km/h, ale przed skokiem zwolni do 300 km/h. Amerykanie byli zaskoczeni, bo z Herculesów skakali przy prędkości ponad 100 km/h niższej. Nie byli przygotowani na potężne szarpnięcie w chwili otwarcia czaszy. Większość skaczących miała więc sine ślady od uprzęży spadochronowych.

- Amerykanin zapytał mnie, jaką mamy urazowość przy skokach. Odpowiedziałem, że na jakieś osiem tysięcy skoków rocznie statystycznie mamy po 20-30 urazów, głównie skręceń kostki. Sojusznik nie mógł w to uwierzyć. Powiedział, że jak u nich desantuje się batalion, to zwykle mają 10 proc. urazów. I to uznają za normę. Amerykanie twierdzili, że nasze metody szkolenia spadochronowego gwarantują większe bezpieczeństwo podczas lądowania - opowiadał chor. sztab. Piotr Porada, który zaliczył 25 lat służby w JW 4101, z czego przez 17 lat dowodził grupą specjalną.

Galimatias z procedurami

Czerpanie z zachodnich wzorców powodowało problemy w szkoleniu w Lublińcu.

- Miałem zaplanować desantowanie ze śmigłowców Mi-8. Tłumaczę więc, jak to będziemy robić, a jeden z dowódców sekcji przekonuje, że Brytyjczycy robią inaczej. Drugi, że od Amerykanów nauczył się jeszcze innych zasad, a trzeci, który się szkolił z Holendrami, miał kolejny pomysł. A formalnie wciąż obowiązywały nas instrukcje desantowania z czasów „ludowego WP” - wspominał Piotr Porada.

Ujednolicenie procedur i pozyskanie nowoczesnego wyposażenia zajęło ponad dekadę.

Portal Obronny SE Google News

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki