„Fala” zamiast selekcji. Jak kiedyś wykuwano elitę jednostek specjalnych

Dziś za takie szkolenie prokurator postawiłby zarzuty znęcania się nad żołnierzami. W czasach „ludowego” Wojska Polskiego nie było jednak oficjalnej selekcji kandydatów do jednostek specjalnych. Wojskowe Komendy Uzupełnień kierowały tam młodych ludzi do odbycia obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej. Selekcję zastępowało coś, co dziś nazwalibyśmy „falą”.

  • W 62. Kompanii Specjalnej nie było selekcji, zastępowała ją „fali” i ekstremalny system szkolenia.
  • Wyczerpujące ćwiczenia hartowały żołnierzy, ale dochodziło też do zachowań patologicznych.
  • W jednostce liczyły się umiejętności, a nie stopnie wojskowe.
  • Standardowe kary regulaminowe nie robiły wrażenia na żołnierzach przyzwyczajonych do ekstremalnego treningu.

„Fala” była nielegalnym sposobem nadzoru nad młodszymi służbą żołnierzami („kotami”) przez starszych („dziadków”). Bardzo często przybierała patologiczne oblicze: znęcanie się fizyczne i psychiczne. Kadra zawodowa najczęściej przymykała na to oko.

Jednak w jednostkach specjalnych „ludowego” WP ten proceder skutecznie zastępował dzisiejszą selekcję.

- Jest różnica między prymitywną „falą”, czyli znęcaniem się fizycznym i psychicznym, a ostrym szkoleniem. Po nim zostawali tylko ci, którzy nadawali się do tej służby. Im bardziej było ono realistyczne i brutalne, tym większe dawało szanse, że grupie specjalnej uda się przeżyć na wojnie - wyjaśnia płk w st. spocz. Andrzej Żdan, najsłynniejszy dowódca 62. Kompanii Specjalnej z Bolesławca.

W latach 70. co roku do tej jednostki kierowano po kilkudziesięciu młodych mężczyzn. Większość z nich nie miała pojęcia, gdzie przyjdzie im służyć. Spora część w ogóle nie chciała iść do wojska. Z takich ludzi kadra kompanii w ciągu kilkunastu miesięcy musiał wyrzeźbić komandosów.

Cios w brzuch na powitanie

Jesienią 1974 r. do 62. Kompanii skierowano ochotnika - Jana Kuska.

- Przy bramie podoficer dyżurny zapytał: „Wiesz, gdzie trafiłeś?”. „Do desantu” - odpowiedziałem. W tym momencie dostałem potężny cios w brzuch. Tego się nie spodziewałem. Zgiąłem się w pół, zabrakło mi tchu. A dyżurny powiedział tylko: „Zapamiętaj, że jesteś w jednostce specjalnej” - wspomina sierż. sztab. w st. spocz. Jan Kusek.

Młody żołnierz błyskawicznie zrozumiał, że to nie będzie łatwa służba. Wiedział jednak, że w czasie szkolenia podstawowego ze 120 wcielonych zostanie zaledwie 30.

Przez pierwszy rok służby był nikim.

- Taką mieliśmy w kompanii filozofię szkolenia: doprowadzić człowieka do skrajnego wyczerpania, żeby odpadli słabi. W pierwszym roku służby było bardzo ciężko, w drugim - lżej. Najgorzej, jak siedzieliśmy w koszarach. Gdy po południu kadra wychodziła do domów, władzę przejmowali „starzy” i oficer dyżurny. Nie było tak fantazyjnego zadania, którego nie musielibyśmy wykonać. Wtedy byłem wściekły, choć nie mogłem tego dać po sobie poznać. Dzisiaj wiem, że nie było innego sposobu, by zrobić z nas żołnierzy jednostki specjalnej - opowiada sierż. Kusek.

Truchtający „Dzień Zatopka”

Podoficer krzyczał, że schody zostały zaminowane, a żołnierze - biegnąc na zbiórkę - wyskakiwali przez okna. „Kotom” co jakiś czas urządzano „dzień Zatopka”. Emil Zátopek był słynnym czeskim biegaczem. Cztery razy zdobywał złote medale na igrzyskach olimpijskich, a 18 razy bił rekordy świata. Znany był z niezwykle „cierpiącej” miny podczas biegów.

- W czasie „dnia Zatopka” wszystko należało wykonywać biegiem. Nawet stojąc na zbiórce, truchtaliśmy w miejscu. Dostawaliśmy w dę, ale to była wielka młodzieńcza przygoda. Dlatego postanowiłem zostać w wojsku na stałe. Gdyby w kompanii była patologia, to nie spotykalibyśmy się co roku od ponad 30 lat - uważa Jan Kusek.

Stały uczestnik corocznych spotkań weteranów 62. Kompanii Specjalnej, Mirosław Michałowski, do służby zasadniczej w Bolesławcu trafił w 1970 r. Pierwszy rok był dla niego horrorem.

- Kilka razy płakałem. W myślach naiwnie powtarzałem: „Dlaczego mama urodziła mnie chłopcem?”. Ale nie ze względu na „falę”, bo tę znosiłem dzielnie. Najgorsze były marsze - opowiada.

Zasobnik ważył 35 kg, do tego trzeba było doliczyć broń. Maszerowali z Bolesławca do Żar czy Polskiej Nowej Wsi. Po jakimś czasie marsz na 30 km był już tylko spacerem.

Karny skok w bagno

W 1976 r. do jednostki przybył poborowy Wojciech Mazurkiewicz.

- W d… dostawaliśmy systematycznie, bo przecież byliśmy zwiadem armii. Duży nacisk kładziono na pływanie, bieganie i strzelanie. Kto nie wystrzelał normy, ze strzelnicy do koszar wracał czołganiem przez las w masce przeciwgazowej. To mobilizowało do osiągania lepszych wyników - wspomina Mazurkiewicz.

W kompanii nie było stanowiska, na którym można by się zadekować. Przekonał się o tym Jerzy Tokarski, który dostał przydział na kucharza.

- Myślałem, że to będzie niezła fucha, bo w wojsku każdy chce żyć w zgodzie z kucharzem. Ale my szkoliliśmy się jak wszyscy inni, tylko między zajęciami maszerowaliśmy do kuchni - wspomina Tokarski, który jako kucharz w ciągu dwóch lat służby zasadniczej wykonał 34 skoki spadochronowe.

- Podstawą było jednak dobre wykonanie strzelania. Gdy ktoś nie trafił w tarcze, prowadzący zajęcia nawet nie musiał nic mówić. Wykonał tylko charakterystyczny gest i pechowiec z rozbiegu, w mundurze, skakał w pobliskie bagno - kontynuuje Tokarski.

Zdzisław Soliński, w kompanii znany jako „Szopen”, przyszedł do wojska razem z Jerzym Tokarskim.

- Pierwsze popołudnie i noc były spokojne. Zaczęło się od pobudki. Ciągle towarzyszył nam ryk wydających komendy. Trzeba było być bardzo odpornym psychicznie, żeby to przeżyć. Późną jesienią, po pływaniu w jeziorze, kazali nam wykręcać mokre mundury i je zakładać. Schnęły na nas. Niektórym zdarzało się płakać po kątach, ale tak, żeby inni nie widzieli. Bardzo cierpiałem przez ten rok. Z perspektywy widzę jednak, że taka selekcja była potrzebna. Zostawali najtwardsi. Nasza sytuacja zmieniała się w drugim roku służby. Było ciężko, ale bez gnębienia - wspomina „Szopen”.

Nie przekraczać cienkiej granicy

Jak w każdym zbiorowisku wojskowym zdarzało się, że zamiast finezyjnej kary, jaką było czołganie w masce przeciwgazowej czy skok do bagna, starszy żołnierz po prostu pobił młodszego. Dochodziło też do innych zachowań patologicznych.

- Gdy byłem „kotem”, cały czas zastanawiałem się, dlaczego ludzie w moim wieku tak się zachowują. Po pewnym czasie dostrzegłem pewną prawidłowość: ci z najlepszymi wynikami w szkoleniu byli najbardziej koleżeńscy, pomagali nam, młodym. Najbardziej wrzaskliwi i chamscy byli ci mający najsłabsze wyniki. To oni nas najbardziej upokarzali - wyjaśnia Zdzisław Soliński.

Z powodu naruszania przepisów o „stosunkach międzyludzkich” w koszarach kilkakrotnie pojawiał się prokurator. Ukarani trafiali do więzienia lub do owianej złą sławą, znanej w całym wojsku jednostki karnej w Orzyszu.

Szeregowcy uczestniczący w dorocznych spotkaniach 62. Kompanii wspominają, że bezmyślną „falę” najbardziej tępili: Stanisław Czopor, Adam Warzyszyński i Edward Mroczek.

- Jeden 200-kilometrowy marsz z Bolesławca do Polskiej Nowej Wsi koło Opola regulował tzw. stosunki międzyludzkie. Maszerujące grupy składały się z żołnierzy pierwszego i drugiego rocznika. W czasie takiego marszu jeden musiał liczyć na drugiego. Bez tego zespół nie wykonałby zadania - tłumaczy ppłk w st. spocz. Edward Mroczek.

Szybko jednak dodaje:

- Nadzór nad grupą musiał być cały czas. Jak się człowiek odwrócił, to natychmiast starzy przejmowali dowodzenie. Uważam, że nie można „docierać” żołnierzy. Tak się zdarzało, gdy dowódca był sukinsynem. W ramach szkolenia człowiekowi można dać maksymalny wycisk, można go fizycznie gnoić, ale nie wolno poniżać jego godności. Ludzie o wiele łatwiej znoszą wycisk fizyczny niż psychiczny. Starałem się, żeby szkolenie nie przeradzało się w znęcanie. Nie zawsze to się udawało, ale mieliśmy niewiele drastycznych przypadków niewłaściwych stosunków międzyludzkich - przekonuje Edward Mroczek.

Gdy podoficer rządzi podporucznikiem

W 62. Kompanii Specjalnej bardziej liczyły się umiejętności niż stopień. W wielu jednostkach do dziś jest to nie do pomyślenia.

- W kompanii rządziła „mafia plutonowych”. Oficerowie awansowali i szybko odchodzili do innych jednostek, bo nie było dla nich etatów. Podoficerowie zostawali na lata. Dlatego młody podporucznik musiał słuchać doświadczonego podoficera. I nie było gadania o tym, kto co nosi na pagonach - przypomina sierż. Kusek.

Przekonał się o tym Rajmund Prus, który po ukończeniu szkoły oficerskiej trafił do Bolesławca.

- Przyszliśmy do kompanii we czwórkę jesienią 1969 r. Już pierwszego dnia służby czekała nas niespodzianka - opowiada Prus.

Na placu stał słup sięgający drugiego piętra. U jego szczytu zamocowano stalową linę, której drugi koniec przymocowano do ziemi. Na linie znajdowała się rolka. Na zbiórce dowódca przedstawił nowych całej kompanii, po czym zapowiedział „chrzest spadochroniarza”. Zademonstrował go żołnierz służby zasadniczej: wspiął się na chyboczący się słup, chwycił rolkę i w szaleńczym pędzie zaczął zjeżdżać.

- Nie wiem, ile to było metrów, ale pod koniec skoczek zap... Na kilka metrów przed końcem liny puścił rolkę. Upadając, zrobił kilka fikołków. Wstał i wstąpił do szyku. Dowódca rzucił do nas: „Młodzież na słup!”. Na szczęście wszyscy bez problemu zaliczyliśmy ten test - inaczej musielibyśmy odejść do innej jednostki - wspomina Rajmund Prus.

Nieskuteczne karne 10 kilometrów

W Bolesławcu był problem ze stosowaniem regulaminowych kar fizycznych. Po ekstremalnym szkoleniu takie kary - mocno uciążliwe dla żołnierzy jednostek regularnych - nie sprawdzały się w 62. Kompanii Specjalnej.

- W 1972 r. w stołówce nasi żołnierze rzucali do siebie czekoladami. Zobaczył to oficer z brygady rakietowej. Zrobił zbiórkę i zapowiedział karny marsz na 10 km. Wszyscy zaczęli się śmiać i znowu obrzucać czekoladami. W jednostce regularnej taki dystans mógł przerazić żołnierza. Nasi pokonywali go biegiem w ramach porannego rozruchu - wspomina st. sierż. sztab. w st. spocz. Marek Stachowski, radiotelegrafista z kompanii.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki