Musieli pożyczać pistolety. Trudne początki jednostki GROM

Najbardziej znana polska jednostka specjalna powstawała w trudnych warunkach, a jej twórcy przez długi czas pozostawali niezauważeni. Oficjalnie utworzono ją 13 lipca 1990 roku. Już po dwóch latach, 13 czerwca 1992 roku, ogłoszono jej gotowość bojową. Ukryto ją w strukturach Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych, a komandosi nosili mundury żandarmerii wojskowej.

  • W pierwszych latach istnienia GROM-u amerykańscy specjalsi certyfikowali jakość szkolenia GROM-owców.
  • Formacja podlegała pod resort spraw wewnętrznych, więc jej żołnierze wykonywali zadania na terenie Polski.
  • Specjalsi zajmowali się m.in. ochroną ministra spraw wewnętrznych Antoniego Macierewicza.
  • Brak koordynacji działań powodował, że policja myliła GROM-owców z gangsterami.

– Trafiliśmy tu we dwójkę z 56. Kompanii Specjalnej ze Szczecina. Potem doszło czterech ludzi z 62. Kompanii Specjalnej z Bolesławca, kilku saperów z Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych, jeden saper z Brzegu – wspomina mjr rez. Wiesław Lewandowski „Rotmistrz”, który bramę koszar GROM-u przekroczył 28 lutego 1991 r., gdy pomyślnie zaliczył drugą selekcję do specjednostki.

GROM-owcy musieli pożyczać broń

– Pierwsze egzemplarze broni wypożyczano z Urzędu Ochrony Państwa. Dzięki temu dostaliśmy rewolwery Smith&Wesson, czeskie pistolety CZ i polskie P-83. Potem przyszedł czas na własne zakupy – wspomina st. chor. sztab. rez. Mieczysław Kopacz, który do GROM-u trafił z Bolesławca.

Już w styczniu 1991 r. kilku ludzi poleciało na miesięczne szkolenie do USA. Natomiast w maju tego roku w GROM-ie pojawili się pierwsi amerykańscy instruktorzy. Prezentowali m.in. nieznane Polakom postawy strzeleckie.

Amerykanie przywieźli sporo broni, w tym pierwsze egzemplarze pistoletów maszynowych MP-5, nowoczesne kamizelki kuloodporne i sporo innego sprzętu, nieznanego w Polsce.

Nawet realistyczne, tekturowe tarcze strzeleckie robiły wrażenie na naszych żołnierzach. Sojusznicy wyłowili kilku oficerów, których zabrali na selekcję do amerykańskiej specjednostki Delta.

Amerykańscy doradcy w GROM-ie

W pierwszych latach szkolenie w GROM-ie nadzorowali doradcy amerykańscy. Dlatego po zaliczeniu selekcji, kandydaci trafiali w ręce instruktorów zza oceanu. Jednym z nich był sierż. Larry Freedmann, snajper z Delty, który zginął w czasie amerykańskiej interwencji w Somalii. Obecnie jedna z głównych ulic na terenie jednostki nosi jego imię.

– Larry był ciekawym gościem. Pasjonował się jazdą na Harley`u. Był u nas cztery razy. Każdy jego pobyt oznaczał intensywne treningi i poznawanie nieznanych wcześniej w Polsce zasad wykonywania działań specjalnych. To on wyszkolił pierwszą grupę naszych snajperów. Wśród nich był „Rotmistrz”, który następnie wraz z „Witkiem” kierował grupą snajperów GROM-u – wspomina mjr rez. Tomasz Kowalczyk, snajper, jeden z pierwszych żołnierzy specjednostki. 

Strzał na wagę kariery?

We wrześniu 1991 r. do GROM-u do dostał się podporucznik Jacek K., w środowisku znany jako „Magda”. Najpierw służył w „szturmie”, skończył służbę jako major, szef oddziału szkolenia.

Droga do GROM-u była bardzo trudna. Po półrocznym, ciężkim, szkoleniu podstawowym sierż. Freedmann urządził egzamin końcowy. Ogłosił, że dowódca nakazał przeprowadzenie ostatecznej selekcji. Zadania były różne.

„Magda” jako snajper dostał 20 sekund na oddanie strzału z odległości 300 metrów do okręgu o średnicy 8 centymetrów. Jeśli trafi, zostanie w jednostce. Jeśli nie – musi sobie szukać nowego miejsca służby.

– Miałem świadomość, że od tego strzału zależy moja przyszłość. Szkoda było tych sześciu miesięcy ciężkiej harówki. Ręce drżały, serce biło jak szalone. Od tego bicia aż mi krzyżyk w celowniku skakał… Dopiero na końcu ćwiczenia Larry powiedział, że tylko chciał sprawdzić, jak zachowujemy się w stresie – wspomina „Magda”.

Z czasem szkolenie w GROM-ie przejęli Polacy. Do 2003 r., czyli do czasu udziału komandosów GROM-u w wojnie w Iraku przeprowadzono ponad dwadzieścia selekcji. Niektóre z nich przechodził zaledwie jeden kandydat!

Operacje GROM-u na terenie Polski

W dwa lata po powołaniu, 13 czerwca 1992 r., oddział osiągnął gotowość bojową. Na pamiątkę tej daty obchodzone jest święto JW GROM.

Między 1990 a 1999 r.  GROM podlegał pod resort spraw wewnętrznych.

– Dopóki w 1993 r. nie powstał Wydział 5. Zabezpieczenia Realizacji Urzędu Ochrony Państwa, do naszych zadań należało zatrzymywanie najpoważniejszych przestępców. Szczególnie, gdy bandyci korzystali z broni maszynowej. Mieliśmy kilka takich przypadków. Przestępcy byli narodowości rosyjskiej i ukraińskiej – wspominał gen. Sławomir Petelicki, twórca i dwukrotny dowódca jednostki.

Konkretną robotę komandosi wykonywali od wiosny 1991 r.

Pierwsza głośna akcja, to próba zatrzymania Bogusława Bagsika i Andrzeja Gąsiorowskiego, szefów spółki Art. B. Wtedy Urząd Ochrony Państwa zwrócił się o pomoc do GROM-u. Z rozpoznania wynikało bowiem, że szefowie Art B. byli bardzo dobrze chronieni, m.in. przez… policyjnych antyterrorystów.

Grupa komandosów, m.in. „Steve” i „Zen”, wykonała zadanie. Ale właściciele Art B. zdążyli zniknąć.

Ochrona Antoniego Macierewicza

Kolejną dużą operację przeprowadzili rok później. Przełom maja i czerwca 1992 r. był jednym z najbardziej dramatycznych momentów w najnowszej historii Polski.

28 maja 1992 r. Sejm RP przyjął uchwałę zgłoszoną przez Janusza Korwin-Mikkego, która zobowiązywała Antoniego Macierewicza – wtedy ministra spraw wewnętrznych – do ujawnienia listy współpracowników Urzędu Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa z lat 1945-1990.

Do 6 czerwca 1992 r. Macierewicz miał podać pełną informację na temat urzędników państwowych – od wojewody wzwyż – a także senatorów i posłów. Do dwóch miesięcy musiał ujawnić wykaz sędziów, prokuratorów i adwokatów, a do sześciu miesięcy – urzędników samorządowych.

Dlatego nocą z 3 na 4 czerwca 1992 r. sekcje komandosów GROM-u rozjechały się po kraju. Specjalsi odpowiadali za to, żeby archiwa SB – zdeponowane w różnych miejscach w Polsce – bezpiecznie dotarły do Warszawy. Dzięki tej operacji wykaz tajnych współpracowników SB (znanych jako „lista Macierewicza”) 4 czerwca rano był w parlamencie.

Na tej liście znaleźli się m. in. prezydent Lech Wałęsa, marszałek Sejmu Wiesław Chrzanowski, 40 ówczesnych posłów, 10 senatorów, 11 ministrów oraz trzech wysokich urzędników Kancelarii Prezydenta RP.

Tego samego dnia prezydent Wałęsa przesłał do Sejmu wniosek o natychmiastowe odwołanie rządu. Premier Jan Olszewski wystąpił z w TVP z apelem o wsparcie społeczne dla rządu. Jednak tuż po północy, 5 czerwca 1992 r. Sejm uchwalił votum nieufności wobec Rady Ministrów.

W tych gorących dniach GROM-owcy otrzymali polecenie wsparcia ochrony ministra Macierewicza. Jednak ich działań nie skoordynowano z pracą innych służb specjalnych i mundurowych. W efekcie tego omal nie doszło do strzelaniny.

Komandosi kontra policjanci

– Staliśmy pod blokiem, w którym mieszkał Macierewicz. Osiedla pilnowały też dwie prywatne firmy ochroniarskie. No i ochroniarze wzięli nas za złodziei samochodów – w tamtym czasie kradzieże najdroższych aut były normą. Zawiadomili policję – uśmiecha się „Magda”.

Policjanci przyjechali dwoma radiowozami. Z poloneza i furgonetki wyskoczyło 10 mundurowych. Pierwszy „złodziej” nie chciał szumu i zbiegowiska. Próbował spokojnie wyjaśnić, że też pracuje w MSW. Nawet pozwolił się skuć kajdankami.

Wtedy podjechały dwa osobowe peugoty. Wysiadło z nich kilku młodych wysportowanych ludzi z pistoletami maszynowymi MP-5. Wśród nich byli „Witek” i „Luk”. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta, bo w tamtych czasach gangi złodziei samochodów nie wahały się strzelać!

Z jednej strony stali więc policjanci, z drugiej uzbrojona grupa młodych, dobrze zbudowanych, krótko ostrzyżonych mężczyzn – wypisz wymaluj – gangsterów.

– Kumpel powiedział do policjanta: „rozkuj naszego człowieka!”. Dopiero potem wyjaśniliśmy nieporozumienie. Byliśmy po tej samej stronie. Ale ten brak koordynacji między służbami podległymi pod MSW mógł się skończyć kiepsko – wspomina „Magda”.

Portal Obronny SE Google News

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki